Witamy! Jest niedziela 11.12.2016, godzina 01:14
Guild Wars 2 Fansite
News
Forum
> Guild Wars <
Download
Lore
Gra
Dodatkowe Informacje
PvE
PvP
Społeczność
> Guild Wars: Beyond <
Wojna w Krycie
> Guild Wars 2<
Informacji o Guild Wars 2 szukaj na nowym portalu
FAQ
Kontakt
...Guild Wars Nightfall jest jedyną częścią Guild Wars, która nie posiada filmu wprowadzającego?
Partnerzy:

Kup Guild Wars
klient
"Siedem łez" - Milla Brega






Prolog




Droknar’s Forge wiele widziało. W tym mieście nie zapamiętuje się nikogo. Ludzie przychodzą i odchodzą, handlują miedzy sobą i umawiają się na misje. Mieszkańcy odnoszą się do nich z uprzejmą obojętnością… widzieli już dostatecznie wiele, aby nie przejmować się kimkolwiek, i nic ich nie może zadziwić... Ale… stało się coś, co na jakiś czas poruszyło umysły wielu, a nawet stało się tematem karczemnych rozmów i dociekań… Po prostu dziewczyna… ani przesadnie ładna, ani brzydka – zwyczajna. Pojawiła się właściwie znikąd, ale nie to było najdziwniejsze, bo w Drocknar’s nikt nikogo nie pytał skąd przychodzi, ani się tym nie interesował. Dziwne było to, ze ubranie dziewczyny było pokryte czymś, czego to miasto nie widziało od setek lat, kiedy to bogowie zmienili zasady rządzące tym światem... Było pokryte skrzepłą krwią...
Opowiadano, ze dziewczyna po nagłym zmaterializowaniu się, upadla na kolana ze szlochem, a zaraz potem straciła świadomość. Tego też to miasto nie widziało od dawna.
Wniesiono ja do karczemnego pokoju na piętrze i położono na łóżku. Posłano po medyka. Po chwili na parterze nastąpiło małe poruszenie… Zjawił się, Mhenlo we własnej osobie, a za nim zjawiła się, jak zawsze wyniosła – Cynn. Dziewczyna odzyskała już przytomność i jak bezwolna kukła pozwoliła się zbadać mnichowi. Nie odpowiadała na pytania. Właściwie wcale się nie odzywała. Od momentu zjawienia się w mieście nie wyrzekła ani jednego słowa... Mhenlo popatrzył na zakrzepłą krew, na bandaże, które pokrywały jej lewa nogę i lewe ramie, rozciął je i znieruchomiał zdumiony. Potem mruknął parę zaklęć, zdjął bandaże, zwinął i wsunął do swej torby. Dziewczyna podniosła prawa dłoń i delikatnie zbadała swoje ramie... Mhenlo usłyszał, jak Cynn gwałtownie wstrzymuje oddech.
Dziewczyna tez to usłyszała… podniosła oczy i popatrzyła najpierw na Cynn, a potem na Mhenlo. Mnich po chwili z niechęcią odwrócił wzrok - nikt nie potrafi patrzeć w oczy nekromancie i nie odwrócić spojrzenia. A dziewczyna była nekromantką i choć rysy twarzy były niezmienione, to oczy zdecydowanie zdradzały jej profesję: jasne, prawie białe, jarzące się jakimś dziwnym blaskiem. Wstał i skinął jej głową.. Patrzyła na niego bez żadnej reakcji. Odwrócił się na pięcie i wyszedł pociągając za sobą Cynn. W milczeniu zeszli po schodach. Na dole, siwy krasnolud zastąpił im drogę.
- I co? – Zapytał.
-W porządku. Nic jej nie będzie. Musi tylko odpocząć. Gdyby cos się działo, to mnie zawołajcie. – Mhenlo uścisnął dłoń krasnoluda i razem z Cynn wyszli z karczmy.
- Widziałeś? – Cynn wyglądała na bardzo poruszona. – Ona miała na palcu rodowy pierścień Airburna.
- I co z tego? – Mhenlo nie był ani zdziwiony, ani tym bardziej zszokowany. – Kto to ten Airburn?
- O słodka ignorancjo – jęknęła Cynn. – O lordzie Slivianie Airburnie, założycielu rodu, uczą na seminarium. Meteor Shower to jego formuła... Airburn żył około trzysta lat temu, a jego rod istnieje do dziś. Wszyscy z rodu to wybitni elementalisci. Ostatni z nich, Soho Airburn zginął podobno w Orr podczas najazdu charrów dwa lata temu.. Hm to znaczy, ze rod się skończył na nim właśnie...
-Zginął podczas tego wypadku? – Zainteresował się Mhenlo.
-Tak mówią. W każdym razie więcej go nie widziano...
- A więc ta dziewczyna...
-Właśnie. Jakaś rodzina. Bliska. Na przykład córka.
Mhenlo zamyślił się. Szybkim krokiem zbliżali się do swej kwatery w centrum Droknar's. Tuz przed drzwiami Mhenlo zatrzymał się. Położył dłoń na ramieniu Cynn.
- Chcę abyś wiedziała... - zaczął. – Ona… ta dziewczyna miała prawdziwe rany. Już się zabliźniały, ale były. Miała ślady... sińce... Takie jak od uderzeń... no... musiała mieć tez otwarte złamanie. Tego u nas nie ma… znaczy nie widać tego. Gdy krwawisz to masz aurę, i po niej można się zorientować, co ci jest, ale fizycznie nie krwawisz… nie wiem jak ci to wyjaśnić… Nieważne. Chodzi o to, co to oznacza... ona jest nie z tego świata, Cynn.
Cynn patrzyła na Mhenlo, powoli przyjmując do świadomości to, co usłyszała.
-Ale zaraz. – mruknęła - nic tu nie pasuje... To skąd ten pierścień?
- Właśnie; nie powinna go mieć, jeśli pochodzi z zewnątrz... – Mruknął Mhenlo.




Przesłuchanie




Ranek był chłodny. Mhenlo czekał, patrząc przez okno swej kwatery na ulicę poniżej. Z wysokości drugiego piętra, widział wielki mur otaczający Droknar’s Forge, a gdyby się wychylił i spojrzał w prawo zobaczyłby z pewnością zakotwiczone statki w porcie. Ale zamiast tego odszedł od okna i zbliżył się do stołu. Na stole leżały rozwinięte bandaże, zdjęte wczoraj wieczorem z dziewczyny. Nasączone jakimś płynem zdawały się świecić w półmroku poranka jakaś niesamowitą żółtą poświatą. Obok stały trzy miseczki z jakimś roztworem i trójnożny palnik, w tej chwili zgaszony. Mnich wydobył z torby, zawieszonej u pasa maleńki woreczek. Wyjął z niego małą kulkę i szczypczyki. Mrucząc coś cicho ujął szczypczykami kulkę i powolutku przetoczył po bandażu. Trzymając kulkę szczypczykami podniósł ją do oczu i z uwagą się jej przyjrzał. Następnie zanurzył ją w jednej z miseczek i powtórzył to samo z kolejnym bandażem. I następnym. Teraz wyjął małą rurkę i za jej pomocą wpuścił trochę cieczy z miseczki do dwóch pozostałych i w milczeniu przyglądał się zachodzącym reakcjom.
Dzień wstał już na dobre, ale nie zrobiło się wcale jaśniej. Mhenlo wylał zawartość wszystkich miseczek do kominka, poczym wrzucił do ognia bandaże i patrzył jak płoną, brązowiejąc w ogniu. Jego szczera twarz wyrażała zaniepokojenie i troskę. Poczekał, aż ogień strawił wrzucone bandaże, i znów podszedł do okna. Wiedział, że długo nie będzie musiał tak stać.
Kroki... a potem ciche stukanie do drzwi. Cynn. Wpuścił ją bez słowa i zajął swoje stanowisko przy oknie. Stanęła obok. Razem obserwowali ulicę i razem dostrzegli to, czego oczekiwał Mhenlo. W głębi ulicy prowadzącej do karczmy, w której zostawili dziewczynę pojawiła się maleńka, biegnąca postać chłopca na posyłki. Cynn spojrzała na Mhenlo, ale on patrzył w milczeniu, jak posłaniec wbiegł do ich budynku. Tupot na schodach... coraz głośniejszy, wreszcie pukanie do drzwi. Pozwolił, aby pukanie powtórzyło się po raz drugi... i trzeci. Otworzył.
Chłopiec powiedział tylko jedno słowo:
- Przemówiła!!... -I już go nie było.
Mhenlo odwrócił się do Cynn.
-Cóż... a więc chodźmy.







Dziewczyna obudziła się równo ze wschodem słońca. Wstała i rozejrzała się po pokoju. Zwykły pokój karczemny. Łóżko, stół i dwa krzesła. Mała szafka w kącie. Wszystko.
Kroki, a zaraz potem pukanie do drzwi. W progu stał chłopiec z miską gorącej wody, a za nim siwy krasnolud, prawdopodobnie właściciel karczmy. Chłopiec wszedł do pokoju i postawił miskę na stole, na krześle położył ręcznik.
-Inne rzeczy załatwiamy na dole, od wejścia na lewo. Taka mała przybudówka.- Odezwał się krasnolud i patrząc na nią badawczo, zapytał – Dacie radę, Pani? Czy zawołać służącą?
Pokręciła głową i wyszła. Gdy wróciła, woda w misce była jeszcze gorąca. Ręcznik był świeży i miękki. Swoją torbę podróżną odnalazła pod łóżkiem. Przebrała się w czyste ubranie.
Znów pukanie. Krasnolud z chłopcem. Chłopak zabrał miskę, wytarł stół i wyszedł, a krasnolud postawił na stole drewnianą tackę ze świeżym pieczywem i garncem piwa. Odwrócił się i chciał wyjść, ale złapała go za rękaw.
-Dziękuję. – Zabrzmiało to trochę bezradnie.
Uśmiechnął się i skinął głową
-W porządku. Nie ma, za co. Zjedzcie proszę i czujcie się jak u siebie w domu.
Zamknął za sobą drzwi. Została sama.
Doskonale wiedziała, co teraz nastąpi. Za chwilę przyjdzie tych dwoje. Mnich i jego towarzyszka. Wczoraj zabrał jej bandaże – pewno po to by dokonać analizy. Krew to niespotykany widok, a do tego te jej zabliźniające się rany… Podczas porannej toalety z zadowoleniem stwierdziła brak jakichkolwiek śladów na swym ciele, a więc magia tego świata ciągle działała. Wszystkie blizny zniknęły. Za wyjątkiem jednej. Ale wiedziała, że ta nie zniknie nigdy. Nie potrzeba jej było lekarza ciała. Potrzebny był lekarz duszy.
Pamięć. Tak. Niestety wszystko doskonale pamięta, i właściwie za nic nie chciałaby zapomnieć. To rodzaj hołdu dla nich. Będzie zawsze pamiętać. To taki rodzaj pomnika z wyrytymi nazwiskami. A że jedno z nich jest jej własnym? Cóż...
Nie słyszała pukania, zajęta myślami. A może nikt nie zapukał…
Drzwi otworzyły się na całą szerokość, ale nikt nie wszedł. Ten, kto je otworzył upewniał się, że nie ma niebezpieczeństwa. Uśmiechnęła się w duchu - nie myliło jej przeczucie - mnich nie był zwykłym mnichem. Był doskonale przeszkolony. Wolno wszedł do środka, i stanął swobodnie jakiś krok od wejścia, ale wiedziała, że na każdy podejrzany ruch zareaguje natychmiast.
-Witaj – Powiedział i skinął głową. Jakby na ten znak, wsunęła się do środka Cynn, zamykając za sobą drzwi. Trwało to dosłownie ułamek sekundy. Nekromantka z przyjemnością przyglądała się tej parze. Byli doskonali. Cynn od niechcenia trzymała małą różdżkę w dłoni. Nie ulegało wątpliwości, że ten duet ma za sobą setki tego typu akcji
- Witajcie. – Odpowiedziała i wskazała krzesła przy stole, sama zaś usiadła na łóżku.
Bez zaskoczenia przyjęła fakt, że mnich siadł na wskazanym krześle, a dziewczyna oparła się niedbale o ścianę, tuz obok drzwi.
Mhenlo przyglądał się nekromantce. Miała czarne włosy i jak na przedstawicielkę tej profesji, była bardzo ładna. Prawdopodobnie nie bez znaczenia był fakt, że wczoraj widział ją pozawijaną w bandaże i umazaną krwią.
- Jestem Mhenlo. – powiedział i wskazał na dziewczynę – To jest Cynn.
Odczekał chwilę, a że nekromantka milczała, dodał – Nie wiemy, kim ty jesteś.
To było proste i oszczędne. Zawierało w sobie wszystko. Nekromantka patrzyła na niego przez chwilę, wreszcie odezwała się.
- Dobrze. Powiem wam wszystko. Zresztą muszę to z siebie jakoś wyrzucić. Zastanawiam się, od czego zacząć.
- Może od tego jak tobie na imię? Gdzie studiowałaś nekromancję? – To Cynn.
Nekromantka uśmiechnęła się, jakoś tak bez radości.
Niech tak będzie. Moje nazwisko rodowe to Allima Airburn. Jestem córką Soho Airburna, przełożonego Katedry Elementalnej w Orr i drugiego doradcy Razy, Króla Orr. – Zaczęła udając, że nie widzi, jakie wrażenie wywołują jej słowa: Cynn przestała się opierać o ścianę, a Mhenlo poprawił na krześle. - Jako jedyna w rodzinie poświęciłam się studiom necromanckim, a…
- Kto był twoim mentorem? – Od niechcenia zapytała Cynn.
Allima zorientowała się od razu, że od tej odpowiedzi zależy czy jej uwierzą, widocznie Cynn znała jej mentora… Rodziny szlacheckie są zawsze inwigilowane, a znajomość życiorysów członków rodziny jest w tym wypadku niezbędna.
- Brego. Moim mentorem był Brego
- Taaak, Allima Od Brega . - Mruknęła Cynn.- Słyszałam o tobie. Miałaś zostać… - Zawiesiła głos i czekała.
- Zostałam skierowana do Trzeciego Kręgu w Majesty Rest - Powiedziała po prostu. Nic więcej nie musiała dodawać.
- Coś jeszcze? – Mhenlo zerknął na Cynn.
- Jeszcze chwilkę. – Cynn podeszła do Allimy i popatrzyła jej w oczy. W przeciwieństwie do Mhenlo mogła swobodnie patrzeć i nie uciekała spojrzeniem. - Jak było w Majesty Rest?
- Nie wiem. Nigdy tam nie dotarłam. To znaczy dotarłam na miejsce już po wojnie z charrami. Nikogo tam nie było. Trzeci Krąg przestał istnieć.
- Mogę zobaczyć twój pierścień?
Nekromantka bez słowa zdjęła go z palca i podała Cynn.
- Pierścień rodowy Airburnów – Cynn uśmiechnęła się i dała pierścień Mhenlo. – Obejrzyj go dobrze, bo to autentyk. Niezwykle rzadko można oglądać takie cacko, a przy okazji spójrz na te linie tutaj, i na brak linii tutaj. – Wskazała palcem – Pamiętasz tego kupca? Mówiłam, że to było nic niewarte świecidełko. – Uśmiechnęła się do Allimy. – Proszę, weź. Wiedziałam, że to autentyk już wczoraj… - Popatrzyła na Mhenlo. Ten skinął głową.
- A więc Allimo Airburn, Allimo Od Brega witaj na powrót w naszym świecie, niezależnie gdzie byłaś. Myślę, że nam o tym opowiesz.
"Tak... opowiem"- pomyślała Allima – "I niczego nie pominę, a ty mnichu stracisz swą wiarę, natomiast ty Cynn nie będziesz już nigdy taka pewna siebie"
- Dobrze. – Allima wzięła głębszy oddech. – To miał być zwykły run...



Run




Powietrze zadrgało, dało się słyszeć narastający szum, który po chwili zamienił się w grzmot. Wszystko dokoła zadygotało. Czułam jak od stóp w górę ciała przebiega nieustanne drżenie, powodując mimowolne szczękanie zębów. Grzmot przeszedł we wzmagający się gwizd, rozrywający bębenki w uszach, a przynajmniej tak to odczuwałam. Tam gdzie przed chwilą byli atakujący nas summici, ziemia kipiała wypluwając wielkie kawały gruntu, pomieszane ze zmieloną na pył skałą. Jeszcze moment i na to wszystko runął deszcz lawy wraz z kawałkami rozpalonych do białości głazów. W mgnieniu oka stopił pokrywający wszystko śnieg. Hałas był straszliwy. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam uciekać, schować się gdzieś i przeczekać ten kataklizm, ale fascynacja tym pięknym, choć groźnym widokiem, spowodowała, że mogłam jakoś opanować chęć ukrycia się. Kiedy wydawało się, że już dłużej nie da się tego znieść, wszystko ucichło. Tylko przez chwilę było słychać upadające kamienie, ale od gór jeszcze raz nadbiegł z echem wrzask bólu ziemi, protestującej przeciwko zadanemu jej gwałtowi. Potem już nic... tylko cisza i kojący szum w uszach. W miejscu kataklizmu, powoli rozwiewał się dym. W jego rzedniejących kłębach można było dostrzec nieruchomą, jak z granitu wykutą postać. Niczym starożytna, pokryta patyną lat, statua przedstawiająca boga wojny, stał - oparty na mieczu, oczekując na nas.
Mimowolnie obejrzałam się szukając wzrokiem Fiony, naszej elementalistki, sprawczyni tej całej jatki. Podchwyciła moje spojrzenie i łobuzersko mrugnęła do mnie okiem. "Nieźle, co?" Zdawała się mówić.
Kurz i dym już się rozwiały i po pobojowisku kręcił się nasz wojownik, który już teraz stracił dostojność boga wojny, rozgarniając nogami to, co pozostało z summitów. A trochę pozostało… Zbieraliśmy wszystko, co mogło się przydać. Nie było kłótni; jakimś sposobem zawsze wiedzieliśmy, co jest przeznaczone, dla kogo, a złotem dzieliliśmy się po równo.
-Runa na pancerzu dla elementalisty. Chce ktoś? - Zawołał wojownik. Fiona pokręciła przecząco głową, pakując do plecaka fragment pancerza mnicha, a właściwie tylko tę cześć z wtopionym złotym symbolem. Znalazła runę największej mocy. Po wydobyciu jej z pancerza, będzie mogła uzyskać za nią niezłą sumkę.
- Gratulacje Fiona – Krzyknęłam. Odwróciła się z tym swoim łobuzerskim uśmiechem.
- Dzięki - Odrzekła.
Uprzejmość w drużynie to podstawa. Wojownik chwilę się czemuś przyglądał, a potem spojrzał na mnie i kopnął to w moją stronę.
- Chcesz na naszyjnik? – Zawołał.
W moim kierunku, jak piłka, potoczyło się coś okrągłego. Głowa summity. Przyjrzałam się jej i zauważyłam ze zdziwieniem, że twarz nie ma żadnych ran… oczy zamknięte… dziwny spokój, zupełnie jakby jej właściciel spał. Odkopnęłam ją na bok, i spojrzałam na wojownika.
-Za mała. – Krzyknęłam. Zaśmiał się, niczym z dobrego żartu, i wrócił do myszkowania w zrytej ziemi. Wyszłam z miejsca kataklizmu na czysty śnieg i ogarnęłam spojrzeniem drużynę. Było nas ośmioro: przetrząsający zgliszcza wojownik o imieniu Sergio, mistrz miecza i topora, serwujący niekiedy dość ryzykowne żarty. Poprawiający cięciwę w swym łuku łowca Sven i jego wilk Antał. Fiona, elementalistka, młodziutka i wiecznie uśmiechnięta, ze śmiesznymi kitkami i fioletowymi włosami. Thibaut, nasz mesmer, milczący i poważny. Sita, nasz wojownik numer dwa, sprawdzająca właśnie znaleziony miecz. Jedno machnięcie, drugie... skrzywiła się... Zamach...
- Sergio!! Łap!!!- Miecz srebrzystym łukiem wyleciał w powietrze i po chwili wbił się w ziemię tuż obok buta Sergia.
-Spróbuj ty! Mnie nie pasuje jakoś...
Sergio ujął rękojeść i wykonał salut w stronę Sity
- Eeech, do dupy! Źle wyważony - Miecz znowu zakreślił w powietrzu łuk i przepadł gdzieś w krzakach.
- Noo ... Dobrze, że zdążyłem – Mruknął nadchodzący właśnie stamtąd potężnie umięśniony mężczyzna, cały w tatuażach. Nasz mnich, Viggo.
Roześmiałam się: - Taki monk jak ty, na pewno by się szybko wyleczył.
-Źle leczę z mieczem w gołym tyłku – Parsknął.
- A bez miecza jeszcze gorzej – stwierdził Boris, nasz trzeci wojownik, podając Viggo butelkę krasnoludzkiego ale. Viggo chwycił, pociągnął długi łyk, westchnął i oddał butelkę.
- Dzięki, właśnie tego potrzebowałem – sapnął z zadowoleniem.
- Alli? Chcesz?
- Dawaj – Goryczkowaty smak, jednak mimo wszystko dobre..
- Ktoś jeszcze? – Boris łaził pomiędzy nami częstując wszystkich.
- No dobra, idziemy – Viggo wyciągnął skądś mapę i przyglądał się jej. – Jeśli się pospieszymy, przed zmrokiem będziemy na miejscu.
Ruszyliśmy. Wszystko szło dobrze. Co jakiś czas byliśmy atakowani, ale parliśmy do przodu. Każdy znał swoje rzemiosło i znał je naprawdę bardzo dobrze. Czas i przebyta droga nieuchronnie wiodły nas do miejsca, od którego zaczęły się kłopoty. Teraz myślę, że niezależnie gdzie byśmy się skierowali, to i tak by się wydarzyło to samo. Ale naszym celem był szałas Kolekcjonera. Nie pamiętam jak się nazywał, ani co oferował... i za co.
W końcu dotarliśmy, ale nie sami. Staliśmy na skraju lasu, skąd mieliśmy widok na drogę. Wiodła przez ośnieżony, wznoszący się łagodnie w górę teren zamknięty przez strome zbocze góry dominującej nad okolicą. Z prawej ciągnęła się skalna ściana, a z lewej teren opadał stromo, aż do ziejącej przepaści. Szałas był przed nami, pod samym zboczem.
A między nim, a nami stał w gotowości bojowej oddział summitów.
- Alli? - Trącił mnie ręką Boris, a właściwie nie ręką, tylko butelką.
- Daj – Wypiłam chciwie kilka łyków. Stojący z przodu Sergio, nie oglądając się na nas, wyciągnął do tyłu rękę, kręcąc nagląco dłonią. Wepchnęłam mu butelkę, którą natychmiast podniósł do ust. Wypił kilka łyków i klepnął w tyłek Sitę. Tak jak Sergio, nie oglądając się, wyciągnęła rękę.
- Zaraz sobie poklepiesz – Mruknęła między jednym łykiem a drugim, patrząc na summitów. Odrzuciła pustą butelkę, wydobyła miecz i obejrzała się na mnie. – Dolyak; ale najpierw oni – Czubkiem miecza wskazała toporników. Zrozumiałam: podstawowym celem jest dolyak, ale najpierw zaatakują toporników. Skinęłam głową.
- Gotów – Rzucił Sergio.
- Już – Żaden okrzyk, zaledwie mruknięcie Sity, i zaczęło się. Wojowniczka pobiegła do przodu. Biegła zrywami z nieprawdopodobną prędkością, a jej jasne włosy powiewały, gdy klucząc w prawo i w lewo, zbliżała się do wrogów. Za nią zakosami pędził Sergio. Trzech summickich toporników wyszło im naprzeciw, kilka kroków za nimi stanęło dwóch następnych. Widziałam jak łucznicy zajmują pozycje: jeden cofnął się do doylaka, a drugi pobiegł na skrzydło. Dwóch innych toporników ruszyło w naszym kierunku, omijając Sitę i Sergia. Obliczyłam, że mamy jakieś sześć, no może siedem sekund. Rzuciłam moją klątwę. Sita dobiegła do pierwszej trójki i zrobiła coś, czego nigdy przedtem nie widziałam i nie sądzę, bym jeszcze kiedyś zobaczyła. Czas zwolnił. Sita między jednym krokiem, a drugim robi zamach, celując w skrzydłowego summitę. Trzy topory wznoszą się w górę. Wojowniczka wybija się z lewej nogi i wyskakuje w górę robiąc salto, ale nie nad skrzydłowym, lecz nad środkowym topornikiem. Trzy topory opadają w miejsce, gdzie Sity już nie ma. Dziewczyna ląduje za plecami trójki, opadając do klęku na prawym kolanie, z mieczem poziomo uniesionym nad głową. Summita z pierwszej trójki wypuszcza topór z rąk, a dwójka z drugiego szeregu wznosi topory do ataku, na trwającą w przyklęku wojowniczkę. Summita z pierwszej trójki wali się twarzą w śnieg, prosto na swój topór, a pozostali dwaj odwracają się przodem do Sity, biorąc zamach toporzyskami. Sergio wpada w pierwszą, teraz już dwójkę, tnąc obu swym toporem tuż nad biodrami. Sita z przyklęku, w piruecie, przechodzi do przysiadu tnąc wszystko, co było na drodze jej miecza, wykonującego pełen obrót i wybija się do salta w tył. Topór summity z drugiego szeregu trafia w miejsce, gdzie klęczała przed chwilą, a drugi topornik stoi bez ruchu. U jego stóp leży topór wraz z ręką wciąż ściskającą stylisko. Sita ląduje na ugiętych nogach na skrzydle obu szeregów - nietknięta. Teraz na wszystkich w okolicy spada moja druga klątwa. Czas rusza. Przed sobą mam topornika biorącego zamach. Opierając się na lasce kopię go w głowę z wyskoku i szybko rzucam klątwę na dolyaka. Na mojego topornika spada skądś jakaś kudłata furia, a gdy ten usiłuje się podnieść, trafiają go w szyję dwie strzały. Klęka z jękiem… i pada. Boris biegnie do dolyaka. Między Viggo a mną palą się zwłoki drugiego summity. Fiona podczas inwokacji robi zamach różdżką... Thibaut w piruecie...
Uśmiechnięty Viggo... Sergio robi zamach toporem… Antał w skoku... I po wszystkim. Po bitwie.
Znów wyzbieraliśmy wszystko. Sergio przeciągnął się, aż zatrzeszczały wiązania w zbroi.
- Na co czekamy? – Zapytał
- Dobra. – Viggo schował do plecaka mieczyk ze złotymi zdobieniami, który polerował. – Możemy iść.
- To dla ciebie Alli. – Sita podeszła do mnie, trzymając w obu dłoniach różdżkę. – Niech ci dobrze służy.- Różdżka wyglądała zwyczajnie, ale gdy padł na nią promień słońca, zalśniła szmaragdowymi zdobieniami w formie liści i gałązek, wijących się na całej długości, od uchwytu, aż po koniec. Zaiste, prawdziwie królewski dar. Zawahałam się, ale wiedziałam, że jeśli odmówię, sprawię jej przykrość.
- Dziękuję. – Powiedziałam po prostu, ale gdy wyciągnęłam rękę, Sita chwyciła ją i uścisnęła mocno, po męsku.
- Nie. To ja dziękuję. – Spojrzała mi w oczy, ale... szybko odwróciła spojrzenie. – Wiem, ze żyję dzięki twoim klątwom...
- Co? – Zdziwienie w mojej twarzy. - Miałaś protekcję od Viggo przecież...
- Otóż nie – Głos Viggo z tyłu – Coś mnie blokowało...
Zdumiona oglądam się i widzę poważną twarz mnicha, patrzącego mi w oczy, bez mrugnięcia powieką, z takim wyrazem oczu, że ciarki po mnie przeszły. W spojrzeniu Viggo był strach.
- Alli... weź to proszę... - Sita stała jakaś taka... bezradna.
- Dzięki jeszcze raz. – Rzekłam, przyjęłam różdżkę i uniosłam w górę wydając dziki okrzyk tryumfu, wywołując tym uśmiech na twarzy Sity.
Viggo podszedł bardzo blisko nas i niby to oglądając różdżkę, rzekł cichym głosem. – Coś się dzieje niedobrego, nie mówcie reszcie. Potem porozmawiamy...
- No dalej... – Sergio zaczynał się niecierpliwić.
Ruszyliśmy. Chatka kolekcjonera była bardzo surowo urządzona. Dwa stoły, krzesła; po cztery przy każdym stole, lada, małe zaplecze z tyłu, będące jednocześnie sypialnią. Towary leżały wprost na podłodze w kącie. Boris oczywiście, natychmiast uzupełnił zapasy Ale.
Thibaut oglądał różdżki. Nasi wojownicy raczyli się czymś mocniejszym, niż serwowane przez Borisa Ale. Fiona - o bogowie... nigdy jej takiej nie widziałam. Wpatrywała się w coś z mieszaniną fascynacji i strachu, a był to... obraz. Wolno podeszłam przypatrując się elementalistce, delikatnie dotknęłam jej ramienia. Nie drgnęła, jak się spodziewałam, ale napiętym, cichym głosem powiedziała tylko jedno słowo.
- Patrz...
Spojrzałam. Z początku niby nic, ot jakiś pejzaż, ale już po chwili wiedziałam...
To był kawałek rzeczywistości. Jakby ktoś zamroził widok, tak to było realistyczne, nie jak malowidło, ale jak zamknięty w ramy kawałek świata. Przedstawiał jakąś dolinkę pośród gór, wszystko pokryte śniegiem, w centrum wielki wurm, a po bokach małe postacie walczące z nim. Fragment lasu, droga, przełęcz i to wszystko, ale realizm tego był przytłaczający. Można było rozpoznać profesje postaci po strojach: tu mnich, tam elementalistka, mesmer, chyba wszyscy... nie jeszcze ktoś... nadbiega ścieżką, ale nie można rozpoznać, bo tam właśnie ścieżkę zasłaniają drzewa lasu. I jeszcze coś... elementalistka... ma na sobie taki sam strój, jaki ma... Fiona. Ale nie tylko... przyjrzałam się bliżej maleńkiej postaci i... to głupie, ale to właśnie była Fiona.



Migotanie świec




Mhenlo i Cynn milczeli. Czarnowłosa nekromantka wstała i podeszła do stolika. Podniosła garniec piwa i nalała sobie trochę do kubka. Wypiła odrobinę i cofnęła się, zajmując pozycję na łóżku. Cynn zauważyła, że dziewczyna jest bardzo wzburzona. Mhenlo odezwał się:
- Ale to nie wyjaśnia niczego, jak na razie… Na ubraniu miałaś krew ludzką, i to nie tylko swoją. Wiem, bo sprawdziłem. Myślę, że powinnaś…
- Powinnam? – Oczy dziewczyny zapłonęły zimno i wypełniły się błękitnym blaskiem.
- JA powinnam? – Przez chwilę więziła mnicha spojrzeniem. – Co TY możesz wiedzieć?
Odwróciła się do Cynn. Przez chwilę dziewczyny patrzyły sobie w oczy. Cynn widziała, jak spojrzenie nekromantki powoli łagodniało. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, że czarnowłosa ją ocenia. Nekromantka w końcu opuściła w zadumie głowę.
- Fiona chciała być kimś takim, jak ty… - powiedziała bez związku.
- Zabiłaś ją? – Pytanie Mhenlo zawisło w powietrzu. Cynn zdawała sobie sprawę z tego, że mnich prowokuje. Ani on, ani ona tak nie myśleli, ale czas płynął, a nie dowiedzieli się niczego konkretnego.
Allima spojrzała na Mhenlo z rozbawieniem. – Zabiłam kogoś innego – rzekła.
Mhenlo i Cynn wymienili spojrzenia: To już było coś. Jakiś krok do przodu.
- Kupiliśmy ten cholerny obraz. – Nekromantka wznowiła opowieść.- Okazało się, że jest na nim nie tylko Fiona, ale także Viggo i Thibaut. I ktoś, kto nadbiegał ścieżką wśród drzew.
Kolekcjoner powiedział nam, że jakiś człowiek sprzedał mu ten obraz mówiąc, że nazywa się „Śmierć”. Było na nim przedstawione polowanie na wurma, więc wszystko było oczywiste. Kupił go ze względu na realistyczny wygląd.
Gdy część z nas dyskutowała o obrazie, Viggo wziął mnie i Sitę na stronę. Okazało się, że zaklęcia leczące są nieskuteczne. Owszem, działały, ale powoli i źle, to znaczy leczenie było minimalne. Powiedział też, że nie czuje mocy w Sygnecie Wskrzeszenia, ani w innych czarach przywracających życie. Zdecydowaliśmy się na powrót. I właśnie wtedy Thibaut znalazł tę przeklętą mapę. Była na niej zaznaczona droga do miejsca, którego nikt z nas nie znał.
- Wiecie jak to jest – Allima spojrzała na Mhenlo – Wreszcie miejsce, w którym nikt z nas nie był. Niestety, postanowiliśmy tam iść. W domku kolekcjonera zjedliśmy kolację. Po kolacji siedzieliśmy jeszcze przez chwilę przy zestawionych razem stolikach, ustalając marszrutę.







Powietrze w chatce było ciężkie od dymu. Siedziałam naprzeciw Fiony i przyglądałam jej się spod opuszczonych powiek. Sergio wyciągnął skądś mały flecik i przygrywał na nim, a Sita tańczyła. Fiona klaskała w dłonie, jak mała dziewczynka i śmiała się. Sven chciał zatańczyć, ale wspólnymi siłami powstrzymaliśmy go jakoś.
- Co? Dlaczego? – Bełkotał podchmielony, – Czemu nie mogę?
- Zdemolowałbyś wszystko – Zaśmiał się Boris – Fiona! Ty zatańcz!
Dziewczyna klasnęła w dłonie i wybiegła na środek wolnej przestrzeni między ścianą a stolikami. Poruszyła biodrami.
- Nie, nie tak. Jesteś za mała. - Zawołał Boris. Chwycił ją wpół i postawił na stole.
- Teraz!
Fiona tańczyła. Przyglądaliśmy się jej, klaszcząc do rytmu. Sergio grał na flecie, a Sita na pożyczonej od kolekcjonera gitarze. Każdy ruch bioder elementalistki był nasycony erotyzmem, powodującym, że mężczyźni pokrzykiwali. Twarz Fiony wypełniała radość. Patrzyłam na nią z uśmiechem, ale myślałam o obrazie. „Śmierć”. Ta nazwa nie wróżyła nic dobrego. Miałam niejasne wrażenie, że coś przegapiliśmy, ale nie mogłam sobie uświadomić, co to było. Mimo wszystko powinniśmy zawrócić. Ale to nieznane miejsce…
Nowy region do zbadania. Któż się temu oprze? Zawsze ma to jakiś związek z dziecięcymi marzeniami. Nieznana rzeka, magiczna kraina, lepsze życie… jak w bajce, którą mi kiedyś opowiadał dziadek. Była tam właśnie rzeka elfów, płynąca piękną krainą, gdzie trawa jest bardziej zielona, powietrze bardziej orzeźwiające, światło jaskrawsze i noc piękniejsza.
Co teraz z tymi marzeniami? Kiedy umarły? Patrzę na tańczącą Fionę. O czym ona marzyła? Teraz jest szczęśliwa, ale czy to jest życie, o którym śniła? Zawsze chcemy, by nasze życzenia się spełniły i mamy nadzieję, że to się stanie, ale nadchodzi moment, kiedy już wiadomo, że nic z tego. Taki punkt zwrotny, do którego wszystko jest możliwe, a potem… potem już nie. To miejsce, gdzie umierają marzenia. Albo inaczej. Czy tam, w tej magicznej krainie, gdzie trawa jest bardziej zielona, a światło jaskrawsze, czy tam także ból jest dotkliwszy? A żal intensywniejszy? Zawsze widzimy tylko tę lepszą stronę. I mamy nadzieję. Może, dlatego w ogóle możemy żyć? Bogowie wiodą nas naszą ścieżką wojowników, abyśmy zajęli miejsce w Komnacie Bohaterów. Wtedy będziemy szczęśliwi. Tańcz Fiono. Zatrzymaj ten wieczór jak najdłużej, bo TERAZ wszyscy są szczęśliwi, a później może się okazać, że innego szczęścia nie ma. Piję kolejną butelkę.
Fiona tańczy. Śmiech. Ja tańczę.
- Dalej Alli! Tańczcie! – Tańczymy. Wszystko tańczy. Sita dołącza do nas. Ledwo się mieścimy. Zeskakuję wraz z Sitą i obie wyciągamy ręce po Fionę. Pomagamy jej zejść.
Koniec na dziś, czas spać.


Wyruszyliśmy o świcie. To nie było daleko: zaraz za następnym wzgórzem powinna być mała dolinka z przesmykiem, przez który prowadziła droga – tam było przejście. Na szczycie wzgórza stoczyliśmy następną potyczkę.
Strategia była taka, jak zawsze: Sita z Sergiem wybiegają do przodu ściągając na siebie nieprzyjaciół, a magowie rozprawiają się z nimi. Boris i Sven eliminują tych, którzy się przedarli, bądź wspierają magów. Jeden czar, drugi, trzeci… Sita w zwarciu z jakimś wojownikiem. Pada na śnieg, on też. Ona wstaje. Oburącz unosi miecz skierowany ostrzem w dół. Wbija go w leżącego. Klęka opierając się na mieczu. Gwałtownie odwraca głowę w kierunku Sergia; jej rozwiane włosy zakrywają twarz – coś krzyczy, ale nie słyszę. Hałas jest potworny, bo Fiona właśnie odpaliła swoje najsilniejsze czary. Sita wstaje, ciągle opierając się na mieczu. Wyciąga go z leżącego ciała i powoli kuśtyka w naszym kierunku. Nagle drgnęła i zwaliła się na ziemię. Strzała! Druga! Ale ta chybia. Gdzie łucznik? Jest! Stoi między drzewami doskonale stapiając się z otoczeniem. Boris go nie widzi, ale wie co się dzieje i już pędzi w tamtym kierunku. Sven! Namierzył go i strzela… Strzała trafia, wytracając tamtego z równowagi, przez co znowu pudłuje. Boris dobiega do celu, ale wyprzedza go Antał, skacząc łucznikowi do gardła i powalając na ziemię. Tuman śniegu na chwilę przesłania widok. Łucznik wstaje, lecz Boris ścina mu głowę jednym, zdawałoby się, niedbałym machnięciem miecza. Spoglądam na Sitę. Klęczy i usiłuje wstać. Co się dzieje? Gdzie Viggo? Jest. Rzuca na Sitę czar za czarem, ale bez widocznego skutku. Thibo? Był gdzieś tu przed chwilą… O jest, klęczał za Viggo. Sven rzuca jakiś czar. Coś nie wyszło. Próbuje jeszcze raz. I jeszcze… widzę, że nic z tego. Sven staje całkowicie oszołomiony, by po chwili ruszyć biegiem w stronę powalonego łucznika. Dla bezpieczeństwa biegnę za nim. Tuż przed nami Sergio z Borisem pomagają iść Sicie. Śnieg wokół niej przybrał czerwoną barwę… Nie biegnę już za Svenem. Stoję i patrzę.
Viggo! – Wołam. – Tutaj! Szybko!
Viggo przybiegł od razu.
- Co to? – Wskazuję na czerwień na śniegu i na nodze Sity.
- Bogowie… - Jęknął. – Połóżcie ją. Tutaj rozbijemy obóz. Nie idziemy dalej… przynajmniej nie teraz.
Pomagamy Sicie położyć się. Dziewczyna jest blada, jak śnieg dookoła, wczepia się we mnie dłonią.
- Alli nie pozwól… ja nie chcę… Viggo? Nie obetniesz, prawda? Dlaczego tu nic nie jest, tak jak powinno?
Viggo głaszcze ją po głowie.
- Spokojnie dziecinko. Będzie dobrze. Myślę, że już jutro. Prześpij się teraz.
- Nie skutkuje… - Głos Svena za mną.
Odwracam się. Sven stoi z Antałem na rękach i patrzy się na niego bezradnie… - Nie potrafię…
Kładzie Antała na śniegu, przyklęka, czyni gesty dłońmi. Czuję orzeźwiającą woń, coś, co przywodzi na myśl kwitnące jabłonie, wiosnę i słońce, lecz wrażenie natychmiast mija, odepchnięte jakimś zimnym powiewem, jakby sama śmierć westchnęła, patrząc na nas.
- Viggo… - mówię bardzo cicho, lecz wiem, że wszyscy przyjmują mój głos niemal jak krzyk.
Viggo, co tu się dzieje?…
- Mówiłem. Wskrzeszenia nie działają, a magia lecząca działa wolno.
- Dlaczego? – Raczej nie oczekuję odpowiedzi, ale musiałam zapytać.
Viggo owijał nogę Sity, zakrywając przed naszym wzrokiem straszliwie poharatane ciało i tę złowieszczą czerwień, na widok której robi się jakoś słabo. Gdy skończył, podniósł się wolno. Spojrzał na naszego łowcę.
- Sven… - Viggo mówi łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Sven, daj spokój… Już po wszystkim.
Sven nadal rzuca ten swój czar, mający wskrzesić Antała… Raz za razem.
- Sven! Przestań! – Viggo trzasnął go otwartą dłonią w policzek. Podniósł go bez wysiłku do góry, tak, że ich twarze niemal się zetknęły.
- On nie żyje! I nie zmienisz tego. Twoje czary nic nie zmienią, ani moje. Niczyje. Chyba, że chcesz mieć miniona zamiast niego. Wtedy poproś Alli, bo teraz tylko to można zrobić.
Sven spojrzał na mnie w taki sposób, ze przez chwilę myślałam, że poprosi. Ale zaraz opuścił głowę.
- Przepraszam…, co mogę zrobić?
- Zakop go. To cię zajmie na chwilę. A potem posiedzisz przy Sicie.
Z kocy zrobiliśmy prowizoryczny namiot, w którym położyliśmy Sitę. Mnich podał jej coś nasennego i teraz spała. Minął dzień i słońce chyliło się ku zachodowi. Rozpaliliśmy ognisko. Podeszłam do Viggo.
- Powiesz mi?
Westchnął. Patrzył na śnieg pod stopami.
- Naprawdę to nie dzieje się nic niezwykłego… - Zaczął. Uniósł dłoń, aby powstrzymać moje protesty i pytania. – Dzieje się to, co zawsze, tylko że teraz magia tego nie filtruje. Więc widzimy to, co byśmy widzieli, gdyby nie było magii. Byłaś na pobojowisku po ataku Fiony?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie idź tam.
- Nie pójdę.
Skinął głową z aprobatą. – Jako jeden z niewielu ukończyłem medycynę tradycyjną. A więc ziołolecznictwo, chirurgia… i takie tam… Wiem jak leczyć i to nie tylko magicznie. Tacy mnisi są zwykle rekrutowani do Kręgu Światła. Wiesz co to? – Widząc moją całkowitą ignorancję, ciągnął dalej. – To taka tajna organizacja pod wezwaniem Dwayny. Jej zadaniem jest wyłapywać wszystkich, którzy w jakiś sposób odstają od standardu, na przykład są odporni na czary, albo reagują inaczej: krwawią, chorują albo coś innego, nienaturalnego. Takich się izoluje, i wzywa się Dwaynę. Przybywa jej avatar i sprawa jest załatwiona. Albo ten ktoś już jest normalny, albo znika.
Widząc moje zdumienie roześmiał się. – Nie zdążyłaś się dowiedzieć, co?
- Nie zdążyłam?
- Widzisz, najpierw myślałem, że to ty za tym wszystkim stoisz…
-Ja? Jak?...
- Krąg Światła infiltruje rodziny wszystkich znaczących ludzi w Tyrii i nie tylko tu. A więc znana jest doskonale cała rodzina takiego, na przykład drugiego doradcy króla Orr.
- Co?! – Zerwałam się na równe nogi. – Ty…
- Nie kończ proszę. – Wydawał się zakłopotany. - Tak.. należałem do Kręgu... Ale to dawne dzieje... Już nie należę... Usiądź… Proszę…
Usiadłam, ale nie mogłam oprzeć się uczuciu, że zostałam oszukana. Viggo, mój przyjaciel, z którym nieraz walczyłam ramię w ramię okazuje się tajnym szpiclem.
- Przeciwnikami Kręgu Światła są „Zakapturzeni” i dlatego myślałem, że to ty za tym stoisz: niedziałająca magia leczenia, zwiększona moc magii zniszczenia i przede wszystkim necromanckiej.
- Ale ja nie należę do żadnych „Zakapturzonych”.
- Dziecinko, twym ojcem był przewodniczący „Zakapturzonych”, a może wolisz nazwę „Trzeci Krąg”?
Ze zdumienia odebrało mi mowę. Patrzyłam na Viggo z niedowierzaniem. Skinął głową.
- Tak. To organizacja nietajna i oficjalna, bo bez wsparcia Dwayny tylko tak mogła zaistnieć. Jej zadaniem było uwolnić świat od tego magicznego filtru, ale pierwszy doradca przekonał króla Orr, że można ten potencjał wykorzystać inaczej. Zrobił to w tajemnicy przed twoim ojcem i wykorzystując ignorancję króla, przygotowywał się do przejęcia władzy nad całą Tyrią. Na szczęście wypadki potoczyły się trochę inaczej niż przewidywał. Ale Trzeci Krąg przestał istnieć. Natomiast przy życiu pozostała córka przewodniczącego, desygnowana przez swoją uczelnię na członkinię Rady Trzeciego Kręgu. I co ja miałem myśleć, wiedząc to wszystko?
- Dotarłam tam później, już po ataku charrów. Majesty Rest był pusty, wkoło dracoliche...
- Tak, po zastanowieniu też doszedłem do wniosku, że nie miałaś czasu by zapoznać się z zaawansowaną magią. Cóż, szkoda… A więc jeśli to nie ty, to gdzieś w pobliżu jest jakiś ośrodek, który zdejmuje ten filtr i warto przekonać się, co to jest. A co do Sity, to do rana będzie zdrowa. Problemem jest tylko to, czy przeżyjemy z osłabioną magią leczącą. I przyznam, że jest to problem poważny. A co się ciebie tyczy, to przy bliższym poznaniu bardzo zyskujesz. Pamiętam Allimę Airburn, jako osobę bardzo odpychającą i zarozumiałą.
Allima od Brega jest o wiele sympatyczniejsza.
– Uśmiechnął się.
- Dzięki. Alli Brega jest odwrotnością tamtej Allimy. Zapewniam cię.
- Nie wątpię w to. – Odpowiedział.
Od strony namiotu dobiegły nas jakieś głosy, a po chwili…
- Viggo! Alli! – Wołał Sven. Podeszliśmy. Sita wyglądała o wiele lepiej. Nawet uśmiechnęła się na nasz widok.
- Nie śpisz już? – Viggo zagadnął, odwiązując bandaż. – Myślałem, że będziesz spać do rana, ale wszystko teraz działa inaczej… Jest dobrze – Mruknął. – Będziesz znowu biegała i to już jutro. Jednak musimy teraz bardziej uważać, bo inaczej zdmuchną nas jak świece.
- Alli – Sita spojrzała na mnie. – Ja… ech to tylko głupie myśli…, ale wolę teraz, bo… czy możesz zostawić mi na noc tę różdżkę, którą tobie podarowałam?
- Oczywiście – Podałam jej.
- Przypiszę ją dla ciebie. Będzie ci lepiej służyła. Kiedyś się tym zajmowałam. Dawno temu, gdy pomagałam ojcu.
- Dzięki. – Czyżby Sita miała łzy w oczach? W tym świetle nie widać dokładnie. Podszedł Sergio, poważny jak nigdy. Uklęknął, chwycił dłoń Sity i przycisnął ją do czoła i ust.
- Będę przed namiotem. Zawołaj, jakby co…
- Tak… zawołam. Oczywiście.
Teraz ja pochyliłam się i uścisnęłam jej dłoń, tak jak wtedy, przed chatką kolekcjonera.
- Dobranoc. – rzekłam po prostu. Wyszłam. Noc była śliczna, gwiazdy migotały, powietrze świeże, brak wiatru. Góry błyszczały w świetle księżyca. Było naprawdę cudownie.
- Alli… - Sergio stał tuż obok, jak obiecał Sicie. Spojrzałam na niego; był cały srebrny w blasku księżyca.
- Tak?
- Miewasz czasem przeczucia?
- Jakie przeczucia?
– Nie zrozumiałam.
- Takie wyraźne. Jakby coś się wydarzyło, a nie jakby miało dopiero nadejść.
- Nie, nie mam. Może kiedyś… Teraz nawet nic mi się nie śni.
– Popatrzyłam na niego. Stał jak skała, patrząc w gwiazdy. – A co? Dlaczego pytasz?
- Nie. Nic, tak tylko. Wiesz… cieszę się, że spotkałem w życiu kogoś takiego jak Sita, że znam Ciebie, Viggo i innych. Chyba warto było…
- Było? Czemu "było"?
- Tak mi się powiedziało… - Westchnął – Dobranoc, ja będę dziś czuwał, prześpij się.
- Dobranoc







Ranek był równie piękny, jak noc. Wstaliśmy wszyscy, z Sitą włącznie. Sita nawet nie kulała, ale na nodze pozostał ślad po ranie: nierówna, szarpana blizna. Swoją drogą, co to była za strzała, jeśli zostawiła aż taką bliznę. Sita podeszła do mnie zakłopotana.
- Wiesz… zrobiłam to, co Ci obiecałam, ale… no… nie zauważyłam i trzymałam różdżkę odwrotnie… i ostatni znak nie chciał się wypalić. Jakby różdżka się sama przed tym broniła.
Nigdy przedtem nic takiego mi się nie zdarzyło. Sprawdź proszę, czy nadal możesz jej używać.
– Sita była tak smutna i zmieszana, że ze strachem chwyciłam różdżkę, bardziej się bojąc tego, że wojowniczka będzie się czuła winna, niż czegokolwiek innego. Różdżka była doskonała, natychmiast zespoliła się z moją osobowością. Teraz czułam wyraźnie jej pulsowanie, jej energię.
- Jest świetna . – powiedziałam – Doskonała.
- Naprawdę? – Odetchnęła Sita – To świetnie, w takim razie obejrzyj ją wreszcie.
Podniosłam ją do oczu. Faktycznie, trzeba odwrócić, aby przeczytać wygrawerowane ślicznymi runicznymi literami moje imię: ALLIM… ostatniej litery nie ma. Litery runiczne mają to do siebie, że można je czytać zarówno normalnie, jak i odwrotnie, nie zmieniając przy tym znaczenia liter. Zmienia się oczywiście ich kolejność. Chwyciłam różdżkę normalnie i przeczytałam: MILLA. Zrobiło mi się zimno. Jak ja to powiedziałam do Viggo? Że Alli Brega jest odwrotnością tamtej Allimy… Los nadał mi nowe imię. Do tego zaakceptowane przez różdżkę, jako właściwe. Tamta noc była niezwykła. Zaczęłam się obawiać. Nowe imię to jakby nowe życie, a co z tym starym?... I ta rozmowa z Sergiem… Sita też była jakaś dziwna. Co przeczuwał Sergio? O jakich „głupich myślach” mówiła Sita? Za dużo tych zbiegów okoliczności.



Gasnące świece




Zwinęliśmy nasze prymitywne obozowisko i ruszyliśmy w dół zbocza. Drzewa przerzedziły się i oczom naszym ukazał się widok doliny. Od naszej strony zbocze łagodnie opadało w dół, tworząc gładkie zejście, pokryte białym śniegiem, niczym puszystym dywanem. Z lewa i prawa wystrzeliwały ostre, poszarpane turnie pokryte srebrem i bielą, które odbijały promienie porannego słońca. Całość dopełniało błękitne niebo w górze, po którym przesuwały się białe, kłębiaste obłoki. Już dawno nie widziałam tak pięknego widoku. Ale dno doliny, niczym kłębki waty zaścielała mgła, przez którą nie mogliśmy przebić się wzrokiem. Mgła tylko potęgowała pierwotne piękno tego krajobrazu, ale jakimś dziwnym sposobem spowodowała, że poczułam niepokój.
Sita z Sergiem szli z przodu. Za nimi Boris i rozglądający się na wszystkie strony Sven. Thibaut szedł za Svenem , starając się trafiać w ślady idących przed nim. Za Thibautem Fiona i ja. Całość zamykał Viggo. Obejrzałam się na niego. Szedł ze spuszczoną głową, zadumany. No tak, jeśli magia działała tak selektywnie, jak mówił, to był teraz zupełnie nieprzydatny podczas walki. I znowu ta sama natrętna myśl, że coś przeoczyłam, że rozwiązanie zagadki jest na wyciągnięcie dłoni. Niejasne uczucie, które następowało, gdy patrzyłam na obraz, ale nie tylko. Kiedy jeszcze? Myśl Alli, myśl… Kiedy?....
Płonące zwłoki summity, moje kopnięcie, uśmiechnięty Viggo, Thibaut w piruecie…
Ta walka przed chatką kolekcjonera. Wtedy! Viggo powiedział, że coś go blokowało. I moje uczucie, że coś przegapiłam. To samo uczucie miałam patrząc na obraz. Nie, nie tak. Patrząc na obraz miałam je pierwszy raz i zaraz kojarzył mi się z tą walką przed chatką. Jakaś rzecz była wspólna. Taka, która nie pasowała do sytuacji. Uśmiech Viggo? Ale ja wiedziałam, dlaczego się uśmiechał. Dlatego, że właśnie wtedy udał mu się czar. Pamiętam, że rzucił go na Borisa, zaraz po tym jak summita eksplodował mu trucizną prosto w twarz. To nie uśmiech. Czułam, że zaraz będę wiedziała. To coś innego…
Uderzyłam w coś. Wlazłam w Thibo. Zajęta myślami nie zauważyłam, że się zatrzymał. Wszyscy staliśmy, wokół nas było szaro i ponuro, a wzrok sięgał nie dalej niż na połowę odległości rzutu kamieniem. Mgła. Byliśmy na dnie doliny. Wokół były drzewa, których korony ginęły we mgle. Staliśmy na ścieżce. Śniegu było mniej, więc trakt odznaczał się wyraźnie, a stanęliśmy bo…
Na ścieżce ktoś stał. Jeździec. Potężny i nierzeczywisty w tumanach mgły. Jego płaszcz, czy też peleryna skręcała się w podmuchach potężnego wichru. Tylko, że nie było nawet najmniejszego wiaterku. Ogromna postać trąciła piętami konia i powoli ruszyła w naszym kierunku. Jeździec wydawał mi się znajomy. Znałam ten sposób siedzenia, każdy ruch i gest jeźdźca był mi znany, każdy balans ciałem. I wtedy poczułam. Walczyłam z Glint, walczyłam z Lordem Khilbronem, ale moc tych dwoje nie znaczyła nic, wobec potęgi, która zbliżała się do nas. Usłyszałam, jak Sergio jęknął. Wszyscy opadliśmy na kolana, niemal przygnieceni aurą mocy, która otaczała jeźdźca. Ukryłam twarz w dłoniach, czując jak ten stwór zbliża się do nas. Stukot kopyt ustał tuż przy mnie. Napór mocy zelżał na tyle, że znalazłam siłę, by podnieść głowę. Koń był szkieletem. Podniosłam głowę nieco wyżej i zobaczyłam skórzane buty z cholewami zdobionymi wizerunkami płonących kul pomiędzy gwiazdami… znałam te buty… Usłyszałam swój własny szloch. Nie… tylko nie to… Tyle lat Cię nie widziałam i teraz… spotykam Cię w takiej postaci… Wzrok mój przesuwał się wyżej. Kości dłoni zaciśnięte na różdżce ognia… Na palcu jarzący się niezwykłym blaskiem pierścień… Nie musiałam się nawet przyglądać – wiedziałam, że jest taki sam, jak ten na moim palcu. Spojrzałam w górę, prosto w oczy jeźdźca, czerwone i płonące jak węgle. Popatrzyłam na złoty diadem na nagiej czaszce. Jakiś nakaz kazał mi wstać i oto stałam przed nieumarłym drugim doradcą władcy Orr, a prywatnie przed moim ojcem. To znaczy przed tym, co kiedyś było moim ojcem.
Jak powiew dalekiego wiatru, ale niezwykle wyraźnie rozległ się w mej głowie głos: -Aaaaalliiimaaaa… Kazano mi tu przyjść, aby dopilnować… Ale ja ostrzegam: nie masz już odwrotu. Weszłaś już na ścieżkę przeznaczenia, więc wybierz mądrze, nie zrób tego błędu, co ja…
Trzymaj się od Niej z daleka… Złam nasze podporządkowanie… Mnie się nie udało i teraz jestem Jej sługą… Ty możesz to zrobić i ocalić siebie i przyjaciół. To pasożyt… Wampir… Nie jest tym, kim się wydaje. Ona wywołuje zarazy i wojny. ONA. Żywi się cierpieniem…W ten sposób można się targować… Pamiętaj… daj Jej cierpienie, a uzyskasz wiele, ale nie uzależniaj się od NIEJ…

Głos w mej głowie umilkł. Trup przechylił głowę jakby nasłuchując i po chwili wybuchnął skrzeczącym śmiechem.
- Już wie. Muszę odejść. Żegnaj!
Potężny szkieletowy rumak poderwał się i ruszył z kopyta. Jeździec rozpłynął się we mgle i więżąca nas moc zniknęła. Powoli wszyscy wstawali. Nikt nie zauważył bezgłośnej rozmowy nieumarłego ze mną. Powalająca moc spowodowała, że wszyscy trwali z zamkniętymi oczami i nikt nie obserwował otoczenia, tak więc moje zachowanie także umknęło uwadze, ale nie tylko. Bo oto od strony, z której przyszliśmy słychać było zgiełk marszu wielu osób. Ktoś szedł naszym śladem.
- Sita! Sergio! Już, szybko! – Ponaglający szept Viggo ruszył nas z miejsc. – Nie mamy szans. Do przejścia. Prędko!
Po chwili, z tyłu rozległy się wrzaski trwogi, a potem jęki konających. Nieumarły „dopilnowywał”.
- Czy ktoś z was wie, co to było? - Sergio nieprzerywając marszu odwrócił głowę w naszą stronę. Oczywiście pytał o jeźdźca, bo wrzaski z tyłu były aż nadto wymowne. Milczałam.
Viggo mruknął – Nie wiem, ale nie chciał z nami walczyć, a z nimi… skinął głową w kierunku krzyków i w tym momencie nastała cisza.
- Walczyć? Mówisz o jakiejkolwiek walce z tym czymś? - Boris pokręcił głową. – To coś powie tobie„giń” i ty giniesz., w sposób, w jaki on sobie zażyczy i jeszcze zapytasz, czy giniesz tak, jak on chciał, czy też może wolałby inaczej.
Boris był zgryźliwy, ale nie dziwiłam się temu. Moc mego ojca była porażająca.
- Pospieszmy się. Dojdźmy do przejścia, zanim on wróci. – Sita zaniepokojona odwróciła głowę.
- Tak. Pospieszmy się. – Thibaut energicznie ruszył naprzód, ale przedtem podchwyciłam jego spojrzenie. Thibaut bał się. Co ciekawsze, bał się mnie… Interesujące. Ale na pewno się nie myliłam. Thibaut obawiał się mnie - Allimy Airburn, od niedawna Milli Bregi. Ciekawe dlaczego.
Wspinaliśmy się ścieżką, a przed nami widać było zamgloną tarczę przejścia. Mgła została w dole, ale tymczasem pogoda zmieniła się. Nie było błękitnego nieba, nie było białych obłoków, była natomiast wszechobecna szarość ciężkich chmur, z których właśnie zaczynał padać drobny śnieg. Zerwał się wiatr i z furią uderzył na nas. Przejście było tuż, tuż. Obejrzałam się. Może mi się zdawało, że widzę w dole posępną sylwetkę jeźdźca, ale uniosłam rękę w geście pozdrowienia, a potem powoli zanurzyłam się w drżącą taflę przejścia.







Nie mogę powiedzieć, że kochałam ojca, ale na pewno go podziwiałam. Był niekwestionowanym mistrzem magii żywiołów i nie tylko. Widząc go takim jakim się stał teraz, czuję, że muszę zrewidować swoją opinię na temat tego, co stało się w Orr przed laty. Czyżby Khillbron i ojciec współpracowali ze sobą? Kim była ta ONA? Khillbron zbierał armię Tytanów, aby najechać Tyrię. I z pewnością by to zrobił, ale czy tylko o to chodziło?
Znając mego ojca, sądzę, że sprawa była poważniejsza. Ojciec gotów by poświęcić każdego, włączając w to także siebie, jeśli uznał, że sytuacja tego wymagała. Może tytany były potrzebne, aby zneutralizować ową tajemniczą JĄ? Watahy nieumarłych w Krycie z emblematami Orr na pancerzach… To wszystko miałoby sens… Kim ONA jest? „…jest pasożytem… Wampirem…” O co tu może chodzić? Żywi się cierpieniem… I jeśli ta istota jest tak potężna, dlaczego nikt o niej nie słyszał? Nie jest tym, kim się wydaje…Czyli nie jest kim? Ta wyprawa już nie wydawała mi się tak bezsensowna, jak przedtem…
- Alli… - Wołał Boris. Bardzo cicho, półgłosem. – Podejdź.
Było bardzo zimno. Przechodząc obok Fiony drżącej z chłodu w swej krótkiej spódniczce i półprzezroczystej bluzce, zdjęłam pelerynę z pleców i podałam jej. Pozbawiona magii odzież była teraz po prostu odzieżą i niczym więcej. Dziękowałam więc bogom za moje skórzane spodnie i kurtkę. Podchodząc do Borisa rozpuściłam włosy, by choć trochę osłoniły uszy przed mrozem.
- Hmm do twarzy ci w długich włosach – uśmiechnął się Boris, ale zaraz spoważniał. – Towarzystwo - pokazał palcem.
Oczywiście wszechobecni summici, ale nie tylko. Także kilku ludzi. Zobaczyłam, że Sita i Sergio stoją bardzo blisko siebie, dotykając się wzajemnie. Popatrzyli na siebie i wtedy zrozumiałam. Oni się żegnali. Cały czas zajęta myślami o magii, ojcu i tajemniczej istocie, nie zwracałam uwagi na to co się działo wokół mnie. Już wiedziałam, o jakich przeczuciach mówił Sergio i jakie głupie myśli przychodziły Sicie do głowy. Przeczuwali własną śmierć.
Sita wyciągnęła do mnie rękę.
- Żegnaj Milla . – Jako pierwsza nazwała mnie nowym imieniem
- Żegnaj. - Jak echo powtórzył Sergio. Nie potrafiłam nic odpowiedzieć. Dlaczego ja? Dlaczego właśnie ze mną się żegnają?
- Gotów. – Jak zwykle przed walką, powiedział Sergio.
- Już. – Sita ruszyła zakosami do przodu
Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Magia działała bardzo selektywnie, odzież przestała mieć magiczne właściwości, ale musieliśmy się przebić, aby iść dalej. Drogi powrotnej nie było. Po naszym przeniknięciu, przejście przestało istnieć. Nie wiem, czy to ojciec „dopilnował” tego, czy też był to przypadek, ale fakt pozostawał faktem. Teraz mogliśmy tylko iść naprzód.
Sita i Sergio działali inaczej niż zwykle. Osłonięci tarczami wabili przeciwników w zasięg czarów Fiony i moich. Moc naszych czarów była po prostu zdumiewająca. Fiona po prostu przekopywała pagórki i zasypywała niecki. Wszędzie kipiąca lawa, ogień rażący z nieba i zmielone skały. Moje klątwy dosłownie zatrzymywały przeciwników w miejscu, a ich ciała rozpadały się, zanim zdążyli unieść oręż. Wśród pozostałych przy życiu zapanował popłoch, próba planowego odwrotu zamieniła się w paniczną ucieczkę. Sergio i Sita siedli im na karkach wycinając jednego po drugim. Jednak ktoś zdołał przywołać małego miniona, który potykając się ruszył na Sergia. Sita wybiegła mu naprzeciw i jednym cięciem miecza rozcięła bestię na pół. Podniósł się kłąb zielonej mgły, który otoczył Sitę i Sergia, a potem opadł. Było po walce. Sita i Sergio objęli się, a potem chwycili za ręce. Biegnę do nich ile sił w nogach.
Za sobą słyszę krzyk Viggo.
- Alli wracaj!
Sita była pierwsza… Konwulsje targnęły jej ciałem, rzucając na śnieg. Sergio ukląkł, usiłując jej pomóc, przytrzymać ją… Ale w tym momencie i on zwinął się w konwulsjach. Oboje wymiotowali krwią i kawałkami czegoś, co mogło być tylko ich wnętrznościami. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Uklękłam i patrzyłam, choć poprzez łzy nie widziałam już nic, nie odwracałam głowy, bo byłam z nimi tak długo, jak długo patrzyłam. Słyszałam Viggo za sobą, jak wrzeszczał na całe gardło swoje zaklęcia, ale żadne z nich nie zadziałało. Nie mogłam już dłużej patrzeć.
- Wybaczcie. – szepnęłam
Spojrzałam na mnicha. Wściekły chwycił swą różdżkę oburącz i złamał ją na kolanie. Sypnęła deszczem srebrnych iskier.
Viggo postąpił krok do przodu i zza paska wyjął nóż ofiarny. Opadł na oba kolana i nożem naciął swą pierś od lewa na prawo. Z rany popłynęła krew. Twarz miał bladą z wściekłości. Uniósł obie ręce w górę i wywrzeszczał jeszcze jedno zaklęcie. Następnie przed sobą wyrysował jakiś znak i zakrwawiony nóż wbił w środek rysunku. Skłonił się. Znowu nic. Viggo na kolanach wznosi ręce w górę, pięści ma zaciśnięte, i pełnym głosem krzyczy w niebo: - Usłysz mnie ty przeklęta suko! – Nic. Wstaję i podchodzę do nieruchomych Sity i Sergia. I wtedy… Krótka ocena sytuacji i wiem już co się stanie, bo oto dwa oddziały podchodzą do nas: jeden do Viggo, który jest z całą grupą, a drugi do mnie, niestety samej. Pierwszy oddział zaatakował grupę Viggo. Nie mogłam tam pobiec, bo bym ściągnęła im na kark drugi oddział, ale mogę im pomóc rzucając czary, a właściwie jeden. Zaczyna się walka. Fiona atakuje, a Viggo leczy. Czary skutkują. Widzę jak mnich dwoi się i troi rzucając czary protekcji po kolei na każdego, aż następuje to co nastąpić musiało: brak energii u Viggo i Fiony. Westchnęłam. Krew to potęga. Poświęcam część życia i rzucam czar na Viggo. Zorientował się od razu. Następny na Fionę. Znowu mogą się bronić. Powinni zniszczyć przeciwników zanim nadejdzie ten drugi oddział. Ale do tego potrzebna im energia. Co czuli Sergio i Sita? Żal? Strach? Nie wiem. Ja nie czuję nic, oprócz ściekającej krwi. Mam ponacinane nadgarstki krwawię z uszu, nosa, z oczu. Krew to potęga! Patrzę na nich jak walczą i już wiem, co było nie tak, szkoda, że tak późno. Wiem co przegapiłam patrząc na obraz i wspominając walkę przed chatką kolekcjonera. Nie szkodzi. Wieczność jest długa, a ja poczekam na ciebie ty sukinsynu i dostanę cię. W tym życiu czy w innym, ja WIEM, że cię dostanę. Krew to potęga, a więc więcej krwi, więcej mocy.
- Alli nie!- Jeszcze słyszę wołanie Viggo, ale wiem, że inaczej nie można. Ci z drugiego oddziału już mnie widzą. Nadbiegają.
Więcej krwi. Więcej mocy. Grenth'cie prowadź mnie!
Moje życie i świat wokół zgasły, jak zdmuchnięta świeca.
Potem nie było już nic...



Pochodnia




W Droknar’s Forge było południe. Głosy handlujących i nawołujących się ludzi i krasnoludów mieszały się ze sobą tworząc pozornie niezrozumiały, hałaśliwy bełkot. Mhenlo zamknął okno. W małym pokoju na piętrze zapadła cisza. Mnich odwrócił się plecami do okna i oparł o parapet - był teraz ciemną sylwetką, na tle wpadającego do pokoju światła. Oboje z Cynn patrzyli na nekromantkę, która siedziała w milczeniu na łóżku z opuszczoną głową. Długie włosy zasłaniały jej twarz, gdy wpatrywała się w kubek z piwem, trzymany na kolanach w obu dłoniach. Milla podniosła głowę i spojrzała najpierw na Mhenlo, potem na Cynn.
- Umarłam – Stwierdziła po prostu. - Zginęłam rzucając czar. Sądzicie, że to głupota? Bohaterstwo? Nic z tego. Byłam świadoma, że zginę i nie będzie wskrzeszenia, że zginę naprawdę, nie tak jak tu.- Zatoczyła krąg dłonią. - A jednak nie mogłam inaczej, nie mogłam nic innego zrobić. To było tak oczywiste, że inne rozwiązanie nie istniało. Poświęcenie? Bzdura… Nie myślałam o tym, wiedziałam, że muszę dać energię dla Viggo i Fiony, bo inaczej zginiemy wszyscy. A tak… tylko ja… - Opuściła głowę. – Ale moje przeznaczenie pokazało, że nie my jesteśmy panami naszego losu. Ktoś postanowił, że nie tak się to skończy…







Szarość. Coraz jaśniejsza. Biel. I światło. Dużo światła. Słońce? Słyszę plusk wody. Tu w górach? Płynę? Gdzie ja jestem? Wróciła pamięć. Przecież umarłam… gdzie jestem? Nie mogę się poruszyć, nic nie widzę… tylko to światło. Ale słyszę i czuję. Plusk wody… i kołysanie. Jestem na łodzi? To dziwne, czuję, że się kołyszę, a nie czuję ciała. Coś widzę… mgła? Jakaś postać? Widzę coraz wyraźniej: postać, ogromna postać w habicie z kapturem, który nie pozwala zobaczyć twarzy właściciela. Trzyma ogromny drąg. Odpycha się nim od czegoś, albo odpycha coś… To przewoźnik, a ja leżę na łodzi. Ale… dlaczego nie czuję ciała? Światło trochę razi, chcę zamknąć oczy, ale nie mogę, bo nie czuję powiek. Zaczynam się bać, a właściwie wpadam w panikę. Przewoźnik bardzo powoli prostuje się i odwraca w moją stronę. O bogowie… on nie ma twarzy, nie ma nic, tylko pustka, ciemność. Moja dusza dygocze ze strachu i… Przewoźnik powoli wyciąga rękę w moim kierunku, a ja szamoczę się bezsilna w tej klatce z niczego, sama będąc niczym… jestem tylko drżącym przerażeniem, chcę krzyczeć, ale nie mogę. Nie mam ust, gardła, twarzy… Moja panika rośnie… już nawet nie widzę, tylko czuję… strach i tylko on, coraz potężniejszy. Sama jestem już tylko strachem i drżę cała, odchodząc znowu w nieświadomość. Czy można zwariować po śmierci? Jego ręka dotyka mnie, mojego strachu i… uspokajam się.
- USPOKÓJ SIĘ…- To głos wewnątrz mnie, ale nie mój. Jego.
-TY NIE ŻYJESZ, JA CIĘ TYLKO PRZEWOŻĘ. NIC CI NIE GROZI. – Jego głos huczał wewnątrz mnie, wypełniając wszystko swym brzmieniem. Powoli strach mija. Uczę się patrzeć. Zaczynam widzieć siebie: lekko przezroczysta, ubrana w swoje spodnie i kurtkę, tak jak w chwili śmierci, leżę na pokładzie łodzi. Usiłuję siąść. Siadam… wstaję… stoję.
- Bardzo dobrze – znów głos wewnątrz mnie, ale już tak nie huczy. – Szybko się uczysz…
I właśnie wtedy… coś mnie dotknęło wewnątrz mnie. Jakaś cząstka mocy, niewyobrażalnie wielkiej mocy. Dotknęła mnie, jakby lekko klepiąc, abym zwróciła na coś uwagę…, na co? Głosy. Dwa głosy… niewiadomo gdzie… Kobiecy i męski. Prowadzą dialog, a ja zaczynam mu się przysłuchiwać. Z początku nie mogę zrozumieć słów, rozpoznaję tylko brzmienie i intonację. On mówi spokojnie, ale z naciskiem, szorstko, ale w sposób budzący zaufanie. Ona… Zadrżałam… Ten głos… Syczący i jakby oblizujący się po każdym słowie…
Zaczynam rozumieć, co mówią…
-Ona jest moja. Tak długo czekałam…- Gdy to słyszę, znowu zaczynam się bać. Instynktownie czuję, że nie bez powodu jestem świadkiem tej rozmowy i zaczynam się domyślać, kim jest mówiąca.
- Nie. Zginęła wzywając mnie. Poza tym, to już nie jest Allima, to jest Milla i zmiana nie dotyczy tylko imienia. Allima przestała istnieć jeszcze w czasie wojny z charrami. Przyznaj, nie masz nad nią już żadnej władzy, dlatego przywołałaś jeźdźca. On ją wyczuwał, a Ty nie.
-Jest moja – Słysząc te słowa, wypowiedziane w ten sposób, rozumiem tych, którzy twierdzą, że śmierć nie rozwiązuje niczego. Jeśli masz kłopoty i uciekasz od nich w śmierć, to tam cię dopadną ze zwielokrotnioną siłą. Ja nie uciekałam od niczego, ale kłopoty właśnie się zaczynają. I trzeba było śmierci bym je znalazła.
-Nie, nie jest – To on. Sądząc po tym, co mówił przedtem, to Grenth
- Zawrzyjmy układ… - Głosy uciekły gdzieś, przestałam je słyszeć, ale to wystarczyło. To była ONA. Ten wampir, przed którym ostrzegał mnie ojciec. Ale kim ONA jest?
Tymczasem łódź dopłynęła do brzegu.
- Tu wysiądź – powiedział przewoźnik – Ktoś po ciebie przyjdzie.
Wychodzę na pomost. Zabawnie tak iść bezszelestnie. Rozglądam się… To tu jest Siedziba Bohaterów, miejsce wiecznej szczęśliwości. Rzeczywiście, pięknie tu. Ktoś nadchodzi. Pięć osób, czy raczej pięć duchów. Rozpoznaję ich. To przecież Fiona i Viggo, a dalej Boris i Sergio z Sitą! Biegnę do nich, uśmiecham się, zapominam na chwilę o Glosach. Co za radość! Razem będziemy świętować w Komnatach Bohaterów. Podbiegam bliżej. Zwalniam… Co jest? Ich twarze… poważne i smutne i takie… beznadziejnie zaszczute…
- Witajcie…
Viggo podszedł blisko i przypatrywał mi się. Długo…
- Witaj - Powiedział wreszcie. – Czekaliśmy na Ciebie…
- Viggo! Ona nic nie wie… - To Boris. – Szybko, powiedz jej…
- Co się dzieje? – Pytam z niepokojem.
Viggo spojrzał na mnie – Nie wiem, czy zdążę… Tu wszystko jest inne, niż oczekiwaliśmy. Najpierw dam Ci radę. Jeśli Grenth coś zaproponuje, przyjmij to… nie pytaj mnie o nic, wiem i już. Tak długo czekaliśmy na Ciebie. Jesteś naszą nadzieją, naszym zbawieniem… nie zawiedź nas…
- Ale ja nic…
Wszyscy znieruchomieli i jakby nasłuchiwali.
- Musimy iść – Powiedział Viggo – Pamiętaj o nas… Proszę…
Fiona rozpłakała się…- Ja już nie mogę! Alli zabierz nas stąd. MILLA! To tak boli! Ja nie chcę… ja już… - Zniknęła w tym momencie. Zaraz potem zniknął Viggo i Sita.
Co jest? – Pytam. – Gdzie oni znikają?
Boris popatrzył na mnie.
Heroes Ascent – Wypluł dosłownie tę nazwę i zniknął razem z Sergiem.
A więc to tak… Duchy walczą na Heroes Ascent. Przez całą wieczność. Nieśmiertelni bohaterowie cały czas na polu walki. Bronią dostępu do Hall Of Heroes. Magiczna kraina… Trawa bardziej zielona… Słońce jaśniejsze… A ból… dotkliwszy. Zwielokrotniony. Aby ten, kto się żywi cierpieniem miał swoje pożywienie. Ten, a raczej TA. To znowu ta ONA.
Dlaczego ode mnie oczekują ratunku? Przecież ja nie żyję… tak jak oni. I jeszcze,…dlaczego oni już tu są? Rozumiem, że Sergio i Sita, oni zginęli przede mną…, Ale Viggo i Fiona? I Boris. Brak za to Svena i Thibo. No cóż, powód nieobecności jednego z nich jest mi właściwie znany.
Poczułam ruch. Wybrzeże zaczęło się oddalać, a raczej ja się uniosłam w górę. Ktoś mnie zabiera… Ale gdzie? Na Heroes Ascent?
Mgła. Nic nie widzę. Jasność. I Głos. Jego Głos. Wsłuchuję się.
-Tak. Oczywiście, że się zgadzam. Jak mogę się nie zgodzić, gdy bóg proponuje?
- ...
A więc jest nadzieja… Ale czy dam radę?
- ...
-Sama?
- ...
- Zwielokrotnienie mocy? Ale na krótko…
- ...
- Oczywiście… Dzięki Panie.



Biel. Coraz ciemniejsza. Szarość.







Księżyc oświetlał małą polankę. Jego blask wydobywał z mroku biel śniegu i szarość ziemi, przemielonej jakąś potężną magią. Na polance leżały ciała. Bardzo dużo ciał, pomiędzy którymi włóczyły się wilki, oszołomione taką ilością pożywienia. Nieco dalej, przy samym brzegu polanki wznosiły się trzy małe kopczyki. Dwa blisko siebie i jeden trochę z boku. Nie było ich jeszcze rano, ale w południe polanka była świadkiem bitwy, po której zostały ciała i te małe kopczyki. Każdy z nich był uwieńczony kamieniem, a na każdym z nich było jedno słowo. Każde oznaczało imię. Gdyby wilki umiały czytać, przeczytałyby umieszczone na dwóch kamieniach imiona: Sergio i Sita. A na tym dalszym – Allima. To było wszystko, co pozostało po ludziach, którzy nosili te imiona jeszcze rankiem. Imiona oznaczały po prostu tyle, że towarzysze poległych wygrali bitwę i mieli dość czasu i sił, aby pogrzebać martwych przyjaciół w tych płytkich grobach, czynność zupełnie bezsensowna w tych warunkach, ale dowodząca, że polegli cieszyli się u nich pewnym szacunkiem. Być może kiedyś będzie tędy przechodził wędrowiec i natknie się na te kopce, przeczyta imiona i… i nic. Nic mu nie powiedzą. Nie będzie miał pojęcia o uczuciu Sergia. O waleczności i mistrzostwie w posługiwaniu się mieczem Sity. O jej strachu, o jego niepokoju. Być może śniegi i deszcze zetrą napisy i pozostaną tylko kamienie, a na jednym z nich przysiadzie strudzony wędrowiec, nie mając nawet pojęcia, że są to groby – ostatnie świadectwa, że istniał ktoś, kto żył, kochał i walczył. Niestety taki los czeka każdego, o ile nie wmieszają się w to jacyś bogowie, tak jak tu, na tej polance.
Wilk, który zaciekawiony podszedł do tego trzeciego grobu zjeżył sierść i obnażył kły. Wpatrując się płonącymi ślepiami w kopczyk, zaczął się wycofywać z mordą przy samej ziemi. Potem gwałtownie odwrócił się i umknął. Po kolei wilki odwracały głowy w kierunku grobu, tuliły uszy i wycofywały się. Polanka opustoszała. Zostały tylko ciała i groby. Ten dalszy z napisem Allima otoczyła słaba, zielona poświata, z każdą chwilą przybierająca na sile. Małe błyskawice, niczym zielone pajączki, wędrowały z grobu na wszystkie strony. Coraz więcej ich i więcej. Wydawały z siebie delikatny trzask, jakby wielu łamanych suchych gałązek. Zielony blask narastał, poświata stawała się coraz jaśniejsza i jaśniejsza, aż blask i hałas wyładowań stały się głośne niczym blask i wyładowanie pioruna. Rozległ się huk i nastała cisza. Błyskawice zniknęły. Zapadła ciemność. Ale cisza nie była całkowita. Coś się poruszało tam, gdzie księżyc oświetlał miejsce, w którym był jeszcze przed chwilą grób Allimy. Teraz z płytkiego wgłębienia, usiłowała się wydostać jakaś istota. Jakiś skulony kształt parł naprzód, cofał się i parł znowu, wszystko jakoś wolno i nieporadnie. Ze skulonej pozycji. istota powoli podniosła się do góry i wtedy można już było rozpoznać, że jest to człowiek, klęczący człowiek. Sylwetka opadła i podpierając się dłońmi i łokciami, ni to pełznąc, ni to idąc na czworakach, przemieszczała się naprzód. Wszystko to było jakieś nieuporządkowane, ruchy niezborne, jak u marionetki, którą kieruje jakiś niewprawny lalkarz, któremu na domiar złego, zrywają się sznurki sterujące lalką. Postać dotarła do środka polanki i znieruchomiała. Teraz można było stwierdzić, że to kobieta. Nagle przez jej ciało przebiegło drżenie. Jedno, potem drugie, silniejsze. Kobieta zaczęła dygotać. Coraz silniej. Nagłym rzutem ciała obróciła się na plecy i wygięła w pałąk, podczas gdy ręce, drgając wybijały jakiś szalony rytm, uderzając o ziemię. Rozległ się syk wciąganego, lub wypuszczanego powietrza i nagle kobieta otworzyła oczy, świecące w ciemności jak u dzikiego zwierza. W tym momencie ciszę rozdarł jej wrzask, rozedrgany wrzask cierpienia i czegoś jeszcze, co usiłowała tym krzykiem z siebie wyrzucić. Wrzask przeszedł w wycie, nieludzkie w swej skardze i jakiejś złowieszczej groźbie, która ostrzegała i straszyła. Wycie trwało i trwało jakby płucom, które je wydawały  miało nie zabraknąć nigdy powietrza, aż nagle wszystko ucichło. Kobieta opadła, chwilę leżała bez ruchu, aż wreszcie powoli wstała. Stała wyprostowana nie poruszając się przez chwilę i tylko jej głowa obracała się powoli raz w lewo, raz w prawo jakby czegoś wypatrując świecącymi w ciemności oczami. Następnie twarz kobiety uniosła się w górę, a oczy poszukały tarczy księżyca. Źrenice pod wpływem księżycowego światła zwęziły się trochę, a usta otworzyły, nabierając gwałtownie powietrza. Kobieta odrzuciła ramiona do tyłu i wrzask powtórzył się, teraz już bez bólu, ale groźba w nim zawarta była intensywniejsza.
Drapieżnik obwieścił światu swe przebudzenie i teraz wyruszał na łowy.





Ten sam bladolicy księżyc, który przyglądał się kobiecie na polanie, wpatrywał się także w spory oddział zbrojnych, maszerujący w jego blasku. Oddział liczył około sześćdziesięciu osób, wszystko ciężkozbrojne krasnoludy, prowadzone przez Mortena Rudobrodego, zaprawionego w walkach przywódcę. Rozkaz został wydany przez samą Boginię, a przekazany im przez szamana, który rozmawiał z Nią we śnie. Jakkolwiek sposób przekazania rozkazu mógł budzić wątpliwości, to jego treść nie. Była nad wyraz prosta: odszukać i zabić.
Morten się wściekł, gdy się okazało, że Bogini życzy sobie, aby poprowadził wszystkich swych ciężkozbrojnych po to, by zabić jedną kobietę.
- Na jedną babę, jeden dobry chłop starczy - warknął do szamana z pogardą.
Ten zaś podstawił mu pięść pod nos i odrzekł, że nie na uciechy go wysyła, a do boju.
- Do boju… tfu… Z jedną babą.
Jednak słowo szamana to rzecz niepodlegająca dyskusji, toteż Morten wyprowadził swój oddział, czym prędzej, nie mówiąc nic o tym, z jakim to przeciwnikiem przyjdzie im się zmierzyć. Wedle rozkazu miał iść na Leśne Wzgórze i tam się rozejrzeć. Noc była księżycowa, toteż nawet pochodni zapalać nie kazał. Maszerowali szybko. Po jakimś czasie do Mortena, idącego samotnie z boku kolumny, dołączył Rudolph Schubert, jego oficer. Odpiął od pasa menażkę, podniósł przyłbicę hełmu i pociągnął spory łyk. Podał naczynie swemu dowódcy. Morten bez słowa przyjął napitek, wychylił do połowy i oddał. Chwilę szli obok siebie w milczeniu.
- Co jest? – Nie wytrzymał w końcu Rudolph. – Coś taki wściekły?
Morten spojrzał na Rudolpha, na oddział maszerujący obok i wycedził:
- Idziemy zabić…, eh… Kazali wziąć cały oddział, gdzie wystarczyłby jeden chłop. Sześćdziesięciu chłopa potrzeba niby do zabicia jednej baby, ludzkiej kobity. To co, mam nie być wściekły? – Splunął pod nogi.
- He he, puścimy na nią naszych chłopaków, to rozkaz wykonamy, a i uciecha będzie…
- Nie. Mamy ją zabić od razu, bez wygłupów, podobno niebezpieczna…
- Ej, co z tobą? A może to jakaś magiczka?
– Rudolph zaniepokoił się lekko.
Morten splunął przez ramię, i chciał coś powiedzieć, ale wtedy ciszę nocną przerwał niesamowity dźwięk. Jakiś wrzask niezwykły, pełen bólu i skargi, który zmienił się po chwili w wycie tak straszliwe, że oddział bezwiednie zwolnił kroku. Zew przewalał się w tę i z powrotem, zwielokrotniony echem, i trwał zawieszony pod nocnym niebem, jak nieznana groźba.
- Co to jest? – Wybełkotał Rudolph, chowając manierkę w pośpiechu.
- To pewnie ona – Morten oceniał odległość od wzgórza, wskazał ręką czoło oddziału i machnął w kierunku, skąd dochodził ów niesamowity głos. Od grupy odłączyła się czujka złożona z dwóch toporników i dolyaka z łucznikiem. Pognali w kierunku wzgórza. Reszta oddziału wolniej podążyła za nimi.
Wycie umilkło i zapadła cisza. Rudolph wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Niech mnie… - nie dokończył, bo wycie zabrzmiało znowu, tym razem jeszcze straszniejsze, groziło i ostrzegało zarazem, wibrowało w uszach i powodowało, że zęby dzwoniły o siebie. Wreszcie umilkło i nastała cisza. Cisza straszna i złowroga.
Po chwili rozległo się kolejne wycie, ale teraz słabe i zdawałoby się bezradne. To wilki odpowiadały na zew. Wataha wilków wyruszała na łowy.
- Robi się ciasno… – Rzekł Morten. Rudolph skinął głową w milczeniu. Niecierpliwił się, ale czujka była jeszcze daleko od wzgórza. Wyglądało na to, że jeszcze upłynie sporo czasu, zanim osiągnie cel.




Kobieta na polance stała w milczeniu, czekając aż umilknie echo, zwielokratniające jej zew. Nagle, zupełnie niedaleko usłyszała odpowiedź. Wilki wracały tam, skąd niedawno wygnał je strach. Głód przyciągał je z powrotem na polanę. Kobieta odwróciła się w stronę zwłok, leżących na niemal całej powierzchni polany. Rozłożyła ręce, jej ciało wyprężyło się, uniosła się jakby nad powierzchnię śniegu i po chwili znów pewnie stanęła na nogach.
Najbliższe ciało rozpadło się z suchym chrzęstem, a z niego jak z kokonu wyszedł olbrzymi, kościsty koszmar. Po chwili to samo stało się z następnym ciałem… i następnym. Z poległych summitów powstawała armia potężnych, bezgłowych jaszczurów, o rozwidlonych ogonach, które pospiesznie podbiegały do swej pani, otaczając ją opiekuńczym kręgiem.
Kobieta czekała spokojnie na nadejście wilków.



Morten widział, jak czujka wchodzi między drzewa, okalające wzgórze. Podniósł dłoń. Księżyc świecił dostatecznie jasno, więc mógł ograniczać swe komendy do znaków. Oddział posłusznie zatrzymał się. Wilki, które jeszcze niedawno nawoływały się głośno, umilkły i wzgórze otaczała teraz złowroga cisza. Dał znak. Oddział posłusznie podsunął się pod wzgórze i stanął w gotowości bojowej.
Czekał jeszcze na sygnał od zwiadowców, ale nic się nie działo. Nagle, gdzieś na wzgórzu rozległ się jeden chrapliwy okrzyk i jakby charczenie, po czym znów zapadła cisza.
- Co jest, do … - zaklął szpetnie Rudolph.
Oczekiwanie było nie do zniesienia. Wreszcie… Jakiś szelest. Coś jakby stadko kur, ale dużo cięższych, przechadzało się między drzewami.
- Jak wielkie kury… - Usiłował zażartować Rudolph.
Morten odwrócił się do niego, by coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Hełm Rudolpha eksplodował razem z głową, ochlapując Mortena mózgiem i krwią. Bezgłowe ciało, tryskając krwią z poszarpanych arterii, osunęło się wolno na bok. Rudolph nawet nie wiedział, co go zabiło, ale Morten zobaczył. Klapnął z rozmachem siedzeniem o śnieg i tak pozostał patrząc, jak ogromny, czterokrotnie przerastający go wzrostem, szkieletowy jaszczur przechodzi obok, w jakiś niewytłumaczalny sposób miotając kościste pociski w jego wojowników. Cała okolica zaroiła się od tych stworów, jakby wyjętych z sennego koszmaru.
Ciało Rudolpha zachrzęściło i eksplodowało z obrzydliwym mlaśnięciem, a z niego wylazł kolejny jaszczur. Morten czuł, jak coś w żołądku podnosi mu się w górę. Nie mógł opanować torsji i zwymiotował na swą zbroję. Jego oddział przestał istnieć, krasnoludy wpadały na siebie w panice, ginęły od strzał jaszczurów, umierały wyrzygując wnętrzności, bądź gnijąc i rozpadając się żywcem. Ciała zabitych bądź to eksplodowały trucizną, bądź też wypluwały z siebie kolejne jaszczury, które przyłączały się do rzezi. W czasie kilkunastu uderzeń serca, było po wszystkim. Ciężkozbrojny, sześćdziesięcioosobowy oddział, duma Mortena, przestał istnieć.
Jaszczury jeszcze polowały na niedobitków, kiedy z pomiędzy drzew wyszła jakaś postać. Bez pośpiechu zlustrowała okolicę i skierowała się prosto do Mortena.
Morten zorientował się od razu, że to był jego cel. Szczupła i niewysoka dziewczyna, o długich, czarnych włosach. Wiek też się zgadzał. Skinęła ręką, wzywając go do siebie.
Ku swemu własnemu zdumieniu posłuchał. Wstał usiłując opanować drżenie nóg i z niejakim zdziwieniem stwierdził, że on, nieznający lęku, boi się. Podchodził powoli, na trzęsących się nogach i bał się coraz bardziej. Przypomniał sobie wycie, słyszane gdy dochodzili do wzgórza i zatrzymał się. Nie był w stanie iść dalej. Strach opanował go i sparaliżował. Oplątał jak lepka pajęczyna, nie pozwalając na jakikolwiek ruch.
Dziewczyna wolno podeszła do niego i spojrzała mu w oczy.
Bogowie!... Te oczy… Świecące w ciemności bladym światłem, jakieś dzikie i głodne. A na ich dnie… szaleństwo. Szaleństwo wydostające się na zewnątrz. Morten zdał sobie sprawę, że nekromantka jest na krawędzi obłędu i to spowodowało, że jego strach stał się jeszcze większy. Szaleństwo i ból były w jej oczach i jeszcze… pragnienie mordu. Tak, to wszystko mieszało się razem, dając przerażający efekt. I moc, niezwykle potężna moc.
Jaszczury dokonały swego dzieła i powróciły, otaczając swą panią, a tym samym i jego.
- Odejdziesz – Dziewczyna mówiła wolno, z pewnym trudem. – I opowiesz, co tutaj widziałeś. Nie przeszkadzajcie mi, a jeśli będziecie natarczywi, jeśli będziecie wchodzić mi w drogę, odwiedzę wasze domostwa i pozamieniam w cmentarze. A wy i wasze rodziny, będziecie mi służyli za życia i po śmierci. Zrozumiałeś? Jestem Milla Brega, ta, która umarła i powróciła. Ja jestem pochodnią, która nie gaśnie i spalę wszystko, co stanie mi na drodze. Idź i powiedz to swoim. Jesteś wolny… Odejdź.
Morten patrzył… Oczy… Świecące, przeklęte oczy. Widział je już wszędzie. Rozejrzał się wkoło. Oczy. Miniony patrzyły na niego wielkimi, bladymi oczami swej pani. Oczy. Szły za nim. Latały nad nim. Były w nim. Wielkie, świecące oczy. Szedł powoli, zataczając się. Oczy go prowadziły. Śmiały się z niego. Zmieniały się w dwie pochodnie i parzyły, a potem patrzyły blado, szydząc z niego. Machał ręką opędzając się, ale były wszędzie. Potem chciał uciec. Biegł przed siebie, ile sił w nogach i wydawało mu się, że je przechytrzył, że uciekł. Ale czekały na niego już za najbliższym zakrętem, śmiejąc się drwiąco. Zagadywały do niego, wciągały do rozmowy. Szedł naprzód i starał się udawać, że ich nie widzi, nie reagował na zaczepki oczu. Ale one się zrobiły nagle takie miłe… Zaczęły opowiadać dowcipy, z których śmiał się serdecznie. Potem śpiewały. Śpiewał razem z nimi. Zbliżali się do celu i oczy, jak pies, wybiegały naprzód ponaglając go.
Wiedział, że jest już prawie na miejscu, bo oczy mrugały. Palisada jakaś. A na niej oczy. Ktoś go łapie za rękę i prowadzi… Blade Oczy… Słyszy, że oczy coś mówią…
- Wprowadźcie go tutaj…
- A gdzie reszta?
- Sam wrócił…

Oczy podchodzą i patrzą…
- Morten! To ja… Co tam się stało? Gdzie reszta?
Oczy płoną, jak pochodnie…
- Cicho! Mówi coś… Morten!
Z wysiłkiem spojrzał w oczy i powiedział – Oczy spalą… Zamienią w cmentarz… nie zaczepiać, bo jaszczury… Milla… Oczy…Pooo…
- Co?
-Poooch… odnia.
– Oczy zrobiły się większe i wzywały go, więc wyciągnął dłoń. Oczy ujęły ją i pociągnęły go delikatnie za sobą. Poszedł i wtedy zniknęły, a z nimi wszystko.
Szaman bezradnie spojrzał na ciało Mortena. Zdjął mu hełm i zbroję, przy pomocy pachołków. Co tam się stało? Coś strasznie przeraziło Mortena, bo pomijając fakt, że zwariował przed śmiercią, Morten Rudobrody wrócił do domu siwy. Zupełnie siwy.
Szaman wiedział, co powinien zrobić.
- Powiedzcie, że wyruszamy, ja sam poprowadzę…
Powinien zdążyć. Wyruszą za jakieś trzy godziny i ukryją się w górach. Cokolwiek pokonało Mortena i jego oddział, z łatwością pokona ich tutaj. Trzeba się śpieszyć i ukryć w górach.




Gniew





Byłam głodna. Przeszukiwałam pospiesznie zwłoki, czy aby nie mają przy sobie czegoś w rodzaju racji żywnościowych. Mieli niewiele, ale wystarczyło. Menażkę z czymś do picia miał natomiast przy sobie każdy. Nieodmiennie był to jakiś rodzaj mocnej, krasnoludzkiej gorzałki. Wzięłam dwie pełne manierki, dwie następne opróżniłam i napchałam tam śniegu. Żal mi było tych pełnych gorzałki menażek, więc znalazłam kolejną i duszkiem wypiłam połowę.
To był błąd. Po dość długiej chwili, kiedy już doszłam nieco do siebie, stwierdziłam, że jednak muszę się napić czegoś normalnego. Oczywiście, mego plecaka nie pochowano wraz ze mną, więc włożyłam sporo czasu i wysiłku by coś znaleźć. Ale po pewnym czasie dysponowałam już torbą podróżną, krzesiwem z hubką, jakimiś ziołami i co najważniejsze: metalowym kubkiem i kociołkiem. Znalazłam jeszcze kilka racji żywnościowych i spakowałam mój tobołek. Wróciłam na wzgórze. Podeszłam tam, gdzie niedawno jeszcze było miejsce mego ostatniego spoczynku i stanęłam nad rozkopanym grobem. To dziwne uczucie patrzeć na swój grób, nawet, jeśli jest rozkopany. Przyklęknęłam i położyłam rękę na kamieniu nagrobnym.
- Żegnaj Allimo Airburn – szepnęłam cichutko – Myślę, że nie byłaś aż taka zła, jak mówił Viggo. To przecież dzięki Tobie mogła narodzić się Milla.
Podeszłam do pozostałych, dwóch grobów. Sergio i Sita. Razem za życia i po śmierci. Opadłam na jedno kolano i powiedziałam:
- Przysięgam, że nie zostawię was tam, na wieczny bój. Będę walczyła o wasz spokój żywa lub umarła.
Odeszłam na środek polany i rozpaliłam małe ognisko. Posiliłam się i napiłam wywaru z tych ziół, które znalazłam. Wywar okazał się orzeźwiający, a co najważniejsze był gorący i nie był, czego trochę się obawiałam, halucynogenny.
Świadomość, która po moim zmartwychwstaniu nie była całkowita, teraz już wróciła i mogłam przeanalizować swe położenie. Do mojej grupy miałam stratę około jednego dnia i będzie to bardzo trudno nadrobić. Wszędzie włóczą się grupy krasnoludów, które mogą opóźniać mój marsz. Muszę spowodować, że sami będą mi ustępować z drogi. Za każdym razem moja walka musi być szczególnie… hm… widowiskowa i zawsze ktoś musi uciec, aby o tym opowiedzieć. Moja moc, zgodnie z obietnicą Grentha była naprawdę potężna i wystarczy, że nie dam się zaskoczyć, a wygram każdą walkę. Miniony nadal miały się dobrze i nic nie wskazywało na to, by padły w najbliższym czasie. Byłam ciekawa, jak długo przetrwają.
Zwinęłam swe skromne obozowisko. Z mojego dawnego wyposażenia pozostało jedynie ubranie i różdżki. Z zabitego krasnoludzkiego łucznika zdjęłam kołczan, który po opróżnieniu ze strzał i maleńkiej przeróbce idealnie nadawał się na kaburę na jednoręczną różdżkę od Sity. Przewiesiłam go sobie na skos przez plecy, otworem w dół, skierowanym w prawo. Teraz po uszczelnieniu mogłam tam umieścić różdżkę i wydobyć ją jednym szybkim ruchem. To tak na wszelki wypadek. I jeszcze sztylety. Dwa za pasem i dwa w cholewkach butów. Straciłam jeszcze mnóstwo czasu szukając u krasnoludów kabury z małym nożem do ukrycia w rękawie, ale na próżno. Cóż, jeśli to by miało zaważyć na moim zwycięstwie, lub przegranej, to by oznaczało, że moje nekromanckie studia były stratą czasu. Byłam gotowa, więc ruszyłam w drogę, trzymając w dłoni mą dwuręczną laskę.


Miałam wrażenie, że biegnę już kilka godzin. Ciągle było ciemno i nic nie wskazywało, aby miał nastąpić wschód słońca. Przeciwnie. Wyglądało na to, że robi się coraz ciemniej. Zwolniłam. Droga przede mną delikatnie wznosiła się w górę, a tam koło samotnej kępy zarośli coś stało. Powolutku zaczęłam się przybliżać. Ten cholerny księżyc schował się właśnie i nic nie widziałam, oprócz niewyraźnej sylwetki. Wyglądało na to, że ktoś tam czeka na mnie i chce zatrzymać, wyciągniętymi na boki rękoma. Zupełnie tak, jak dziecko, które nie chce kogoś przepuścić, rozłożonymi ramionami zagradzając przejście. Skradałam się cicho, aż wreszcie księżyc wyszedł zza chmury i zobaczyłam.
Ciarki mnie przeszły, krzyknęłam i biegiem ruszyłam naprzód. To był Sven. Jego ramiona były przywiązane do poprzecznej belki, którą osadzono na drewnianym trójnogu, w taki sposób, że Sven mógł palcami stóp wspierać się o ziemię, wyprężywszy ciało. Ale przecież nie mógł tak wytrzymać długo. Bardzo szybko zmęczenie powodowało, że nie był w stanie już utrzymać ciężaru ciała i wtedy zwisał na ramionach. Ukrzyżowano go. Rzuciłam laskę na śnieg, dobyłam sztyletu i przecięłam krępujące go więzy. Opadł na ziemię. Obróciłam jego głowę i zbliżyłam twarz, aby zobaczyć czy oddycha. Żył jeszcze. Sądząc po jego wyglądzie, torturowano go przed ukrzyżowaniem. Sięgnęłam po menażkę z gorzałką i przytknęłam mu do ust. Zakrztusił się i otworzył oczy. Ułożyłam jego głowę na swoich kolanach i czekałam. Wraz z przytomnością wróciło cierpienie i Sven zaczął krzyczeć nie mogąc zapanować nad bólem zdruzgotanego ciała. Krzyczałam i płakałam wraz z nim z bezsilności. Nauczono mnie jak zabijać, wyposażono w moc, jakiej nigdy nie miałam, ale pozbawiono możliwości ulżenia w cierpieniu umierającemu przyjacielowi. Nic nie mogłam zrobić, tylko patrzeć. Patrzeć, aby potem pamiętać.
Zapamiętam i przyrzekam, że nie tylko ja będę to pamiętała. Inni też.
Zapamiętają mnie.
Wydawało się, że Sven mnie rozpoznaje, bo na chwilę jakby iskra zrozumienia rozjaśniła jego twarz, po czym jego głowa opadła bezwładnie. Skonał.
W historiach opowiadanych przy świetle świec, w takich momentach jak ten, umierający zwykle powie coś niezwykle znaczącego, ale Sven nic nie powiedział, bo nie mógł. Ucięto mu język.
Ile osób już umarło w ten sposób, mając głowę na moich kolanach? Pamiętam Ascalon i żołnierzy, którzy umierali z głową wspartą o mnie. Tak właśnie, trzymając głowy umierających na swych kolanach, odchodziła Allima, zamieniając się w Alli Bregę. Tylko, że tam nie było krwi, ani zapachu kału i moczu, gdy puszczają zwieracze. Śmierć była bardziej dostojna, można by powiedzieć – szlachetna. Wszystko działo się jak w teatrze. Tu jest inaczej. Nic nie filtruje tej części rzeczywistości i śmierć ukazuje swe prawdziwe oblicze.
Jest odarta z całego sztafażu szlachetności i wzniosłości, dając się poznać taką, jaką jest naprawdę – zimną i brudną.
Przy pomocy miniona, mocy i różdżki udało mi się wykopać płytki grób dla Svena, w którym złożyłam jego ciało.
Żegnaj Svenie, przyjacielu. Oby Melandru zaopiekowała się Tobą w zaświatach. Wiem, że Tobie nic nie grozi ze strony Wampira, więc spoczywaj w spokoju.
Teraz.
Czułam, że ten spokój, który sobie narzuciłam siłą woli zaczyna znikać i odczuwam już wściekłość i żal – uczucia, z którymi walczyłam, wyprawiając pogrzeb Svenowi. Przede wszystkim wściekłość, wynikającą z bezsilności. Podniosłam moją laskę i przyjrzałam się ziemi. Mnóstwo śladów. Ale wszystkie kierują się w jedną stronę.
Złość.
Myślę, że to wynik tego nagromadzenia mocy w nieprzygotowanym na to ciele. Powoduje to skutki uboczne. Chyba moja psychika nie jest w idealnym stanie.
Znowu.
Ten dreszcz. Księżyc tak jasno świeci, że aż… Dreszcz… Wchodzę po śladach na małe wzniesienie… Patrzę w księżyc. Czerwony. Czerwony jak krew… Dreszcz… Krew… W dole palisada, światła i krasnoludy. Zabiły Svena i wróciły do swych domostw…
Dreszcz… I złość…
Miniony czekają, zachęcająco przestępując z nogi na nogę. Wszystko już jest czerwone, ale teraz widzę wyraźniej. I nie trzeba nawet blasku księżyca, bo trochę oślepia. To długa noc i dobrze… Dla wielu nie będzie już świtu.






Ulfgar’s Hammer było strażnicą, oddzielającą tereny krasnoludów od terenów ludzi. Położone na przełęczy w poprzek drogi było w rzeczywistości bramą, pomiędzy tymi regionami. Składało się z potężnej wieży, dwóch murów, zachodniego i wschodniego, zaopatrzonych w umocnione bramy, i grodu.
Droga, na której rozsiadł się Ulfgar’s Hammer przechodziła właśnie przez te bramy, pomiędzy wieżą, a grodem i była jedyną, łączącą oba regiony.
Na wieży, obu bramach, i umocnionej bramie grodu płonęły ogniska, oznaczające, że straż czuwa. Strażnikami były krasnoludy, bo od kilku pokoleń do nich należał Ulfgar’s Hammer.


Czerwień. Dobrze, bo czerwień jest dobra. Widać wszystko wyraźnie. Tam, gdzie sięga blask ognia postacie są pomarańczowe, a poza granicami jego światła, błyszczą łagodnie na czerwono. Tak… czerwień jest dobra… Tylko ten księżyc… oślepia… Razi w oczy…

Zew przetoczył się nad strażnicą, jak wołanie śmierci. Aż namacalna była jej obecność, tak jakby jej wielka postać stanęła nad grodem, przyglądając się uważnie obecnym, otaczając wszystko swym ciemnym całunem strachu. Krasnoludy mocniej ścisnęły swe toporzyska w sękatych dłoniach. Zbijały się w grupki, popatrując na siebie niepewnie.
Zyndram Czarny wydawał rozkazy. Dwie grupy podbiegły do wrót i podparły odrzwia wielkimi balami, pakując je w przygotowane do tego celu obejmy. Zew umilkł, ale cisza była równie przerażająca
- Wypatrujcie uważnie. – Zyndram donośnym głosem zaznaczał swą obecność. – Łucznicy na wieże. Przynieście smołę!
Wycie zabrzmiało znowu, jeszcze bardziej przerażające. Jeden z krasnoludów nie wytrzymał napięcia. Rzucił topór na śnieg i biegiem pognał w stronę bramy grodu. Gdy przebiegał obok Zyndrama, ten zakołysał się lekko na rozstawionych nogach i wykonał szybki ruch swym toporem. Biegnący nieszczęśnik stanął, jakby uderzył w ścianę, a potem miękko upadł na śnieg. Jego głowa toczyła się jeszcze przez chwilę i znieruchomiała kilka kroków od ciała.
- Niech nikt nie waży się opuszczać swojego miejsca! – Zagrzmiał Zyndram donośnie.
Krasnolud na wieży spoglądał w dół. Coś tam było, u stóp wieżycy, coś ciemnego i drobnego. Przyglądał się dokładnie. Tak, jakaś postać chyba… O… spogląda w górę, a jej oczy świecą… Krasnolud rzuca w dół pochodnię, aby oświetlić teren i podnosi róg do ust, by dać sygnał. Pochodnia leci w dół, jej światło dosięga postaci na dole i wydobywa ją z mroku.
To ludzka kobieta! Unosi dłoń w górę…
Śmierć spadła jak piorun.
Krasnolud wypuszcza róg z dłoni i upada na deski wieży, ale zanim dotknął podłogi, jego ciało rozjarza się szmaragdową gwiazdą, i na wieży staje postać ciemnowłosej dziewczyny.
Jeden ruch dłonią i z ciała zabitego przez Zyndrama krasnoluda powstaje straszliwy, bezgłowy jaszczur. Potem rozpoczęła się rzeź. Dwa, cztery jaszczury i kolejne… powstawały z nieprawdopodobną szybkością… I jeszcze szybciej zabijały.
Około piętnastu krasnoludów zbiło się w grupę pośrodku placu, osłaniając się nawzajem tarczami. Ze środka tej żywej fortecy łucznicy szyli strzałami w atakujące jaszczury. Ale oto jeden z krasnoludów padł martwy… Szmaragdowa gwiazda rozbłysła na moment i w zielonkawym obłoku pojawiła się wśród nich dziewczyna… Po chwili cały oddział zwijał się w konwulsjach, znacząc śnieg krwawymi plamami.
Plac między wieżą, a grodziskiem stał się pułapką dla krasnoludów. Nie miały gdzie uciekać, a walka ze szkieletowymi stworami była beznadziejna. Zyndram podbiegł do dziewczyny i z całej siły uderzył toporem. Topór odskoczył, jakby uderzył w niewidzialną ścianę, a najbliższy jaszczur zachwiał się. Zyndram zobaczył, jak dziewczyna odwraca się i wskazuje go ręką. Usiłował ponowić atak, ale czynił to niezmiernie wolno i na dodatek przez cały czas nie trafiał. Jednak dostrzegł, że dziewczyna krwawi… Krew wypływała spod rękawa skórzanej kurtki na dłoń, i kapała na śnieg. Nekromantka też to dostrzegła: wskazała miniona dłonią, a on zakołysał się i rozsypał w proch. Wszystkie rany dziewczyny zabliźniły się natychmiast, a ona uśmiechnęła się do Zyndrama drwiąco. Podeszła bliżej. Tak blisko, że poczuł jej oddech na twarzy. Dotknęła go… Zwalił się martwy na śnieg, nieświadom, że dziewczyna potrafi zabić samym dotknięciem. Wszyscy na placu byli martwi. Milla spojrzała na gród stojący za ostatnia bramą, dzielącą ją od pozostałych przy życiu, mieszkańców strażnicy.


Drzwi do Sali Obrad otworzyły się z hukiem… Krasnolud w pełnej zbroi podbiegł do bogato odzianej krasnoludzkiej kobiety i przyklęknął na prawe kolano.
- Pani…
- Podgrodzie?... Mów!
- Stracone. Obie bramy rozbite…
- Zyndram?
- Padł w boju.
- Przeklęci ludzie! Jak się przedostali? I co to za grupa?
- Nie grupa, Pani… To dziewczyna… Niezwykła moc… Zabija, nie negocjuje… Jest jakby… Nadeszła z południa…
- Z południa…
- Kobieta czuła, że serce w niej mocniej zabiło. - Wycofać się wszyscy. Szybko! Uciekać w góry! Ja z nią pomówię.
- Pani! Uciekaj! Ona jest… To śmierć. – Krasnolud trwał w przyklęku z pochyloną głową. Nie śmiał spojrzeć na Henriettę Anvil, swoją panią.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Idź. – Rzekła – Ja tu poczekam, bo inaczej ona pozabija wszystkich.
Krasnolud pochylił się jeszcze niżej. – Pani… Uciekaj… To… to nie jest zwykła dziewczyna… to morderczyni… Zabija wszystko… nawet nie zdążysz przemówić.
Henrietta pochyliła się i pociągnęła delikatnie krasnoluda w górę, by wstał.
- Ja wiem, kto to jest. – Powiedziała cicho. - To ona zapłaci… Przyniesie dar… Idź już. Idź.
Krasnolud wstał, skłonił się i ruszył do wyjścia. W drzwiach odwrócił się i spojrzał na swą panią. Stała na środku komnaty trzymając dłonie splecione razem. Stała z opuszczoną głową, jakby czekała na swe przeznaczenie, poddając mu się bez protestu, bez walki.
Krasnolud opuścił głowę w ostatnim pożegnaniu i posłusznie odszedł. – Obyś się nie myliła… - Pomyślał. – Oby to była ona…
Wydał niezbędne rozkazy. Wszyscy, którzy jeszcze mogli ocaleć udali się do ukrytego przejścia.



Brama zwaliła się z hukiem, grzebiąc w swych resztkach obrońców. Droga do grodu była otwarta. Horda minionów parła naprzód, zabijając każdego na swej drodze. Nie było litości.


Krzyki mnie denerwują… Burzą harmonię… Lubię, gdy jest czerwono i cicho. Niektórzy się naprzykrzają… wtedy zabijam, ale oni przestają być czerwoni i stają się zimni, niebiescy… Więc stwarzam miniony, a oni znikają. Zabić… Za Svena… Wszyscy niech przestaną być czerwoni, niech znikną… Zabić… Zabiję każdego… Tylko jeden… Musi uciec. Mało czerwieni… pochowali się. Uśmiecham się. Przede mną nie da się schować. O, tu jeszcze…
Trzy czerwone istoty… Jedna większa i dwie mniejsze… Unoszę dłoń, ale większa coś mówi… Nie rozumiem… Po co rozumieć? I tak zabiję… Znowu unoszę dłoń…
- Mamo!
Fala wspomnień… Mamo? Tak, ale mama nie żyje… i ta czerwień… zanika… Kto jest przede mną? Krasnoludzka kobieta i dwójka małych krasnoludzkich dzieci. To jedno z nich wołało, ale nie do mnie, tylko do niej… To ona coś mówiła… ale co?
- Co mówiłaś?



Henrietta czekała. Nie powierzyła swych dzieci uciekającej grupie. Czekały z nią. Gdyby jej się nie udało, to i tak by zginęły, a tak, to będą razem do końca…
Kroki lekkie i szybkie… Weszła do komnaty. Niewysoka, szczupła o czarnych, długich włosach. Henrietta nabrała powietrza i powiedziała:
- Czekałam na Ciebie. – I od razu zdała sobie sprawę, że przegrała. Do nekromantki nic nie docierało. Była szalona. Widać to było w jej błyszczącym spojrzeniu. To śmierć. Żywe ucieleśnienie śmierci.
Mała Kati, uczepiona jej ramienia, zrozumiała, że z matką coś się dzieje. Wyczuła jej strach i z przerażeniem patrząc na ludzką kobietę unoszącą dłoń, zawołała:
- Mamo!
Henrietta patrzyła ze ściśniętym gardłem, jak dziewczyna zawahała się. Uniesiona dłoń powoli opadła, a szaleństwo zaczęło znikać z oczu. Nekromantka jakby przebudzona ze snu spojrzała na nią, na dzieci i zapytała:
- Co mówiłaś?
- Czekałam na Ciebie
– Powtórzyła ochryple, usiłując zapanować nad drżeniem głosu. Jednocześnie przyglądała się dziewczynie, starając się ją ocenić i wyszukać odpowiednie słowa…
Nekromantka była zmęczona. Twarz miała spokojną, lecz w oczach, płonących jakimś niezwykłym światłem czaiło się cierpienie i szaleństwo, teraz uśpione, ale mogące wybuchnąć w każdej chwili.
- Mówiono o Tobie, gdy byłam mała… Że nadejdzie z południa ludzka dziewczyna o niezwykłej mocy. Że narodzi się w grobie… Przyjdzie ze śmiercią i odejdzie zostawiając nadzieję… A potem wróci. Że przyniesie dar, który uwolni jej przyjaciół, który otworzy jej drogę. Że odejdzie, a potem wróci, niosąc uwolnienie dla wszystkich. – Im dłużej mówiła, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że gada brednie… Że to, co ją teraz trzymało przy życiu jest tylko powtórzeniem legend z czasów jej młodości, w które i tak nikt nie wierzył. Ale reakcja nekromantki była nieoczekiwana… Cofnęła się, jakby uderzona, patrząc na nią tym swoim niesamowitym spojrzeniem…
- Jaki dar? – wychrypiała z trudem. – I skąd wiesz, że narodzona w grobie? Nie mogłaś się jeszcze o tym dowiedzieć, za mało czasu…
Teraz Henrietta wytrzeszczyła oczy. Co innego wierzyć, a co innego zetknąć się twarzą w twarz z legendą.
Nekromantka podeszła do niej i potrząsnęła, łapiąc za ramiona
- Mów, jaki dar?! Jaki dar mam przynieść? No mów kobieto!!
Henrietta w panice szukała w pamięci. Co to miało być? Coś trywialnego…
- No mów!! – Nekromantka krzyknęła, nie mogąc już znieść milczenia Henrietty.
O Bogini, co to było? Ach, już wiem, przecież to takie proste…
- Łzy… To mają być łzy…




Oblicze Wampira





- Łzy? – Zapytałam z niedowierzaniem. – Kobieto, co ty mówisz? Jakie łzy? Jakieś klejnoty?
Przypominałam sobie wszystkie opowieści, jakie słyszałam, jako dziecko.
– Jakieś zamrożone łzy boga? Demona? Co to ma być?
- Nie wiem… Nie wiem…
– Patrzyła bezmyślnie.
Przypomniałam sobie jeszcze coś. – Od czego mam niby was uwolnić?
Patrzyła na mnie bez słowa. Jeśli się spodziewała, że to ja właśnie udzielę jej wyjaśnień na niejasne i bzdurne przepowiednie, to się zawiodła. I jeszcze coś…
- Kto ukrzyżował łowcę na wzgórzu? – Zapytałam czując, że znowu ogarnia mnie gniew. Opanowałam go jakoś, ale coś musiało się we mnie uwidocznić, bo krasnoludka z przerażeniem zasłoniła sobą dzieci. Coś jakby zrozumienie mignęło w jej oczach.
- Trwa niepokój na granicy… Nie ma wojny, ale ciągle są jakieś potyczki. Musiał trafić na oddział… To się zdarza. Po obu stronach.
- Oddział ludzi… Niewielki… Przechodził tędy?
– Zapytałam.
- Nie. Byłby bez szans. Ta strażnica to jedyna brama. Żaden oddział ludzi nie przejdzie tędy.
- Ale jednak ktoś przeszedł. Czterech ludzi.
- Niemożliwe. Nikt nie dałby rady.
– Pokręciła przecząco głową.
No tak… nie dyskutowałam, widać nie miała pojęcia, kto był obecny w tamtej grupie. Ważne, że ja wiedziałam.
- Jest forteca na północy. – Rzekła powoli, patrząc na mnie uważnie. - Żyjemy w jej cieniu…
- Czyja armia tam rezyduje?
– Czułam, że ta informacja jest niezwykle istotna.
- Nie ma armii. – Patrzyła na mnie jakoś tak niesamowicie. – To… Tam mieszka jedna osoba. To czarodziej… Nekromanta, tak jak ty. Ale nie tylko… On włada tą krainą.
- Nie tylko? Czym jeszcze jest?
– Zaniepokoiłam się, bo nagle mogło się okazać, że mimo posiadania wielkiej mocy, ścigam własną zgubę. – Opuszczał fortecę ostatnio?
- Tego nie wie nikt…

No tak, czyli nadal nic… Szkoda czasu. Popatrzyłam na krasnoludkę, na jej dzieci, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia.
- Jakie jest twe imię, pani? – Usłyszałam jeszcze. Obejrzałam się. Stali tam we troje, patrząc na mnie. Jeszcze raz popatrzyłam na komnatę, wspomniałam rzeź na zewnątrz, zabitych na podgrodziu i na wzgórzu, w środku lasu.
- Jestem Milla.- Odrzekłam. Zerknęłam jeszcze na krasnoludkę, na jej bogate szaty.
- A ty pani? – Zapytałam. – Jesteś kapłanką? Jakiego boga?
- Jestem Henrietta Anvil, kapłanka Wielkiej Bogini.
- Jakie jest imię twojej bogini?
- Chod
ź – Zaprowadziła mnie do pokoju obok, był tam mały ołtarzyk. Spojrzałam.
Ołtarzyk przedstawiał uskrzydloną postać o dziewczęcych kształtach. Zamiast dłoni i stóp miała szpony, a twarz szpeciły wystające wampirze kły. Skrzydła wielkie i błoniaste, rozpięte jakby do lotu.
To Ona. Nie miałam wątpliwości. Wampir. Nie mogłam oderwać oczu od tej figurki. I to wrażenie, że już widziałam istotę, którą przedstawiała.
- Jak Jej na imię?
- Nie ma imienia. Jest jedyna. To Wielka Bogini.

Dlaczego wydaje mi się, że figurka odwraca twarz w moją stronę i uśmiecha się do mnie, ukazując te swoje kły? Zadrżałam.
- Chodźmy.- Powiedziałam. Wychodząc obejrzałam się. Figurka zdawała się szykować do lotu, patrząc na mnie. Z ulgą zamknęłam drzwi.
- Masz jakąś mapę? – Zapytałam.
Wskazała na stół, na środku komnaty. Zawstydziłam się: cały blat zajmowała wielka mapa.
- Tutaj jesteśmy – pokazała palcem.
Acha, a więc tu jest wzgórze z moim grobem, miejsce walki, tędy poszedł odesłany przeze mnie krasnolud – dowódca. Tędy biegłam, tu teraz jestem i muszę iść tędy, bo nie ma innej drogi…
- Gdzie ta forteca?
Henrietta wskazała północny fragment mapy.
No tak, więc muszę iść tędy, i… hmmm nie ma drogi innej. Zakładając, że Viggo z grupą kieruje się do fortecy… musi iść tędy. Przez tę osadę.
- Jak nazywa się ta osada? – Pokazałam palcem. Nie znam na tyle krasnoludzkiego, aby się doczytać.
Henrietta spojrzała na mapę, a potem na mnie.
- To ludzka osada – Rzekła. – Nie ma innej drogi na północ, po tej stronie bramy…
- Czyli jaka jest jej nazwa?
– Ponowiłam pytanie.
Krasnoludka patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Ta nazwa… jak dziwnie się to wszystko układa…
- No mów.
- W twoim języku to będzie brzmiało… hmm tak… Ta osada nazywa się… Siedem Łez…

„Siedem Łez…” Powtórzyłam w myśli. Nie mogłam wiedzieć, jak istotną rolę dla mnie, odegra ta osada w niedalekiej przyszłości, ale już teraz poczułam dziwny dreszcz, patrząc na mapę.
- Zanim tu dotarłam, rozbiłam grupę Twoich pobratymców. – Powiedziałam do krasnoludki, patrząc na mapę. - Darowałam życie jakiemuś oficerowi, być może dowódcy. Poszedł tędy. - Wskazałam palcem. - Jakieś miasto, lub osada leży w tej okolicy?
- Niewielki gródek. Zwie się Trowel. Jest silnie broniony.
To właściwie było wszystko. Przyjrzałam się krasnoludzkiej kapłance.
- Zniszczyłam Twój dom, zabiłam Twoich pobratymców. Prawdopodobnie zabiję jeszcze innych. Nie czujesz nienawiści do mnie?
- To dziwne…
- Odpowiedziała. – Ale nie… Czuję ulgę. Poza tym darowałaś życie mnie i moim dzieciom, nie można tego nie doceniać. I… myślę, że to jednak na Ciebie czekałam.
- Spojrzała na córkę – Kati… - Dziewczynka postąpiła krok do przodu i skłoniła się.
- Rolf… - Chłopczyk ukłonił się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Dwójka małych istot. Co one czują do mnie? Wdzięczność? Nienawiść? Nigdy się nie dowiem… To chyba wszystko.
- Co zrobisz teraz? – Zapytałam krasnoludkę.
- Dołączę do swoich. Mamy kryjówkę w górach.
- Cóż… Powodzenia.
– Mruknęłam. – Na mnie już czas. Żegnaj.
Skierowałam się do wyjścia. Przechodząc przez komnatę, patrzyłam na ściany, przyglądając się wiszącym portretom, przedstawiającym jakichś krasnoludzkich wielmożów, prawdopodobnie przodków Henrietty. Obróciłam się w drugą stronę i zastygłam…
Nie, to niemożliwe… Na tym obrazie, to… To przecież ja. Czerwone niebo i postać kobieca na jego tle… Z tyłu pożar, wkoło zabici… A ta postać… To ja. Wielkie błoniaste skrzydła wyrastają z mych pleców, zamiast dłoni i stóp mam pazury. Przyglądam się uważnie. Nie… to jednak nie ja, ale podobieństwo jest ogromne. Widzę, że Henrietta podchodzi do mnie i spogląda na obraz.
- Tak. To Wielka Bogini. Tak Ją namalował jeden z artystów przed laty… wieloma laty, kiedy można było Ją spotkać, tu na tej ziemi, gdy bogowie żyli pośród nas… ciało z ciała i krew z krwi… Szczęśliwe to były czasy, bądź przeklęte. Ale wtedy właśnie bogowie żyli pośród nas.
Spojrzała na mnie. – Jesteś bardzo do Niej podobna, choć nie wiemy… nie pamiętamy, czy tak właśnie wyglądała. Ale wszystkie wizerunki tak Ją przedstawiają. Nie wiem, czy to przypadek, czy coś więcej. Przyszłość pokaże…
- Tak
– Odrzekłam. – Pokaże… Żegnaj. – Miałam zamęt w głowie.
- Żegnaj. Powodzenia.

Bez dalszej zwłoki wyszłam z komnaty i idąc korytarzem skierowałam się do wyjścia. Po drodze mijałam kolejne posągi przedstawiające Boginię – Wampira. Jeden z nich był dość dziwny, jakby niedokończony, brakowało fragmentów nóg, tułowia, rąk. A jednak wyglądało na to, że taki był właśnie zamysł artysty, że nie jest to posąg poskładany z jakichś części, ocalałych od zniszczenia, ale dzieło kompletne. Cóż, na szczęście nie jestem krytykiem sztuki.
Wyszłam na zewnątrz i przywołałam moje miniony. Poprzez resztki zachodniej bramy opuściłam strażnicę i udałam się drogą skręcającą ku północy. Kończyła się noc i robiło się coraz widniej.
Byłam zmęczona i senna. Poświęciłam miniona, aby dodał mi trochę wigoru. Podziałało.
Ruszyłam biegiem z nowymi siłami i nagle spostrzegłam, że coś się zmieniło. To słońce wyszło zza gór. Obejrzałam się. Czerwona tarcza rozświetlała swym blaskiem niebo, barwiąc chmury krwawą poświatą. Stałam i obserwowałam to surowe piękno, czując jak coś dławi mnie w gardle. Miałam już nigdy tego nie oglądać, ale los sprawił, że znowu mogę cieszyć się blaskiem słońca. Zaczynam uczyć się doceniać to, co mi darowano na powrót, a co kiedyś uważałam za takie zwyczajne.
Ciągle biegłam, co jakiś czas likwidując miniona, ale okres mej odnowy biologicznej trwał coraz krócej, a może to miniony były coraz słabsze… Słońce zatoczyło łuk nad moją głową i poczęło chylić się ku zachodowi. Niebawem schowało się za górami, a później zrobiło się znowu ciemno. I tylko dzięki temu znalazłam chatkę schowaną między drzewami. W ciemności zauważyłam światło sączące się przez niedomknięte drzwi. Podeszłam.
- Jest tam kto?! Czy mogę wejść?! – Zawołałam.
Chwilę nic się nie działo. Nagle, zupełnie bezszelestnie, drzwi uchyliły się do środka, wypuszczając światło na zewnątrz. Nikogo nie zauważyłam w środku.
- Możesz wejść. – zabrzmiał kobiecy głos, tuż obok mnie. Drgnęłam. Nie lubię takich niespodzianek… Weszłam i rozejrzałam się we wnętrzu. Palenisko na środku i drugie pod ścianą. To drugie pełniło funkcję kominka. A to pierwsze… chyba trafiłam na zielarkę – wszędzie kociołki ze specjalnie ukształtowanymi uchwytami, pozwalającymi na zawieszenie ich na specjalnym trójnogu, stojącym nad pierwszym paleniskiem. Na ścianach zioła.
- To twoje miniony. – To nie było pytanie. - Przygotowujesz się do wojny?
- Jestem na niej. – Odrzekłam.
- Nigdy nie widziałam takich wielkich. – Zauważyła.
- Ostatnio właśnie takie robię…
Odwróciła się w moją stronę. – Czego chcesz?
- Przenocować, o ile nie masz nic przeciw temu.
- A jeśli mam?
- Wtedy odejdę…

Skinęła ręką – Podejdź bliżej.
Podeszłam czując, że kobieta przypatruje mi się coraz uważniej w miarę, jak moja twarz stawała się coraz bardziej widoczna w świetle ognia. Kobieta ze zdumienia przyłożyła dłoń do ust, ale zaraz opanowała się. – To niemożliwe – Wyrwał jej się okrzyk. Mierzyła mnie spojrzeniem. Była starsza niż ja, dużo starsza, ale jej ciało i twarz zachowały ten młodzieńczy wygląd, powodujący, że ciągle mogła uchodzić za interesującą. Wtedy właśnie po raz pierwszy spotkałam kogoś, kto mógł mi patrzeć w oczy, nie odwracając spojrzenia.
- Nosisz jej twarz. – Powiedziała. – Czy jesteś Nią?
- Kim? – Zapytałam łagodnie, choć już domyślałam się, o kogo pyta.
Podeszła do ściany i rozsunęła zasłonki, zakrywające ścianę w tym miejscu. Z paleniska wzięła płonącą drzazgę i zapaliła nią świece tkwiące w kandelabrach, umocowanych na ścianie. Ich blask wydobył z mroku zawieszony między nimi obraz. Hmm… kolejny obraz.
Obejrzała się na mnie. – Spójrz.
Podeszłam. W miarę jak świece rozpalały się, obraz stawał się coraz bardziej widoczny. Przedstawiał portret dziewczyny. Wreszcie świece zapłonęły pełnym blaskiem, dokładnie rozświetlając malowidło. Malowidło? Do licha, to żadne malowidło. Widziałam już to kiedyś. Zamrożona, ujęta w ramy rzeczywistość, ta sama technika, którą widziałam już przedtem. Obraz przedstawiający polowanie na wurma i ten portret, to ten sam sposób przedstawienia sytuacji. Zamrożona rzeczywistość – tylko takie określenie mi przychodziło do głowy i przyrzekam: TO BYŁA zamrożona rzeczywistość.
A na portrecie… To mogłam być ja. Za kilka lat. Albo teraz. To moja twarz. Moja postać. Ubrana w czarną, skórzaną kurtkę i spodnie, trochę inne niż te, które teraz mam na sobie.
Postać dziewczyny, stojącej na tle czerwonego nieba, gdzieś w górach. Wielka Bogini, ale bez błoniastych skrzydeł i pazurów. Po prostu dziewczyna. Ale ja WIEDZIAŁAM, że to jest ONA. Mało tego, to ten obraz pewnie był wzorem dla wszystkich innych, które przedstawiały Wielką Boginię. A twarz Bogini była moją twarzą, i nic nie mogłam na to poradzić.

Odwróciłam się do kobiety, która patrzyła na mnie wyczekująco.
- Widziałam podobny portret. – Powiedziałam. – Tylko, że tam ona miała skrzydła i pazury, wokół było pełno trupów i pożar…
Kiwnęła głową. – Tak, Henrietta ma taki obraz… - Przerwała. Teraz dosłownie przewiercała mnie wzrokiem. - Henrietta Anvil… jest krasnoludką. - Powiedziała bardzo powoli. - W jaki sposób mogłaś zobaczyć ten obraz? O ile sobie przypominam, Henrietta jest władczynią Klucza. Jak przedarłaś się przez Klucz?
„Klucz? Jaki klucz?...” – Pomyślałam. „Chyba, że…”
- Ta twierdza na przełęczy? Zniszczyłam ją.
- TY zniszczyłaś Klucz?
– Podeszła do mnie i wtedy zrozumiałam. To nie żadna zielarka… Ma ogromną moc. Trafiłam do nory wilczycy. Obie, prawie jednocześnie wykonałyśmy podobne ruchy dłońmi, przygotowując zaklęcia… i obie na tym poprzestałyśmy…
Miała na sobie chyba z dziesięć zaklęć ochronnych. Nawet, gdybym wszystkie z niej zerwała i przeżyła, to ona nie musiałaby się już specjalnie wysilać, aby mnie zabić. Ale wtedy…
Opuściłyśmy dłonie.
- Twoje miniony robią straszny hałas… - Zauważyła z uśmiechem.
- Bo jest ich dużo i są wielkie… - Wyszczerzyłam zęby. A więc pat.
- Co z Henriettą? – Zapytała.
- Żyje. Odeszła do kryjówki w górach.- I aby sprawę całkowicie wyjaśnić, dodałam:
- Darowałam jej życie. Jej i jej dzieciom.
Odetchnęła z ulgą. I ta informacja chyba przeważyła szalę na moją korzyść.
Chwilę przyglądała mi się z uwagą i ciekawością. Wskazała matę przy palenisku.
- Usiądź i odpocznij. Porozmawiamy, a ja się zastanowię, czy pozwolę Ci zostać. Zaintrygowałaś mnie…
- Z wzajemnością.
– Odpowiedziałam. Podeszłam do maty i siadłam ze skrzyżowanymi nogami, kładąc obok mój tobołek. Starałam się zachowywać swobodnie, ale wcale się tak nie czułam. Jej moc… jest większa od mojej. Czułam to. I wiedziałam, że ona też to widzi.
- Jestem Milla. – Przedstawiłam się.
- Mnie nazywają Akela. – Wrzuciła na palenisko trochę suchych drew i rozpaliła ogień. Potem dorzuciła kilka szczap do drugiego paleniska i wróciła do mnie. Nad ogniskiem zawiesiła kociołek z wodą. Popatrzyła na mnie uważnie, poczym odwróciła się i podeszła do ławy przy ścianie, na której stały dwa drewniane wiadra i misa. Wzięła wiadro i nalała trochę wody do misy, a następnie wzięła coś do ręki i podeszła do mnie. Podała mi… owalne lusterko.
- Kiedy się myłaś ostatnio? – Zapytała.
- Co? Ach… - Spojrzałam w lustro i zrozumiałam: włosy posklejane i pobrudzone ziemią, na twarzy ślady krwi. Spojrzałam na siebie – wszędzie ślady krwi i ziemia. No cóż, nikt nie wstaje z grobu czysty i pachnący… I jeszcze prawie doba spędzona na biegu i walce. Trudno zachować świeżość po takich przejściach. Jakoś doprowadziłam się do porządku. Przydałaby mi się kąpiel, ale nie chciałam nadużywać gościnności. No i nie chciałam też ponosić zbędnego ryzyka. Wróciłam i usiadłam na swoim miejscu. Kurtkę i rękawice, zdjęte podczas mycia położyłam na tobołku. Po chwili jednak zrobiło mi się trochę chłodno, więc kurtkę narzuciłam na ramiona. Akela podała mi jakieś pieczywo i słodki wywar do picia. Zjadłam wszystko, podczas gdy ona wpatrywała się w ogień, czekając aż skończę. Odłożyłam na bok tackę i kubek.
- Tak… Co mi możesz powiedzieć o sobie? Nie kłamiąc. – Zagadnęła.
Milczałam.
- Nic? No… hmm… To niezbyt zachęcające. W takim razie… podaj mi prawą dłoń.
Wyciągnęłam w milczeniu ramię w jej kierunku. Ujęła mą dłoń grzbietem do góry, spojrzała na pierścień i odruchowo cofnęła rękę.
- Kim ty naprawdę jesteś? – Wpatrywała się we mnie z mieszaniną fascynacji i strachu.
- Jestem…
- Wiem… Milla. Nic więcej mi nie powiesz?
– Powoli odwracała moją dłoń. Zawsze miałam krytyczny stosunek do chiromancji, ale tym razem…
Spojrzała na wnętrze mej dłoni. Wpatrywała się jakiś czas, poczym popatrzyła na mnie, ale tym razem jej spojrzenie było pełne jakiegoś ciepła i współczucia… Puściła mą dłoń.
- Wydarzyło się tobie coś niezwykłego… Coś, co zmieniło twoje życie. Lub coś, co pozwoliło rozpocząć je na nowo. Śpieszysz się, ale musisz wypocząć. Coś cię gnębi… i niedawno… umarłaś. Ale ja cię widzę żywą.
Zamiast odpowiedzieć na to niezadane pytanie, spojrzałam na obraz.
- To Wielka Bogini? – Wskazałam ręką.
- Aha… Zaintrygował cię ten obraz… Otóż tego nie wie nikt na pewno. Przyjęło się, że to Ona. Ale tak naprawdę… to nie wiadomo. Ten obraz został namalowany przez Szalonego Michaela bardzo dawno temu. Michael twierdził, że Bogini objawia mu się w snach. Jemu też przypisuje się przepowiednię o ludzkiej dziewczynie, która narodzi się w grobie i przyjdzie, niosąc ze sobą śmierć. O dziewczynie, która będzie obdarzona niezwykłą mocą, nadejdzie z południa i uratuje swych przyjaciół, a potem odejdzie, aby jeszcze powrócić. Ma przynieść ze sobą dar, który ofiarowany Bogini uwolni wszystkich z niewoli…
- Jakiej niewoli? – Zaciekawiłam się.
- Kiedyś tym regionem rządziła królewska para. Pewnego dnia oboje zniknęli, a na tronie pojawił się uzurpator, potężny mag władający każdym rodzajem magii. Zamknął wszystkie wyjścia z regionu, a ludność miejscową nagiął do swej woli. Nie jest uciążliwy, ale mniej więcej raz na dziesięć lat zabiera co młodszych do pracy u siebie, bądź do eksperymentów. Ci zabrani nigdy nie wrócili. Od czasu, gdy on jest na tronie, nie ma pokoju z krasnoludami. Jakieś sto lat temu zajęły Klucz – twierdzę strzegącą przełęczy i przemianowały go na Ulfgar’s Hammer. Zahamowało to trochę zbrojne wyprawy ludzi na krasnoludzkie tereny. Ale sytuacja polityczna się przez to trochę skomplikowała. Wszyscy wiążą panowanie uzurpatora z tym stanem rzeczy… Krasnoludy także.
- Kiedy ma przyjść ta dziewczyna? – Zapytałam
- Wydaje mi się, że już przyszła… - Odpowiedziała patrząc na mnie.
- Henrietta powiedziała mi, że jej obraz jest z czasów, gdy Wielka Bogini była obecna wśród ludzi.
- To prawda, ale jej obrazu nie malował Michael. Powstał tylko jeden portret namalowany przez Michaela
– Wskazała ręką ścianę. – Reszta była malowana, na podstawie tego właśnie obrazu.
- Czy Michael malował jeszcze coś? Stosował nietypową technikę… Raczej niespotykaną…
- Nic mi niewiadomo o innych obrazach…

Przemyślałam to sobie… hmm
- A więc dobrze… Zabito mnie w bitwie na południe stąd. Na leśnym wzgórzu. Tam mnie pochowano. Jakąś dobę temu, bogowie przywrócili mnie do życia… i obdarowali wielką mocą. Zrobili to, abym uratowała swych przyjaciół.
- Doprawdy?
- Akela parsknęła śmiechem. – Tylko po to? Nie bądź naiwna. Jeśli cię przywrócono do życia, to na pewno nie po to. Zdziwiłabym się, gdyby udało się tobie kogokolwiek ocalić. Bogowie nie dają nic za darmo, a jeśli cię tu wysłali, to znaczy, że mają w tym swój interes. Zresztą… TU jest tylko jedna bogini. Ale to, co mówisz oznacza, że możesz być tą dziewczyną z przepowiedni.
- Ale przepowiednia mówi, że uratuję przyjaciół…
- A więc musisz to zrobić. Tu niedaleko jest ołtarz Bogini… Klęknij przed nim jutro. A teraz prześpij się.

Tak zrobiłam.

Obudziłam się tuż przed wschodem słońca. Akela musiała wstać dużo wcześniej niż ja, a może się wcale nie kładła… Wręczyła mi zawiniątko z jedzeniem i podeszła do drzwi.
- Ołtarz jest jakąś godzinę drogi stąd. – Wskazała dłonią. – Uwierz mi i klęknij przed nim.
Podeszła do mnie blisko i uścisnęła mą rękę. – Powodzenia córko Airburna… - Rzekła.
A więc wiedziała. Znała pierścień? Czy wyczytała to z mej dłoni?
Ruszyłam biegiem. Tylko cztery miniony biegły za mną, a wiec zapolowałam na jakieś króliki po drodze i kilka innych zwierząt. Po chwili miałam do dyspozycji, coś około dziesięciu minionów. Starczy. Gdzie ten ołtarz? Rozglądam się… Jest. Podbiegam i przyglądam się…
Co to znaczy?... Przecież ten ołtarz to… Podchodzę bliżej. Nie mylę się. Ale to niemożliwe.
I wtedy przypominam sobie słowa ojca: „… nie jest tym, kim się wydaje…” A więc to Ona.
Oglądam tabliczkę, umieszczoną przed ołtarzem: …”poświęcony Wielkiej Bogini”… Hmm...
Biorę głęboki wdech i z wielką obawą klękam przed… ołtarzem Dwayny.
Powietrze wokół mnie rozświetliło się. Wszędzie pojawiły się małe iskierki, czułam, że włosy unoszą się na mej głowie. Pochylona cofnęłam się, idąc tyłem, aż wydostałam się poza obszar działania sił ołtarza. Przyklękłam ponownie i czekałam.
Tuż przed ołtarzem utworzyła się przezroczysta, złocista kula, a w jej wnętrzu dostrzegłam jakąś postać. Postać powoli traciła swą przezroczystość i po chwili przed ołtarzem stanęła… Dwayna.
Z przyklęku na jednym kolanie, opadłam na dwa i gdybym mogła, to rozpłaszczyłabym się na ziemi. Pozostałam tak, klęcząca na obu kolanach, z pochyloną głową i czekałam. Czułam, że podchodzi do mnie, a potem wyczułam, że pozwala mi unieść głowę.
Uniosłam więc i spojrzałam. Oto i ona, ale nie taka, jaką widywałam w Tyrii.
Nie ma jasnych włosów i prostej sukienki. Podchodzi do mnie czarnowłosa dziewczyna w obcisłej, czarnej kurtce i spodniach. Zrozumiałam, że stroje, które nosiły przedstawicielki mej profesji, były inspirowane właśnie tym ubiorem. Czyżby Dwayna była nekromantką?
- Nie, nie jestem nekromantką – usłyszałam w głowie głos, TEN GŁOS. – Jestem wszystkim. Wstań.
Posłuchałam. Wolniutko podchodziła do mnie, pozwalając się oglądać. Moja twarz, moja budowa ciała i mój wzrost. Nie, jest troszkę niższa i twarz ma bardziej… szlachetną. Włosy ładniejsze… Ale bardzo, bardzo podobna.
- Tak to ja. – Uśmiechnęła się. – Zastanawiasz się skąd podobieństwo? Jest przyczyna. Ale wiem, ze miałaś jakieś dziwne myśli, że ty to ja, czy coś takiego. – Roześmiała się – Wybij to sobie z głowy. Ja jestem JEDYNA. Nie jesteś żadną moją emanacją, wcieleniem, czy czymś podobnym. Ja jestem boginią. Ty jesteś człowiekiem. To cała różnica.
„Tak mało i tak wiele”
– Pomyślałam.
- Tak – Usłyszałam. – To cała różnica, ale jak istotna…
- Czytasz w myślach?
- Czytam. Źle się stało, że najpierw rozmawiałaś z ojcem. To trochę utrudni nam porozumienie się. Ale wszystko przed nami… Zdałaś wszystkie próby, jakim cię poddałam. Przeżyłaś i podjęłaś właściwe decyzje, nieważne, świadomie czy nie. Teraz idź i spróbuj pomóc swym przyjaciołom, choć nie licz na zbyt wiele. Nie licz na nic właściwie. Po pomoc zwrócisz się do mnie, już po wszystkim. Ale teraz idź i próbuj.
– Uśmiechnęła się, skinęła mi głową i zniknęła.
Czego może spodziewać się człowiek, któremu dano sposobność rozmowy z bogiem? Czy ktoś się kiedyś zastanawiał, co powiedziałby bogu, gdyby dano mu taka możliwość? To jest niewyobrażalne. Właściwie możemy tylko słuchać i wykonywać polecenia. Czasem, gdy starczy nam śmiałości, zapytamy o jakąś błahostkę. I to wszystko. Dla nas nie będzie istotna treść rozmowy, lecz to, że stanęliśmy przed bogiem twarzą w twarz. Liczyć się będzie tylko to, czy wypełnimy misję dla bóstwa i to, że zwróciło na nas swą uwagę.
Tak więc biegłam przed siebie, mając przed oczami postać Dwayny i dziwnie kojąco działał na mnie fakt, że raczyła do mnie przemówić. I dopiero ciało, leżące na ścieżce ostudziło mój entuzjazm. Podbiegłam i poczułam, że koszmar znów się zaczyna… Na ścieżce leżał Boris.




Siedem Łez





Przyklękam i podnoszę jego głowę. Otworzył oczy.
- Alli… Ty… Myślałem, że… Ale przecież… - Mówił z wysiłkiem, urywanymi słowami.
Położyłam mu palec na ustach.
- Ciii nic nie mów... – Przy ostatnim słowie głos mi się załamał i już nic więcej nie mogłam z siebie wydusić. Wzięłam głęboki wdech, aby pozbyć się tego ucisku w gardle, ale zamiast tego wydałam z siebie tylko urywany szloch. Potrząsnęłam głową, bo łzy powodowały, że nic nie widziałam, szukając ran na ciele Borisa. Ale ich nie było. Boris nie miał żadnych widocznych ran, a jednak umierał.
- Daj… - Szepnął z wysiłkiem.
Odpięłam mu od pasa manierkę, odkręciłam i podałam. Dał łyka i podał mi. Wypiłam trzy łyki, odetchnęłam i chciałam mu oddać. Powstrzymał mnie.
- Pij… Za mnie. – Szepnął. Uśmiechnął się z wysiłkiem. – Tak jak dawniej, pamiętasz?...
Skinęłam głową
- Pamiętasz tę chatkę kolekcjonera? – Patrzył na mnie pytająco, a ja widziałam, z jakim trudem ogniskował spojrzenie. Skinęłam ponownie. Ten ucisk w gardle… nie sposób mówić.
- Ten wieczór… To była ostatnia szczęśliwa chwila… i teraz myślę, że całe życie… na…
Jego głowa opadła i Boris umarł. Trwałam w przyklęku, ciągle trzymając jego głowę na swym ramieniu i myślałam o tym, że już nigdy nie dam rady mu powiedzieć, że… Zdusiłam wszystkie myśli. Dość. Ale wiedziałam też, że nie dam rady go pochować. Nie wytrzymałabym tego… Owinęłam płaszczem jego ciało i nad głową, tuż przy hełmie wbiłam miecz, a tarczę położyłam mu na piersi.
- Strzeżcie go. – Szepnęłam.
Ruszyłam naprzód nie oglądając się za siebie. Za sobą słyszałam ciężkie stąpnięcia minionów. Moi jedyni towarzysze. Martwi i żywi, a jednocześnie niemartwi i nieżywi.
Ja tez byłam nieumarła, choć żywa. Jak to było w tej przepowiedni? …”W grobie narodzona”…, …”Przyjdzie ze śmiercią”… Otóż idę, a śmierć idzie ze mną. Strzeż się draniu. Ja cię dogonię, a śmierć cię odnajdzie.

Pamiętam. To było jakieś dwa lata przed inwazją charrów. Miałam wakacje i ojciec zabrał mnie na arenę. Siedzieliśmy w loży. Gladiatorzy wyszli z boksów i ruszyli do walki. Ojciec pochylił się ku mnie i wskazał ręką jednego z nich.
-„Ten mesmer” – Szepnął.
Walka wyglądała na zwykłą, ale taka nie była. Drużyna wskazanego mesmera miała przewagę. Przeciwnicy już dwukrotnie musieli użyć pierścieni wskrzeszenia i wszystko wskazywało na to, ze przegrają. I wówczas… piruet mesmera niby zwyczajny, ale… nie zauważyłabym tego, gdybym nie wiedziała; wojownik z tej samej drużyny, co mesmer zwinął się wpół i padł. I znowu piruet, z pozoru taki jak inne, ale… ten nieznaczny balans ciałem… i ten gest na końcu inkantacji, tak szybki, że prawie niezauważalny. Drużyna mesmera przegrała. Do dziś pamiętam jego imię: Indoctrine...
- „Jak to możliwe?” - Szepnęłam do ojca. – „Przecież należeli do tej samej grupy…”
- „To się nazywa dywersja” – Odparł ojciec szeptem. – „Prowadzimy badania… nowa grupa zaklęć zadających obrażenia członkom własnej drużyny. Nie do wykrycia.”

Miałam okazję oglądać wiele podobnych walk. Byłam szkolona w rozpoznawaniu takich akcji. Ale… przerwa zrobiła swoje. I dopiero obraz mi o tym przypomniał. Było to na nim uwidocznione, jak w podręczniku szkoleniowym. No i walka na wzgórzu, gdy zobaczyłam i rozpoznałam…
Strzeż się sukinsynu, dostanę cię.
Las, przez który wiodła ścieżka, przerzedzał się. Coś mi to przypominało…
Ryk, który usłyszałam zmroził mi krew w żyłach. Po nim nastąpił przeraźliwy gwizd i szum, jakby tysiąca skrzydeł. Ziemia zatrzęsła się. Fala dźwięku zwaliła się na mnie, ogłuszyła i potoczyła się dalej, wracając po chwili echem.
Szybko. Biegnij Milla, biegnij tak, jak wtedy przez most, w ucieczce przed charrami. Wybiegam spomiędzy drzew. Ścieżka zakręca wprost w dolinkę, całą pokrytą śniegiem, wkoło góry, za dolinką przełęcz. A w centrum wielki wurm. Widzę Fionę, jak rzuca swe niszczycielskie czary i widzę Viggo w przyklęku. Thibo w piruecie…
- Niee!! – Krzyczę na całe gardło, ale ryk wurma zagłuszył mnie całkowicie. Eksplozja czarów Fiony… Biegnę… Biegnę jak nigdy dotąd, ale widzę, że Viggo trwa w przyklęku przerażająco długo i chyli się coraz niżej. W biegu rzucam dwie klątwy. Wurm jest na skraju śmierci, Fiona przygotowuje się do kończącego sprawę zaklęcia i wtedy… ten dźwięk. Jak niezwykle głośne mlaśnięcie. Czar Fiony zostaje przerwany i wurm znika pod ziemią. Podbiegam do Viggo, który miękko opada na śnieg. Jego głowa odwraca się do mnie, ale oczy już są martwe i niczego nie widzą. Ponad leżącym Viggo spoglądam na Thibo, który z rozdziawioną gębą gapi się na mnie i na moje wielkie miniony, nadbiegające jak sfora psów.
Ziemia zatrzęsła się nagle i spod śniegu wyprysnęło monstrualne ciało wurma. Jeden z segmentów ciała bestii zahaczył o Fionę odrzucając ją, jak szmacianą lalkę gdzieś na bok, a potem wurm całym impetem uderzył we mnie. Wszystkie moje miniony rozsypały się w proch, ale ja stałam jakby ten atak nie był wymierzony we mnie. Od wizyty u Akeli, chodzę z zaklęciem przekazania obrażeń na miniony, zawieszonym na sobie. Przydało się. Wurm zniknął pod ziemią i zapadła cisza. Thibo zaczął uciekać w stronę skał, a ja pobiegłam do Fiony. Leżała na boku, cała we krwi. Kaszlała krwią, pluła nią, krew płynęła z ran na całym ciele.
Odgarnęłam jej włosy z czoła, starając się nie patrzeć na zmasakrowane ciało.
- Moja mała siostrzyczko – Załkałam. - Wybacz… Nie dałam rady…
- Alli… Żyjesz… - Zaniosła się kaszlem. – Spotkamy się w Hall Of Heroes… Będę czekała na ciebie… - Usiłowała się uśmiechnąć, a ja pomyślałam o beznadziejności tego wszystkiego.
- Tylko nie tam, Fiono… Tylko nie tam… - Ale ona już mnie nie słyszała.
Wstałam i właśnie wtedy ziemia zatrzęsła się. Rzuciłam się w bok i to mnie uratowało. Wielkie ciało wurma wynurzyło się tuż koło mnie musnąwszy mnie zaledwie. Poczułam przeraźliwy ból w lewym ramieniu, a siła uderzenia odrzuciła mnie na bok. Wurm wygiął się w pałąk, aby tym razem skutecznie zaatakować, ale nie zdążył. Przez jego ciało przebiegło drżenie. Wydał z siebie jakby jęk, po czym ciężko zwalił się na ziemię. Rany zadane przez Fionę okazały się śmiertelne. Usiłowałam się podnieść, ale ostry ból w lewym barku, powalił mnie na śnieg. Obojczyk… Patrzę na dziwne wybrzuszenie tam, gdzie nie powinno go być. Krwawię. Otwarte złamanie? A gdzie ten… sukinsyn? Odwracam się powoli na prawy bok i powolutku się podnoszę. Stoję… Trzask łamanej gałązki z lewej strony. Odwracam się gwałtownie w lewo i o mało nie mdleję, gdy jaskrawy błysk bólu pod czaszką, uświadomił mi, że powinnam być ostrożniejsza.
- Ty orriańska suko! – Słyszę nienawistny głos. Nauczona doświadczeniem powolutku odwracam się. To Thibo. Stoi kilkanaście kroków ode mnie, tuż koło mej dwuręcznej laski.
- Udało ci się mnie oszukać. Myślałem, że jesteś Nią, wtedy w dolinie, gdy rozmawiałaś ze swym wychudzonym ojczulkiem. Ale to przez to, że nie miałem jeszcze wszystkich danych.
Nie przyszło mi do głowy, że Alli Brega, to Allima Airburn. Wydawałaś się znajoma, ale nie skojarzyłem. Dopiero w dolinie… Myślałem, że wydajesz mu rozkazy… Jesteś podobna do Niej. Nie wiem, jakim cudem. Ale teraz… Jakim sposobem przeżyłaś? Nie wiem, po co jesteś potrzebna mojemu pryncypałowi. Ale to nieważne. Zabiję cię.

Powoli kuśtykałam w jego stronę. Każdy krok, to błysk bólu. Zerknęłam na niego. Moje klątwy wisiały na nim, jak pranie na sznurze, a on nie zorientował się. Ale muszę podejść bliżej, bo inaczej…
Każdy krok powodował pod czaszką jaskrawy błysk. Aby tylko nie zemdleć. Niech mówi, niech dużo mówi.
- Idziesz do mnie suko? Chodź, chcę widzieć twoją twarz, gdy będziesz umierać.
Zerkam na leżącą u jego stóp laskę. Zauważył to.
- Ty… Co? Ha Ha, chyba nie myślisz poważnie… Chcesz tę laskę? A to dopiero… Będę miał jeszcze z ciebie zabawę… - Schylił się po nią i wtedy z kabury na plecach wyjęłam jednoręczną różdżkę od Sity. Miał na sobie dwie klątwy. Jedna go spowalniała, a druga…
Podniósł wzrok i zauważył, że mierzę do niego z różdżki. Wycelowałam w twarz i wystrzeliłam. Krzyknął i zatoczył się.
- Ty dziwko… - Wybełkotał i uniósł dłonie do inkantacji. Teraz dopiero zorientował się, że coś jest nie tak. Zawirował rzucając zaklęcie.
Strzał. Pocisk trafił go w połowie artykułowania czaru i przerwał go, a jego samego wytrącił z równowagi, i zmusił do uklęknięcia w śniegu.
Strzał. Widziałam, jak z jego twarzy odrywają się zamarznięte strzępy ciała.
Strzał i Krzyk. Strzał. Klęczał trzymając się za głowę obu rękami. Wstał i chciał zrzucić z siebie klątwy. Kolejny strzał. Sukinsyn chwiał się na nogach. Zawieszona na nim klątwa powodowała, oprócz normalnych ran, przerwanie każdego czaru, jaki chciał rzucić, jeśli zostanie trafiony bronią, zadającą obrażenia od zimna. A taka była właśnie różdżka od Sity. Strzał. Odrzut spowodował ból w mym ramieniu, że omal nie zemdlałam. Thibo zdążył rzucić czar, ale nie było to zdjęcie klątwy. Poczułam jak życie uchodzi ze mnie nieprzerwanym strumieniem.
Krok – błysk bólu w głowie i strzał. Jestem tuż przy nim, sięgam do pasa i wbijam mu sztylet w pierś, aż po rękojeść. Zaklinował się, więc sięgam po drugi. Ale niepotrzebnie. Mesmer przyklęknął, a potem bez jęku runął w przód i legł na brzuchu. Odwracam go nogą i spluwam na jego zamarzniętą twarz. Życie nadal ze mnie uchodzi, ale nie dbam o to.
Zabiłam sukinsyna.
Jego moc była większa, niż u normalnego człowieka, ale znów nie tak bardzo. Jednak ja słabnę.
Tymczasem wokół zrobiło się ciemno. Słońce zaszło. Czuję, jak świat chwieje się niebezpiecznie.
Opieram się plecami o drzewo, ale wtedy ośnieżona ziemia uniosła się i uderzyła mnie w twarz. Leżąc usiłuję się czołgać do Fiony, ale poruszam tylko ręką i nogami nie przemieszczając się wcale. Jestem na krawędzi śmierci i właśnie wtedy życie przestaje ze mnie uchodzić. Widzę poruszające się gwiazdy. Nie, to jakieś sylwetki z pochodniami schodzą ścieżką i kierują się prosto do mnie. Oglądają wurma, podbiegają do ciała Fiony. Ja nadal usiłuję się czołgać nie zdając sobie sprawy z tego, że tylko niemrawo przebieram nogami w śniegu.
- Hej, Lyrius, podejdź tutaj. – Słyszę jeszcze wołanie, po czym wszystko roztapia się w ciemności. Tracę przytomność.









Mhenlo stał nad nekromantką z zaciśniętymi ustami.
- Kłamiesz. – Wyrzucił z siebie. – Sugerujesz, że Dwayna jest jakimś… wampirem? Wiesz, co ja mogę ci za to zrobić?
Milla podniosła głowę i wlepiła wzrok w płonące wściekłością oczy mnicha. Chwilę poczekała, a gdy odwrócił spojrzenie, odpowiedziała:
- Nie, nie wiem. Powiedz mi, co TY możesz mi zrobić? Należysz do Kręgu, prawda? Oboje należycie… Zaprowadźcie mnie do tego waszego ołtarza Dwayny… I wiesz, co? Zobaczymy wtedy. – Odwróciła się do Cynn. – Ty wiesz…, prawda? Wiesz, że mówię prawdę.
Cynn spojrzała na Mhenlo i skinęła. Mnich pokręcił głową.
- Nie może być. – Zawołał. Wskazał na nekromantkę. – Ona cię omotała.
- Nikt mnie nie omotał. – Spokojnie odrzekła Cynn. – Ona nie kłamie. Potrafię to rozpoznać.
Spojrzała na mnicha. Mhenlo zauważył jej wzrok i powoli usiadł na krześle. Coraz bardziej było widoczne, kto jest prawdziwym szefem duetu.
Pukanie do drzwi… Cynn odsunęła się a Mhenlo wstał i zajął pozycję. Cynn zerknęła wymownie na Millę. Ta skinęła głową.
-Proszę! – Zawołała. Drzwi otworzyły się i stanął w nich siwy krasnolud z chłopcem. Chłopiec trzymał w obu dłoniach tacę.
- Zrobiło się późno, więc pomyślałem… - Krasnolud popatrzył na Mhenlo i Cynn. Milla uśmiechnęła się.
- Dziękujemy. – Rzekła. – Na rozmowie czas szybko płynie.
Chłopiec z krasnoludem szybko rozstawili talerze i sztućce.
- Smacznego. – Krasnolud skinął głową Milli. Obaj z chłopcem wyszli.
- Cóż… - Milla rozłożyła ręce. – Może jednak coś zjemy? Zrobiłam się głodna, a to smakowicie pachnie.
- Oczywiście.
– Mhenlo wskazał miejsce przy stole. – Cynn?
- Ja na stojąco… - Odrzekła elementalistka. – A wy się nie krępujcie.
Po posiłku zajęli swoje miejsca. Tylko, że teraz Cynn usiadła na krześle, a Mhenlo stanął przy drzwiach. Milla wznowiła opowieść.









Człowiek, nazwany Lyriusem odwrócił głowę. Był białowłosym, młodym mężczyzną, o stanowczych, budzących zaufanie rysach twarzy. Szybko podszedł do wołającego, który wskazywał mu coś na śniegu. Blask pochodni wydobywał z mroku zwłoki, leżącego na plecach mężczyzny. Lyrius pochylił głowę, przyglądając się zniekształconej przez odniesione rany twarzy trupa.
- To niesamowite. – Zawołał. – Przecież to akolita. Hej Bruce, ktoś cię wyręczył. – Krzyknął w kierunku grupki pozostałych mężczyzn, usiłujących odszukać jakieś ślady życia, u leżącej w śniegu Fiony.
- Beznadziejne - Mruknął jeden z nich. – Nie żyje. Wurm ją popieścił… Szkoda…
Potężny wojownik o posępnych rysach twarzy podszedł do Lyriusa i spojrzał na zwłoki.
- S***iel… - Rzekł bez emocji. – Ktoś go dostał przede mną…
- A więc jeszcze raz miałeś szczęście.
– Rzekł zwracając się do zabitego. - Ale został mi jeszcze twój pan. Swoją drogą ciekawe, kto cię tak urządził?
- Właśnie. – Lyrius rozglądał się, trzymając pochodnię wysoko nad głową.
Tam… jakby cień drzewa… Podszedł bliżej, by stwierdzić, że to kolejne ciało. Tym razem to ubrana na czarno dziewczyna. Leży na brzuchu; jedna ręka podkulona pod siebie, druga wyciągnięta do przodu, czarne włosy rozsypane na śniegu. Powolutku odwrócił ją na plecy. Wydawało mu się, że usłyszał cichy jęk. Delikatna twarz wydała mu się jakby znajoma. Dziewczyna jeszcze żyła.
- Bruce, Sylvian!! Zróbcie nosze! Mamy ranną! – Krzyknął, odwracając głowę.
Wbił pochodnię w śnieg i starał się zbadać leżącą. Dziewczyna ponownie jęknęła.
- Hm, obojczyk na pewno złamany. – Lyrius mruknął po części do siebie, po części do nieprzytomnej dziewczyny. – Co dalej, zobaczymy później.
Sylvian z Brucem przygotowali nosze, zrobione ze ściętych toporem Brucea konarów, powiązanych płaszczami.
- Ale maleńka… – Zdziwił się Bruce, biorąc dziewczynę na ręce i umieszczając na noszach.
- Delikatnie… - Syknął Lyrius, patrząc jak wojownik układa nieprzytomną. Bruce skinął głową. Wspólnie z Sylvianem przywiązali dziewczynę do noszy.
- Gotowe. – Mruknął Sylvian.
- Hej! Tu jest jeszcze jeden! - Jeden z ludzi zamachał gwałtownie pochodnią. – To mnich! Martwy!
- Jak myślicie, co tu się stało? – Lyrius patrzył na ciało wurma, jakby od niego oczekiwał odpowiedzi. – Kto dziś był na posterunku?
- Zha’ai – Odrzekł Sylvian. – Zaraz powinien tu być, jeśli zszedł ze skał przed zmrokiem. Musi obejść… o już jest. – Mruknął na widok zbliżającej się sylwetki.
Człowiek w stroju łowcy wszedł w krąg światła pochodni. Niespiesznie popatrzył po obecnych i zsunął trójkątną chustę zasłaniającą twarz.
- Nadeszli we trzech z południa. Akolitę rozpoznałem od razu. Zacząłem schodzić, bo chciałem ustrzelić sukinsyna. – Zaczął, opierając się na swym długim łuku. – Nagle z pod ziemi wylazł wurm i elementalistka zaczęła go okładać. Gdy akolita zorientował się, że wurm jest umierający, zabił mnicha, a elementalistce przerwał zaklęcie. Wtedy nadbiegła nekromantka z minionami. Podbiegła do mnicha, a gdy zobaczyła, że nie żyje, ruszyła na akolitę. I załatwiłaby sprawę w sekundę tylko, że wtedy wurm wylazł znowu i ją zaatakował.
Musiała mieć przekierowanie, bo miniony padły, a ona nawet nie drgnęła, ale wurm zahaczył o elementalistkę. Akolita zwiał na skały, a ona podeszła do elementalistki. Wurm wylazł znowu, zwalając ją z nóg i zaraz zdechł. Wtedy wrócił akolita. Nekromantka wstała, ale wurm musiał ją uszkodzić, bo kulała i szła, jakby miała zaraz upaść. Zabiła akolitę strzałami z różdżki i chyba sztyletem, nie mam pojęcia, jakim cudem. To wszystko… Lyrius chodź na chwilkę ze mną…

Odeszli kilka kroków na bok.
- Jest jeszcze jedna rzecz. – Zha’ai patrzył spokojnie na Lyriusa. – Te miniony od nekromantki…
- Co z nimi?

- Były ogromne… Rozumiesz? Były wielkie jak skały… Nigdy takich nie widziałem, to nieprawdopodobne…- Zha’ai spojrzał w kierunku reszty ludzi. – Bruce mógłby przejść wyprostowany pod nimi, nie łaskocząc ich nawet pióropuszem po brzuchu. To przede wszystkim chciałem ci powiedzieć. Ta nekromantka żyje?
- Żyje.
- Uważajcie na nią.
- Dobrze, że mówisz… Idziesz z nami?
- A co, idziecie jednak dalej?

Lyrius zastanowił się. – Nie… chyba wrócimy… Weźmiemy dziewczynę. Niech Helga ją obejrzy.
Zha’ai skinął głową. – Tak myślałem… To ja wrócę na górę.
- Poczekaj. – Lyrius myślał nad czymś. – Ty idź do Akeli, Zha’ai. Poproś ją, aby przyszła do Siedmiu Łez. Powiedz o nekromantce.
- Dobra, w takim razie idę już teraz. Im Akela szybciej przybędzie, tym lepiej…
- A co? Przewidujesz kłopoty?
– Lyrius spojrzał pytająco na łowcę. – Przecież ona nawet ręką nie może ruszyć…
- Mam takie przeczucie… Helga… Wiesz, jaka ona jest… A ta nekro jest … dziwna.
Lyrius poszperał w swoich przepastnych kieszeniach, a potem w torbie u pasa.
- Masz.- Podał Zha’aiowi zawiniątko z jedzeniem. – Swoje pewno zostawiłeś na posterunku.
- Dzięki
– Zha’ai schował prowiant. – Idę. Do zobaczenia wkrótce.
Odwrócił się i szybko pobiegł ścieżką, znikając w mroku.
Lyrius wolnym krokiem podszedł do Brucea i Sylviana, stojących przy noszach.
Bruce patrzył na ciało elementalistki.
- Co ze zwłokami? – Zapytał.
- Pochowajcie we wspólnym grobie.
- Z akolitą?
– Wojownik spojrzał przeciągle na Lyriusa.
- Nie. Zwłoki akolity… spalcie.
Bruce kiwnął głową. – Ja to zrobię.
Lyrius poszedł za Brucem i chwilę przyglądał się przygotowaniom. Bruce przeszukał zwłoki, odpiął jakąś manierkę od pasa trupa, odkręcił i powąchał… Skinął z zadowoleniem głową, dał łyka, a resztę wylał na zwłoki. Przytknął pochodnię. Ciało poczęło płonąć. Lyrius odwrócił się na pięcie i w tym momencie poczuł coś pod butem. Schylił się i pomacał w śniegu. Różdżka. Podniósł ją do oczu. „Do licha, co za broń…” – Pomyślał z uznaniem. Oglądał ją na wszystkie strony. „MILLA” – Przeczytał. Z różdżką w ręku podszedł do noszy i spojrzał na przywiązaną do nich nieruchomą dziewczynę. Ciągle była nieprzytomna. Przypomniał sobie, co mówił Zha’ai na temat śmierci akolity. „A więc jesteś Milla…” – Mruknął półgłosem, ni to do siebie, ni to do niej. - „Mam nadzieję, że nie będę żałował tego, że cię zabieram.” Czekał, aż jego ludzie skończą pochówek mnicha i elementalistki.
Sylvian wręczył mu dwie różdżki: kostur mnisi, błyszczący na niebiesko nawet w świetle pochodni i różdżkę z rubinem, wprawionym w głowicę. Na tej z rubinem było wygrawerowane imię: FIONA. Kostur nie miał żadnych inskrypcji.
Lyrius uniósł obie nad głową.
- Niech moc waszych broni zaprowadzi was bezpiecznie do miejsca spoczynku. – Rzekł, po czym wbił różdżki u wezgłowia grobu.
- Chodźmy. – Rzekł do swych ludzi.
Niewielka kolumna skierowała się z powrotem do wyjścia z doliny. Powoli wspinali się ścieżką, aż zniknęli za wzniesieniem. Dolina opustoszała, a o zaistniałych wypadkach świadczył tylko świeżo usypany grób, z wbitymi na sztorc różdżkami. Tańczyły w nich czerwonawe refleksy ognia, powstałe od płonących zwłok akolity. Różdżki, jak milczący świadkowie, obserwowały unicestwienie kata swych właścicieli.


Siedem Łez było dość dużą osadą, otoczoną palisadą z grubych bali. Dość dużą, jak na tutejsze warunki. Składało się na nią kilkanaście drewnianych budynków, okalających dosyć spory plac oraz jednego większego od pozostałych, zbudowanego z kamienia. Na umocnionej bramie, oraz na specjalnych podwyższeniach na palisadzie, czuwała straż.
Niewielki oddział, idący z zapalonymi pochodniami został natychmiast zauważony i rozpoznany.
- Kto idzie?! – Zgodnie z procedurą zawołał strażnik na bramie, ale już dawał znak, aby otwierać, zanim jeszcze usłyszał odpowiedź.
- Lyrius. - Dobiegł głos z grupy podchodzącej do bramy.
Strażnik widział, jak wchodzą i zauważył, że niosą kogoś na noszach, choć na pierwszy rzut oka nikogo nie brakowało. Po chwili wrota zostały zamknięte. Dowódca straży już czekał.
- Ktoś oberwał? – Podszedł do noszy i ze zdziwieniem dostrzegł nieprzytomną dziewczynę.
- No proszę, jaki ładny łup…
- Helga śpi?
– Zagadnął Lyrius. – Musieliśmy zawrócić. – Dodał tytułem wyjaśnienia.
- Nie mam pojęcia. – Mruknął dowódca. – Spotkałeś Zha’aia? On wysłał wiadomość.
- Tak. Wyślij kogoś w góry na posterunek, bo Zha’ai poszedł po Akelę. Powinni tu być jutro wieczorem.
- Tak jest, już wysyłam. Widzę, że kroi się coś poważnego, skoro posłałeś po Akelę…
- Mam nadzieję, że nie…
- Lyrius spojrzał na nosze.
- To z Kluczem, to prawda? – Zapytał dowódca straży.
- Co? Aha… Niech to… Nawet Zhai’ia nie spytałem…, ale nie zaprzeczył, więc raczej tak. Za to wypłynęły inne rzeczy… Akolita nie żyje.
- Jak to?
– Zdumiał się dowódca.
- Ona go zabiła. – Lyrius wskazał na nosze.
Dowódca jeszcze raz przyjrzał się niewielkiej dziewczynie na noszach.
- No, no… kto by pomyślał. Taka mała…
Lyrius kiwnął głową i grupka oddaliła się w kierunku domu Helgi.


Kantyna była zawsze otwarta. Lyrius po oddaniu dziewczyny w ręce Helgi, postanowił spędzić chwilę na drobnych przyjemnościach i siedząc samotnie na ławie, przy dużym prostokątnym stole, raczył się piwem. Drzwi kantyny otworzyły się i stanął w nich jakiś żołnierz. Odszukał wzrokiem Lyriusa.
- Panie Dramm… - Zawołał cicho.
Lyrius chyba zdrzemnął się, bo nie zareagował. Żołnierz podszedł do ławy.
- Panie Dramm… Lyrius… Pani Helga chce wyrzucić tę dziewczynę, którą przynieśliście…
Lyrius oprzytomniał.
- Co? O bogowie… Wiedziałem.
Szybkim krokiem wyszli z kantyny. Na zewnątrz, Lyrius zaczął biec. Dobiegli do domu Helgi, z daleka już słysząc jej podniesiony głos.
- Zabierzcie TO z mojego domu! Co wy sobie myślicie?! Ze tu jest jakiś cyrk?! Że ja tu wybryki natury gromadzę?
Lyrius wbiegł do środka, wyminął zaskoczonych i całkowicie zagubionych Sylviana i Brucea.
- Wyjdźcie. – Mruknął do nich. Z widoczną ulgą wyszli i zamknęli za sobą drzwi.
- Co się stało? – Zwrócił się do Helgi. Była młodą kobietą, o ascetycznym wyglądzie. Głowę, o gładko wygolonej skórze, zdobił błękitny tatuaż mniszki. Potrafiła być bardzo miła, ale w tej chwili była wściekła.
- Ty się jeszcze pytasz? – Wskazała łóżko, na którym leżała nekromantka.
- CO mi tu przyniosłeś? To jakieś cholerne zombie. Sam zobacz…
Podeszła do posłania i odsunęła koc. Dziewczyna leżała na brzuchu w bieliźnie. Na prawej ręce miała jeszcze założoną, do połowy rozsznurowaną, rękawicę.
Helga uniosła koszulę, odsłaniając plecy dziewczyny. Lyrius zobaczył, zamiast spodziewanego gładkiego ciała, wielkie czarne plamy.
- Ma je też na pośladkach, łydkach i na podudziach. Wiesz, co to?
Pokręcił przecząco głową.
- To plamy opadowe. Gdy człowiek umrze, krew przestaje krążyć i spływa w najniższe partie ciała. Tam się gromadzi i krzepnie.
Lyrius zdumiony spojrzał w oczy Heldze.
- Więc uważasz, że…
- Tak. Ona była martwa, zanim wstała i przyszła do miejsca, gdzie ją znalazłeś. To trup.

Helga mozoliła się z drugą rękawicą. Wreszcie ją zdjęła. I znieruchomiała z szeroko otwartymi oczyma.
- Co jest? – Zaniepokoił się Lyrius.
- O nie… - Jęknęła Helga.
Lyrius przyjrzał się leżącej nekromantce. Nie wyglądała na trupa i oddychała spokojnie. Nie mógł się zorientować, co tak zaniepokoiło Helgę.
- Helga, co jest? Straciłaś głos?
Mniszka zdjęła coś z dłoni nekromantki i podała mu. Wyciągnął rękę, ale gdy zobaczył, co to jest, cofnął ją odruchowo.
- Pierścień Przeklętych. – Wyszeptał.





Wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, po czym ponownie wyciągnął rękę. Helga wypuściła z palców klejnot, który wpadł mu w dłoń ciepłym ciężarem. Znał wygląd pierścienia z rycin i teraz z ciekawością mu się przyglądał, porównując to, co zapamiętał z oryginałem. Jedna rzecz go zaskoczyła... pierścień wyglądał na niedokończony. To znaczy był skończony jako klejnot, ale miało się wrażenie, że artysta, który go zrobił nie dokończył myśli zawartej w kształcie kamienia i oprawie. Jakby ktoś rozpoczął mówić zdanie, ale go nie zakończył, pozostawiając słuchaczy w oczekiwaniu i niepewności, co do dalszego ciągu.
- Więc to jest... - rozpoczął.
- Tak. To jest Pierścień Przeklętych, zwany też Pierścieniem Najstarszych... Ale tej drugiej nazwy się raczej nie używa... - Helga wpatrywała się w nekromantkę. - Ciekawą istotę mi przyniosłeś Lyriusie.
- Istotę? To nie jest człowiek?
- Nie wiem... Ale niedługo już się dowiemy.

Lyrius oddał Heldze pierścień, a ona zawahała się przez chwilę, po czym wsunęła go do kieszeni.
- Oddam jej, gdy odzyska przytomność. - Odrzekła na jego nieme pytanie.
Może mu się zdawało, ale od momentu znalezienia pierścienia niechęć Helgi do nekromantki, jakby trochę zmalała. Mniszka troskliwie zajęła się barkiem dziewczyny, unieruchamiając go, po uprzednim nasmarowaniu jakąś maścią i nastawieniu złamanej kości, oraz opatrzeniu rany spowodowanej otwartym złamaniem.
- No dobra. - Westchnęła Helga. - Możesz już sobie iść, tylko pomóż mi ją odwrócić.
Chwyć tutaj.
- Pokazała. Dźwignął i odwrócił.
- Dobrze. - Mruknęła Helga. – Idź już, nie będziesz mi teraz potrzebny. – Powiedziała, zaczynając obmywać twarz nekromantki. Lyrius posłusznie odwrócił się na pięcie i skierował do drzwi. Helga odgarnęła włosy z twarzy dziewczyny i po raz pierwszy tak naprawdę się jej przyjrzała.
- Zaczekaj jeszcze! – Zawołała nieswoim głosem do Lyriusa, który już chwytał za klamkę. Powoli odwrócił się.
- Opuść niżej krzyżak. – Zakomenderowała.
Podszedł do ściany i odwiązał sznur z haka. Pomalutku go popuszczał, obserwując jak wiszący u powały prosty kandelabr, zbity z dwóch skrzyżowanych desek powoli zjeżdża w dół.
- Dosyć – Helga podniosła dłoń i skinęła na niego. – Podejdź i popatrz. – Wskazała twarz dziewczyny.
Przywiązał sznur do haka i podszedł. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz ją ujrzał, dziewczyna wydała mu się znajoma, ale nie miał pojęcia skąd. Zerknął na mniszkę i ze zdumieniem spostrzegł, że Helga jest blada z emocji. Z niezwykłą fascynacją wpatrywała się w nekromantkę.
- Ty tego nie widzisz? – Zapytała drżącym głosem.
- Czego? – Zapytał cicho.
- Jej twarz... nikogo ci nie przypomina?
- Jakbym skądś ją znał... Ale nie wiem skąd
. – Przyznał.
Helga popatrzyła na niego z niedowierzaniem i pokręciła głową z dezaprobatą.
- Idź po Akelę, albo poślij kogoś. Niech przybywa najszybciej, jak może. – Powiedziała patrząc mu w oczy. – Powiedz, że jest u nas... – Zawahała się. - Że jest u nas... Dziewczyna z obrazów... i ma Pierścień Przeklętych na palcu. Powiedz, że jest w stanie śpiączki. I pośpiesz się.
- Już posłałem po Akelę. – Mruknął. – Zha’ai po nią poszedł.
- Doskonale. Im szybciej tu będzie, tym lepiej.
Lyrius patrzył na leżącą. - “Dziewczyna z obrazów”. – Pomyślał i naraz zrozumiał. Poczuł, że robi mu się zimno z wrażenia. – „No jasne. Przecież to ta sama twarz”. – Liczne ryciny i kopie obrazów stanęły mu przed oczyma. Teraz dopiero skojarzył, dlaczego rysy twarzy nekromantki wydały mu się znajome. Popatrzył bezradnie na Helgę.
- Kim ona jest? – Szepnął. – Przecież to niemożliwe, aby to była...
- Wielka Bogini? – Wtrąciła Helga. Skinął głową. Helga chwilę patrzyła na niego. – Nie sądzę. – Odrzekła w końcu.
- Przecież ja mam... – Przypomniał sobie nagle Lyrius i zaczął pospiesznie szukać ręką za pazuchą. – O jest! – Wyciągnął różdżkę i podał Heldze. Mniszka wzięła ją do ręki i zaczęła uważnie oglądać.
- Milla... Nic mi to imię nie mówi. – Powiedziała po chwili.
- Ani mnie... – Odpowiedział. – Czy wiesz, że ona zabiła Akolitę?
- Akolita nie żyje? Jak?
- Podobno tą różdżką. Zha’ai widział.
- To niemożliwe. Żaden mesmer nie pozwoli zabić się strzałami z różdżki.
- Możliwe, że zawiesiła przedtem jakieś klątwy... A i jeszcze... Jej miniony były podobno ogromne. Zha’ai mówił, że były wielkie, jak skały.

Stali nad łóżkiem i wpatrywali się w dziewczynę, myśląc o tym samym: kim ona jest? I jak tu trafiła? Lyrius przypomniał sobie powód, dla którego opuścił Siedem Łez z oddziałem. Klucz. Miał sprawdzić, kto zniszczył Klucz. Czaty przekazały wiadomość za pomocą zwierciadeł dość szybko, ale musiał poczekać, aż wrócą ludzie ze zwiadu, bo nie chciał osłabiać załogi, dlatego wyruszył dopiero późnym popołudniem. Ale gdyby się okazało, że dziewczyna ma coś wspólnego ze zniszczeniem Klucza... Wtedy wszystko byłoby możliwe.
- ...”Nadejdzie ze śmiercią i zostawi nadzieję”... – Cicho powiedziała Helga. Lyrius pomyślał, że tyle jest wersji tej przepowiedni, ilu cytujących, ale nic nie powiedział.
- Idę. – Mruknął po dłuższej przerwie. Helga skinęła głową.
- Zawołaj mnie, gdyby coś się działo. Posiedzę jeszcze chwilę w kantynie. – Powiedział i wyszedł.
Na zewnątrz wiał dość silny wiatr, sypiąc mu w oczy płatkami śniegu. Szedł z rękami w kieszeniach, patrząc pod nogi. ...”Jest u nas Dziewczyna z obrazów”...”Nie sądzę”... Wszystko jednak wskazywało na to, że tak naprawdę Helga sądziła, że to jest Wielka Bogini. Dopiero potem... pomyślała o przepowiedni. Niby nikt naprawdę w nią nie wierzył, ale Lyrius już niejeden raz stwierdził, jak bardzo ludzie wyczekują Tej, Która Przyjdzie Ze Śmiercią I Zostawi Nadzieję.
Otworzył drzwi przed sobą i wszedł do przedsionka tupiąc, aby otrząsnąć buty ze śniegu. Pchnął drugie drzwi. W kantynie siedział Sylvian. Odwrócił głowę w kierunku Lyriusa i kiwnął zapraszająco głową. Lyrius podchodząc, dał znak barmanowi, że chce dwa duże piwa i usiadł koło Sylviana.
- Jak tam nasza Łysa? Nadal chce wyrzucić nekruskę? – Zagadnął Sylvian.
- Już nie. Teraz myśli, że to dziewczyna z Przepowiedni. – Lyrius rozsiadł się na ławie, rozpiął marynarkę i zaczął grzebać w swych przepastnych kieszeniach w poszukiwaniu fajki. Znalazł i zaczął znowu przetrząsać kieszenie. Lekko uśmiechnięty Sylvian podał mu oderwaną od stołu i zapaloną od świecy drzazgę. Widziano już Lyriusa wyciągającego z kieszeni zapalone fajki, a co niektórzy robili zakłady o to, kiedy Lyrius wyciągnie z kieszeni kubek grzańca. Wreszcie wypuścił pierwszy kłąb dymu. Barman postawił przed nim dwa piwa. Lyrius pierwsze pchnął w kierunku Sylviana, a z drugiego pociągnął duży łyk.
- I jest naprawdę duża szansa, że ma rację. – Rzekł. – Nasza nekro ma twarz z obrazów. Zgadnij jakich.
Sylvian spojrzał na Lyriusa zdumiony i po chwili skinął głową.
- A ja myślałem, że to Wielka Bogini jest na nich. – Mruknął w zadumie. – Podobno kiedyś można ją tu było zastać osobiście... Czyli mamy problem?
- Raczej niewiadomą. Dopóki nekro jest nieprzytomna.
Drzwi do kantyny otworzyły się z hukiem i stanął w nich Bruce. Machnął przecząco do barmana, spojrzał na Lyriusa i Sylviana i podszedł do nich szybkim krokiem.
- Lyrius... Brak jednego wartownika.
- Zszedł z posterunku?
- Nie wiadomo. Nakazałem poszukiwania, ale... po cichu. Nie zdarzało się to dotychczas, a nikt nic nie wie. Zazwyczaj w takich wypadkach, ktoś coś wiedział, a teraz cisza. Gdy sprawa się wydała, nie ma czego ukrywać, więc ktoś powinien coś wiedzieć, a tu nic.
- Gdzie miał służbę?
– Lyrius już wstawał.
- Północno zachodnia wieża.
- Idziemy
– Lyrius pierwszy wstał i podszedł do drzwi.
Ruszyli w stronę północnego muru. Po chwili podeszli do schodów wiodących na parapet. Zza załomu wyłoniła się ręka, która opadła na ramię Lyriusa.
- Tędy Panie. – Strażnik wskazał drogę. – Znaleźliśmy go. To Mick
Poszli w kierunku wskazanym przez strażnika, aż do północnej bramy. Tam czekał kolejny strażnik. Stanął na baczność na widok Lyriusa.
- Za bramą na prawo. Są tam Rodney i Silver. - Powiedział.
Lyrius przeczuwał najgorsze i jak się okazało, nie mylił się. Blask pochodni oświetlał dwóch ludzi pod murem. Żołnierze rozpoznali nadchodzących, oddali honory i wskazali coś u swych stóp.
- Nie żyje panie. Staraliśmy się go nie ruszać, tak leżał, gdy go znaleźliśmy.
Na ziemi leżały, częściowo przysypane padającym śniegiem, zwłoki mężczyzny.
Lyrius pochylił się nad leżącym, oglądając go dłuższą chwilę. Wreszcie wstał i wyciągnął z kieszeni zapaloną fajkę. Żołnierze spojrzeli po sobie, ale milczeli.
- Wzmocnić posterunki. Minimum po dwie osoby. Niech nikt nie chodzi sam. – Lyrius ze spokojem wydawał rozkazy. – O wszystkich odbiegających od normy sprawach natychmiast meldować, choćby wydawały się błahe. I natychmiast wezwać Rista. Niech tu zaraz przyjdzie. Sylvian i Bruce zostajecie ze mną. Wykonać.
Dwójka żołnierzy zasalutowała i odeszła szybkim krokiem. Bruce przyklęknął przy leżącym.
- Niczego nie dotykaj. – Ostrzegł Lyrius.
- Co podejrzewasz? – Zapytał Sylvian.
- Assasin.- Krótko odpowiedział Lyrius. – Może nie jeden.
- Ale po co? Niczego tu nie ma... Osada nie jest też żadnym strategicznym punktem. Leży na uboczu. Chyba, że ktoś chciałby iść do Twierdzy... Tylko po co?...
- No właśnie... Po co? –
Lyrius namyślał się.
- Nic nowego się też nie wydarzyło. – Mruknął, prostując swe potężne ciało, Bruce.
- Nic... – Kiwnął głową Lyrius. I nagłe podejrzenie przemknęło mu przez głowę. – Do Helgi! Szybko!
Przebiegli przez bramę, prawie zderzając się z idącymi z naprzeciwka żołnierzami. Rist i dwójka strażników.
- Wszyscy do Helgi! – Krzyknął nie przerywając biegu Lyrius.
- Szarża! – Wrzasnął jeden ze strażników. Cała szóstka pomknęła, gwałtownie przyspieszając. Tuż przed domem Helgi Lyrius stanął na chwilkę i rzucił Barierę. Wokół niego utworzył się magiczny krąg, podnosząc śnieżny pył i obejmując swym zasięgiem prawie cały dom Helgi.
Bruce szarpnął drzwi i wpadł do środka.
Pierwsze, co zobaczył to zakrwawiona Helga w przyklęku, rzucająca na siebie czar ochronny. Trochę na prawo od niej, w lekkim rozkroku, przygotowywał się do uderzenia nieznany mu mężczyzna, zwinny i niewysoki. W obu rękach trzymał ostre, jak brzytwa sztylety. Było jasne, że gdyby nie rzucona przez Lyriusa Bariera, byłoby już po wszystkim. Nie tracąc czasu Bruce rzucił się do przodu, zasłaniając Helgę własnym ciałem i blokując sobą cios zabójcy. Mężczyzna odskoczył, opadł na lewe kolano i prawą pięścią uderzył o podłogę, wyzwalając autoregenerację. Omiótł spojrzeniem nadbiegających przeciwników, wybierając dogodny cel. W tym momencie do pokoju wpadł Lyrius. Jego różdżka błysnęła oślepiającym światłem w kierunku napastnika, czyniąc go niezdolnym do walki. Assasin skłonił głowę, skrzyżował ręce na piersi i zniknął.
- Uff – Sapnął z ulgą Bruce.
- Wyczuwam go. Mam się teleportować? – Zapytał Rist.
- Nie. Nie jest sam. Teleportował się do towarzysza. – Rzekł Lyrius i podszedł do Helgi, stojącej spokojnie, po rzuceniu na siebie uzdrawiającego czaru.
- W porządku? – Zapytał.
- W porządku. – Odparła. – W samą porę. Chodziło mu o nią. – Wskazała na nekromantkę.
- Rzuciłam na nią ochronę i wtedy zaatakował mnie.
Lyrius popatrzył na zabandażowaną, ciągle nieprzytomną dziewczynę.
- Czemu tak się z nią bawisz? Dlaczego jej po prostu nie uzdrowisz? – Spytał.
Helga wzruszyła ramionami. – Bo nie działają na nią czary leczące. Dlatego. Akolita musiał ją czymś potraktować, zanim zginął. Jest na granicy śmierci cały czas. Można powiedzieć, że jej własna magia pompuje w nią życie z taką samą szybkością, z jaką czar Akolity je wypompowuje. Wygląda to na jakąś osobistą umiejętność organizmu, ale blokuje wszystkie czary leczące, tak długo, jak długo trwa.
- Dziwne...
– Lyrius zmarszczył czoło. Gdzieś słyszałem o jakiejś istocie, która miała takie umiejętności...
- Tak...
– Helga nie kryła lekkiej ironii. – Niewątpliwie musiałeś słyszeć... Ta istota to Grenth.
Sylvian zniecierpliwiony stuknął mieczem o ścianę.
- On zaraz może wrócić... Assasin oczywiście. – Warknął. – I to w towarzystwie. Skupmy się na tym, dobrze?
- Rist?
– Rzucił pytająco Lyrius.
- Oddala się na północ. Nie jest sam. – Mruknął skupiony i wsłuchany w siebie Rist.
- I tak mogą wrócić. – Lyrius zmarszczył brwi. – Bruce chodź ze mną, a wy miejcie się na baczności.
Lyrius ponownie rzucił barierę, tym razem tuż koło łóżka nekromantki, po czym wybiegł z Brucem.
Po dłuższej chwili byli z powrotem, niosąc dziwnie wyglądającą broń. Była to różdżka wielkości włóczni, zakończona czerwono świecącym klejnotem. Bruce przekręcił rękojeść i rzucił różdżkę pod łóżko. Przez chwilę było słychać dziwne buczenie i spod łóżka błysnęło niebieskie światło.
- No, teraz nie będę musiał co chwilę rzucać Bariery, ta jest silniejsza i potrwa przynajmniej do jutrzejszego popołudnia. – Odetchnął Lyrius. – Trzeba też zająć się Mickiem. Rist, ty pójdziesz ze mną. Mick miał rodzinę?
- Nie. Jego ojciec zginął rok temu, podczas zamieci śnieżnej, a matki nie miał od dziecka... Dziewczyny też nie miał... – Odparł jeden z żołnierzy.
- No cóż... – Lyrius westchnął ciężko. – Wy zostajecie. Dwóch wewnątrz, dwóch na zewnątrz. Po dwóch godzinach zmiana. Wewnątrz jeden śpi, drugi czuwa. A my idziemy.




Narodzona w grobie





Stałam na rampie, gdzieś wysoko. Pode mną była śluza, utrzymująca ogromne ciśnienie spiętrzonej wody. Wiatr wył wokół, zagłuszając głosy widocznych w dole krasnoludów, majstrujących przy jakimś urządzeniu. Po chwili zorientowałam się, co chcą zrobić. Otwierały śluzę. Wiedziałam, że sprawą najwyższej wagi było to, abym gdzieś poszła i o tym powiedziała, ale nie mogłam się ruszyć. Krasnoludy uporały się z urządzeniem i ogromne ilości wody runęły w dół. O bogowie co za hałas... Szum wody wypełniał wszystko. Wydzierał resztki myśli z głowy, powodował, że głuchłam. Wszędzie tylko ten szum. A i jeszcze ktoś właśnie teraz mnie zawołał... Teraz właśnie, gdy usiłowałam sobie przypomnieć, dokąd właściwie miałam iść...
- Milla!... Milla!... – To Fiona. Widzę ją, całą zakrwawioną, jak macha do mnie ręką.
- Milla!... I ten szum... Chcę odpowiedzieć i wołam, ale nie słyszę własnych słów – wszystko zagłusza ten przeklęty szum.
- Milla! – Wszystko spowija blada mgła, a poprzez jej tumany widzę czyjąś twarz. Nie, to nie Fiona.
- Milla!... Mgła zniknęła, rampy też nie ma, ale jest ta twarz o ascetycznym wyglądzie: poważna i zatroskana... i szum. Szum jest w mojej głowie. Słyszę swój własny głos, ale to tylko jęk... Tylko na to mnie stać.
Jestem w jakimś pomieszczeniu, pochyla się nade mną dziewczyna ogolona na łyso... chyba mniszka... To ona mnie woła, na szczęście szum powoli ucicha.
- Milla! Ocknij się. Jesteś Milla, prawda?
- Ja?...
– Ledwo się słyszę. - Jestem Alli Bre... Nie... Nie żyję... Przecież... – Widzę, zupełnie jakbym stała obok, Allimę Od Brega, krwawiącą z uszu, gałek ocznych, widzę krew płynącą jej z ust. Widzę jak pada i słyszę krzyk Viggo: Alli nie!! Wzdrygnęłam się na to wspomnienie.
- Nie wiem... Ja... Jestem Pochodnią i spalę... Tak... Jestem Milla... Jestem nią. Tak... Jestem Milla Brega. – Mam zamęt w głowie. Nic nie chce się poukładać. Żyję czy nie? Rozglądam się wokół. Pokój jakiś... Zbudowany częściowo z drewna, częściowo z kamienia. Przede mną dziewczyna z błękitnym tatuażem na głowie. Niewątpliwie mniszka. Przypominam sobie ludzi z pochodniami...
- Gdzie jestem? – Pytam.
- W Siedmiu Łzach...
Mapa... To ta osada i to przeczucie... a może wspomnienie... Jakaś rozmowa, gdy byłam martwa. Rozmowa z jakąś potężną istotą. Ktoś wymazał mi to z pamięci... Ale to była dziewczyna, łudząco do mnie podobna. A może to ja jestem podobna do niej? Dwayna! I Grenth. Doszli do porozumienia w jakiejś sprawie. I te słowa skierowane do mnie: Wylejesz siedem łez w siedmiu łzach... To będzie moja cena... I ta rozmowa z krasnoludką. To ona powiedziała, że to mają być łzy... przepowiednia i obrazy... I nagle przypominam sobie wszystko. To za Sitę i Sergio... Za Borisa... Za Svena... I za Fionę i Viggo.
Za Fionę... Poznałam ją jeszcze w Ascalonie, była wówczas prawie dzieckiem. Obiecałam, że się nią zaopiekuję. Tyle razem przeszłyśmy, cały czas traktowałam ją, jak młodszą siostrę. A teraz nie żyje.
Boris... Wiem, że mnie kochał... Ale na nic nie było nigdy czasu... Braliśmy misję za misją... Życie skurczyło się do błysku miecza i rzucenia czaru. Wszyscy nie żyją.
Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem zupełnie sama.
Dwayna... i Viggo na kolanach, wyciągający do nieba zaciśnięte pięści: „...Usłysz mnie, ty przeklęta suko...” Co on wiedział? Czy znał prawdziwe oblicze Dwayny? Czy to Thibaut nas blokował? Dlaczego Viggo nie mógł leczyć? Tyle pytań bez odpowiedzi. Czy to Dwayna stoi za tym wszystkim? Ale dlaczego?
Mniszka wyjęła coś z kieszeni, i wyciągnęła dłoń w moim kierunku.
- Proszę. To twoje. – Podaje mi mój pierścień rodowy. – Jestem Helga. Przyniesiono cię wczoraj późnym wieczorem. Byłaś na granicy śmierci.
Siadam na łóżku, czuję, że siły mi wracają z każdą chwilą.
- Dzięki. – Biorę pierścień i zakładam go na palec. Jestem w bieliźnie. Lewą nogę, bark i lewe ramię mam obandażowane. Nie czuję bólu. Wstaję ostrożnie. Nie jest źle... Czuję się coraz lepiej.
- Mogę się gdzieś wykąpać? – Pytam.
- Zaraz zagrzeję wodę. A tymczasem opowiedz mi o sobie. Nastawiłam tobie kości. Nie działają na ciebie czary leczące, więc rzuciłam czary wspomagające na opatrunki. Widzę, że to podziałało. Ale proponuję, żebyś się ograniczyła na razie do mycia, a kąpiel odłożyła na później. Bądź, co bądź nie minęło wiele czasu. Świt będzie za jakieś pół godziny.
Kiwnęłam głową. Koło łóżka leżą moje rzeczy. Spodnie i kurtka są zakrwawione. Różdżka od Sity, plecak po krasnoludach i sztylety. Są tylko dwa. No tak, jeden został przy Thibaucie, a drugi musiałam upuścić. Nie ma też mej dwuręcznej laski. Poza tym wszystko jest.
- Od czego masz zakrzepy na plecach i nogach? – Pytanie padło nagle.
Zakrzepy? Jakie znowu zakrzepy? Wyginam się do tyłu i oglądam tył uda i łydkę. Bogowie... Fatalnie to wygląda. Druga łydka tak samo... Uda nie widzę, bo kryje je bandaż, ale pewno też tak wygląda. Co mam odpowiedzieć? Przecież na pewno rozpoznała, co to jest, bo by nie pytała w ten sposób... Kiedy to było? Droga do fortecy... Cały dzień marszu i jeszcze jeden dzień, aż do doliny z czerwiem. Doliny z obrazu...
- Niecałe trzy doby temu zginęłam w potyczce. – Odpowiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. – To było przed południem. W nocy Grenth mnie wskrzesił... Jestem... niezupełnie taka, jak przed śmiercią. Ostatnia walka nie potoczyła się, tak jakbym chciała. Bardzo ci dziękuję za opiekę.
Helga milczała chwilę, stojąc z opuszczoną głową.
- Ten pierścień... jest twój?
- Tak. To mój pierścień rodowy.
- Hmm... A jaki to ród? Brega?
- Moje nazwisko rodowe brzmi inaczej.
– Odpowiedziałam. Mniszka nadal stoi, patrząc w podłogę. Chwilę milczę. – To ma jakieś znaczenie dla ciebie?
- Właściwie nie. No to umyj się teraz, bo zaraz przyjdzie Lyrius. Dzięki niemu tu jesteś. On cię znalazł ze swymi ludźmi. Gdy leżałaś tutaj, miał miejsce pewien incydent, ale o tym ci już Lyrius opowie. Acha... Przed domem jest dwóch wartowników.
- Jestem więźniem?
– Zapytałam.
- Nie. To z powodu tego, co się wydarzyło, gdy byłaś nieprzytomna.
- A co się wtedy stało?
- Wolałabym, aby ci to Lyrius opowiedział.

Skinęłam głową i podeszłam do parującej misy.
Po chwili... Noo może po dłuższej chwili, bo zdecydowałam się umyć także włosy, ubrałam się w moje rzeczy. Im także przydałaby się jakaś kąpiel, ale postanowiłam odłożyć to na później. Na półce znalazłam małe lusterko i...
- Mogę pożyczyć twój grzebień? – Zapytałam.
- Weź. I tak go nie używam od jakiegoś czasu.
Na zewnątrz zrobiło się jasno. Helga opuściła kandelabr i zdmuchnęła świece. Usiadłam tak aby światło płynące poprzez okno oświetlało mi twarz.
Widziałam kątem oka, że Helga przygląda mi się, gdy czesałam i układałam swe włosy.
- Tak. – Stwierdziła z uśmiechem. – Ponad wszelką wątpliwość jesteś żywa.
Mrugnęłam do niej, spod mojej świeżo wyczesanej grzywki.
- I co? – Zapytałam.
- Włosy i brwi w porządku, z rzęsami można by jeszcze coś zrobić, ale nie mam nic, do stosownego makijażu. Tylko te twoje oczy... Nie obraź się, ale mało kto może w nie spojrzeć.
Uśmiechnęłam się i machnęłam lekceważąco ręką. Helga jest w porządku. Polubiłam ją.
I wtedy to poczułam. Najpierw niepokój, a potem wyczułam ruch na zewnątrz. Usłyszałam zgiełk i okrzyki.
- Akela! Akela przybyła!
Ale nie to było przyczyną mego niepokoju. Szybko rzuciłam czar, potem drugi, i od razu spostrzegłam, że zmieniłam się. Można by powiedzieć, że ewoluowałam... Nie musiałam zapamiętywać czarów, to raz. I mogłam używać różnych umiejętności, bez żmudnych mentalnych przygotowań. To dwa. Stwarzało to przeogromne możliwości.
Spojrzałam na Helgę, która ze zdumieniem i lekkim przestrachem patrzyła na mnie i położyłam palec na ustach. Obie usłyszałyśmy głos jednego ze strażników.
- A ten to kto? Szybko! – I odgłos oddalających się kroków obu, stojących dotychczas na warcie mężczyzn.
Podniosłam z podłogi mój przerobiony krasnoludzki kołczan i umieściłam swoją różdżkę wewnątrz. Ze stołu wzięłam jakąś szmatkę i uszczelniłam tę niby kaburę. Coś trzeba będzie z tym zrobić w przyszłości. Nie mogę przecież tego ciągle czymś uszczelniać.
W cholewy butów włożyłam sztylety.
Szmer na zewnątrz. Ktoś się skradał. Stuk i dziwny odgłos kroków, jakby skradający zatoczył się. Obie zobaczyłyśmy przez okno sylwetkę mężczyzny, który dziwnie jakoś, bo tyłem naparł na szybę. Brzęk tłuczonego szkła. Stuk i w przepierzeniu pośrodku okna pojawił się zakrwawiony grot. Strzała przebiła czaszkę mężczyzny na wylot, przyszpiliwszy go do okna. Wyczuwałam, że to jest pierwszy wyeliminowany wróg. Ktoś tam trzymał rękę na pulsie...
Ale drugi przeciwnik, jak czułam, był już przy drzwiach. Podeszłam. Zobaczyłam, że klamka poruszyła się. Poczekałam, aż drzwi uchyliły się troszkę, po czym kopnęłam z całej siły tuż obok klamki. Z dużą satysfakcją usłyszałam jęk bólu, po czym ponownie kopnęłam drzwi i wypadłam na zewnątrz.









Lyrius usłyszał krzyki i wybiegł ze swej kwatery. Właśnie miał zamiar wychodzić, więc niepokój na zewnątrz tylko przyspieszył jego decyzję. Jednym spojrzeniem ogarnął plac przed bramą. Akela rzucająca czar ochronny i Zha’ai wypuszczający strzałę.
Assasin stojący przed domem Helgi zatacza się i wpada wprost na okno, tłukąc szybę. Lyrius widzi drugiego, podchodzącego już do drzwi. Zha’ai strzela ponownie, trafiając znów assasina, tym razem w sam środek czoła. Strzała przebiwszy czaszkę, przybija zabójcę do okna. Drugi zabójca tymczasem, otwiera już drzwi.
- Nie zdążę... – Myśli Lyrius
Drzwi odskakują gwałtownie, trafiając mężczyznę w twarz i pozostają lekko uchylone. Z rozbitych ust i nosa trysnęła krew. Assasin cofa się, odruchowo podnosząc dłoń do góry i ocierając płynącą krew. Drzwi otwierają się na pełną szerokość, i z wnętrza domu Helgi, płaskim, tygrysim skokiem wyskakuje jakaś ciemna postać. Milla. Opadła na ręce, przekoziołkowała i stanęła przed krwawiącym assasinem, który klęczał, trzymając się jeszcze za twarz. Lyrius nieraz już widział “dotykowe” czary nekromantów. Zawsze podobała mu się gracja tego dotyku. Obciągnięte palce płasko wyprostowanej dłoni i ten perfekcyjny gest... Ale to, co zobaczył spowodowało, że wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Nekromantka krzyknęła z wściekłością i z całej siły kopnęła zabójcę w twarz, który natychmiast padł bez życia na śnieg. No tak, dotyk pozostaje dotykiem, jaki by nie był...
- “Milla ma charakterek.” – Uśmiechnął się Lyrius w myślach.
Wyprostowała się. Rozłożyła ręce i uniosła odrobinę nad powierzchnię śniegu, po czym znów stanęła na nogach. Z jej uszu i ust popłynęła krew.
- “Magia Krwi...” - Pomyślał Lyrius
- Miecz! – Milla krzyknęła do najbliższego wojownika.
Sylvian, bo on to był, wyrwał z ręki miecz najbliższemu strażnikowi - swojego za nic w świecie by nie dał – i rzucił go nekromantce. Dziewczyna złapała broń w prawą dłoń, po czym trzymając rękę wyprostowaną za plecami, POZWOLIŁA się trafić sztyletem kolejnemu zabójcy, który pojawił się nagle tuż koło niej. Pierwszy cios zadał jej głęboką ranę. Drugiego już nie było. Milla uderzyła go na odlew swą urękawicznioną dłonią w twarz, powodując przekazanie swych ran na niego. Musiała mieć potężną moc, bo efekt był porażający. Człowiek ma w sobie około pięciu litrów krwi i one wszystkie gwałtownie trysnęły z zabójcy, upodobniając go do krwawej fontanny. Był trupem, zanim upadł. Poprzez otwarte drzwi domu wybiegła Helga i rzuciła ochronę na Millę, a potem na siebie.Ułamek sekundy potem, Milla wykonała gest mieczem, dosłownie tuż przed atakiem kolejnego assasina, który nadział się na jej oręż i tak pozostał, wolno chyląc się do przyklęku, a potem ciężko zwalił się na bok, ściskając oburącz wbity w pierś miecz. Jego ciało drgnęło jeszcze dwa razy, po czym znieruchomiało.
Nekromantka znowu rozłożyła ręce, rzucając kolejny czar. Najbliższe ciało – to z wbitym mieczem – rozbłysło na zielono. Wkoło niego, na dość dużej powierzchni, utworzył się magiczny wir. Dziewczyna swobodnie podeszła do leżącego ciała i stanęła, oparłszy ręce na biodrach. Koło niej przeleciała niecelnie wystrzelona strzała.
Zha’ai musiał również zobaczyć strzałę, bo Lyrius spostrzegł, że łowca biegiem zmienia pozycję, przyklęka i strzela. Z cienia rzucanego przez budynek, stojący tuż obok domu Helgi, chwiejnym krokiem wyszedł mężczyzna z łukiem w opuszczonej ręce. Upuścił łuk i opadł na kolana, a jego głowa powoli skłaniała się na pierś, z której sterczała strzała. Mężczyzna trwał tak przez chwilę, po czym jego ciało zaczęło się odchylać do tyłu i na prawo, aż w końcu opadł na plecy i tak pozostał, leżąc na wznak z podkurczonymi nogami.
Lyrius rozejrzał się wkoło, ale trudno mu było wyłapać wzrokiem przeciwników, bo na placu było zbyt wielu gapiów. Wszystko rozgrywało sie zbyt szybko, a strażnicy na murach dopiero zbiegali się szukając celów i zajmując dogodne pozycje. I wtedy z dwóch stron jednocześnie wybiegło dwóch nieznanych mu ludzi, którzy z uniesionymi mieczami ruszyli w stronę nekromantki.
Gdy tylko wbiegli w magiczny wir, ich ciała zadrgały wstrząsane przez konwulsje. Lyrius widział, jak mężczyźni wypuścili z rąk miecze i palcami, powykrzywianymi jak szpony usiłowali rozerwać swe pancerze. Ich ciała gniły i odpadały całymi płatami, podczas, gdy ich właściciele żyli jeszcze.
Widok był potworny i Lyrius odwrócił wzrok.
- Rozejść się! Opuścić plac! – Krzyknął do gapiów, wśród których były także kobiety z dziećmi.
- Okulaw go! – Krzyk Milli zwrócił jego uwagę. Dziewczyna wskazywała Zha’aiowi jakiś cel.
Łowca naciągnął cięciwę i wystrzelił. Trafiony wojownik, który zamierzał się wymknąć poza mur, przysiadł na śniegu, usiłując wyrwać ze stopy strzałę. W mgnieniu oka został otoczony przez strażników. Lyrius podbiegł i stanął obok Milli, która nie zwracając na nikogo najmniejszej uwagi, przyklękła przy wojowniku i zerwała mu z głowy hełm.
Chwyciła jego wargi w palce, wykręciła i ścisnęła.
- Dlaczego chcieliście mnie zabić? – Syknęła, patrząc mu prosto w oczy. – Odpowiedz.
Mężczyzna wzdrygnął się i skinął głową, że odpowie. Dziewczyna puściła go.
- Dostaliśmy zlecenie. – Wysapał wojownik patrząc na Millę, ale starannie unikając jej wzroku.
- Od kogo?
- Od...
– Mężczyzna złapał się nagle za głowę, wytrzeszczył oczy i martwy osunął na śnieg.
Lyrius obejrzał się i ze zdumieniem wpatrywał w stojącą kilka kroków dalej Akelę, trwającą jeszcze w pozycji po rzuceniu czaru.
Milla wstała i przez chwilę jeszcze patrzyła na leżącego mężczyznę, po czym obróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła do Akeli, wyciągając z kabury różdżkę.
Bruce położył dłoń na ramieniu Lyriusa.
- Co robimy? – Zapytał.
Milla idąc rzuciła czar. Podeszła do Akeli i stanęła, mierząc z różdżki w jej twarz.
Lyrius doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakimi przeciwnikami potrafią być nekromanci. Lecz ta profesja miała kilka słabości. Jedną z nich był stosunkowo długi czas rzucania czarów. Jednak obserwując Millę w akcji, stwierdził, że jej to nie dotyczy. Dziewczyna rzucała czary z niezwykłą prędkością, praktycznie uniemożliwiającą jakiekolwiek przeciwdziałanie. Podejrzewał, że gdyby chciała, zrównałaby Siedem Łez z ziemią i nikt by jej nie mógł przeszkodzić. Za wyjątkiem Akeli. Ale... Akela zachowała się niezrozumiale i trzeba to wyjaśnić.
- Otoczyć nekromantkę! – Rozkazał.
Oddział straży otoczył Millę, kierując na nią swą broń.
Nekromantka patrzyła w oczy Akeli, która spokojnie wytrzymywała jej spojrzenie.
- Pytałaś mnie kiedyś kim jestem, więc odpowiem. – Milla mówiła cicho, ale i tak wszyscy dokoła słyszeli, gdyż cisza była niemal namacalna. – Jestem ta, która umarła i powróciła, wskrzeszona przez Grentha. Ja jestem Milla Brega, narodzona w grobie Allimy Airburn i nie pozwolę, aby ktoś mnie powstrzymał, nawet ty. Wyczuwam, że nie jesteś moim wrogiem, więc wytłumacz się. Pozbawiłaś mnie źródła informacji, do której miałam pełne prawo. Chcę, abyś odpowiedziała dlaczego.
Żołnierze otaczający Millę patrzyli na Lyriusa niepewnie, z obawą oczekując tego co się stanie, jeśli da sygnał do ataku. Ogromne wrażenie wywołało nazwisko Airburn, a także bezwiednie wypowiedziane słowa przepowiedni: „...narodzona w grobie...”.
Lyrius bez pośpiechu wyminął swych żołnierzy i stanął, zasłaniając sobą Akelę.
- Jestem Lyrius. To ja cię znalazłem ze swymi ludźmi i być może zawdzięczasz mnie i im życie.
Milla spojrzała na Lyriusa.
- To prawda. Nie miałam jeszcze okazji, aby tobie i im podziękować.
- Tak. A więc zacznijmy od tego, że opuścisz swą broń.

Dziewczyna zawahała się na moment, ale już po chwili opuściła różdżkę.
- Zgoda. – Odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
Lyrius również uśmiechnął się. Dał znak swoim ludziom, aby schowali broń i rozeszli się, po czym odwrócił się do Akeli.
- A ty Pani... Proszę odpowiedz na jej pytanie. Myślę, że nie tylko ona ma prawo to wiedzieć.









Włożyłam różdżkę za pasek i stanęłam obok Lyriusa. Za sobą usłyszałam kroki i ku mojemu zdumieniu, spostrzegłam, że obok mnie stanęła Helga. Wyglądało to teraz tak, jakbym to ja była przywódczynią i oczekiwała na wykonanie polecenia, z Lyriusem po mojej prawej ręce, a Helgą po lewej...
Akela patrzyła na mnie, po czym jej wzrok powędrował do Lyriusa, następnie Helgi, po czym znów skupiła swą uwagę na mnie.
- Allima... Allima Airburn. A teraz Milla Brega. – Przymknęła powieki, a spod nich powolutku popłynęły dwie łzy. – Wiedziałam, przeczuwałam to już wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłam obraz. – Akela otworzyła oczy i patrzyła na mnie.
- Przeczuwałam, że obraz przedstawia nie to co było, lecz to, co dopiero nastąpi. Ale ty nie wiesz... Nawet nie wyobrażasz sobie, co cię czeka. Dwayna... Jest wymagająca. I nie zadowoli się czymś połowicznym... Twój wygląd, twoja twarz jest znakiem... Dla mnie... Ale nie tylko. Jest jeszcze ktoś, kto wie. Wie, że już tu jesteś i dlatego chce cię zabić. Ale nie wie, kim jesteś. Gdy cię zobaczy... Zrozumie... Ale wtedy będzie za późno. Dla niego... Dla mnie... Dla niego właściwie już od dawna jest za późno. – Akela opuściła głowę.
- Innymi słowy, ja wiem, kto wydał zlecenie. Ale ty nie możesz tego wiedzieć. Nie teraz. – Powiedziała podnosząc głowę. - Proszę... Uwierzcie mi. – Skierowała wzrok na Lyriusa. – Tak naprawdę będzie lepiej... Proszę cię na wszystko... Nie każcie mi wyjawiać jego tożsamości... Nie teraz, bo... Ona nie jest gotowa i przegra. – Wskazała na mnie. - On zrozumie i wtedy jego wygrana będzie zarazem jego największą przegraną. Wtedy koło się zamknie, ale ja... Ja zostanę. I to będzie moją klęską. – Szloch wyrwał jej się z gardła. Wskazała na mnie ponownie.
- Ona... Ona MUSI wygrać. Wtedy... to będzie miało sens. A wygra, jeśli przejdzie teleport, po rozmowie z Dwayną i po złożeniu daru.
- Cały czas słyszę o jakimś darze, który mam złożyć.
– Mruknęłam. - Co to jest? I dlaczego?
- Żyjesz... A nie powinnaś... A za co jeszcze? Nie wiem... Myślę, że ty wiesz...
– W głosie Akeli była jakaś zaduma. - A co to ma być? Mówi się, że łzy... A za co? Czy raczej po czym? Może masz okazać... żal... Albo skruchę.
- Tylko tyle?
– Zapytałam.
- Tylko? Nie wiesz o czym mówisz... Zresztą... Sama zobaczysz.
- Tak... Pewnie tak, ale... Kim ja tak naprawdę jestem? Znakiem, że co? Nie przyszło ci do głowy, że ta przepowiednia nic nie jest warta? Że w konfrontacji z Dwayną ja przegram i nie będzie żadnego daru i żadnego teleportu? Mogę zginąć w każdej chwili. Może już jest następne zlecenie i tym razem zabójcy będą skuteczniejsi...
- Wyglądasz jak Dwayna i nie może to być przypadkiem...
- Nie? Nie wiem skąd masz tę pewność.

Patrzyła na mnie jakoś tak... czule...
- Bo ja wiem dlaczego... jesteś do niej podobna. A powód jest... Bo byłaś Allimą Airburn. Czy uklękłaś przed ołtarzem, jak radziłam?
Skinęłam głową.
- I co? Dwayna przybyła? Wiem, że przybyła. Widzę to po tobie. Jak wyglądała?
- Była podobna do mnie.
– Przyznałam niechętnie.
- I co? Nic nie powiedziała?
- Powiedziała, abym na nic nie liczyła... I abym... się do niej zwróciła. Po wszystkim
.
Akela chwilę, dłuższą chwilę patrzyła na mnie, wreszcie powiedziała:
- Milla... Już jest po wszystkim...
Tak... Już jest po wszystkim. A teraz mam iść po coś więcej. Zimno mi. Jest piękna pogoda, a mi jest tak zimno. Spojrzałam na słońce. Coś jest pięknego w tym świecie, pomimo, że taki okrutny... Widzę żołnierzy, zbierających szybko z placu ciała zabitych... Ja też jestem okrutna... To dziwne, bo nigdy tak nie myślałam. Ale teraz... To przez tę złość... i ze strachu.
Żal po wszystkim... Po zielonych drzewach w Ascalonie i po błyszczących wieżach Orr... Po Borisie i po Fionie. Kiwam głową Akeli na znak zgody.
Idziemy razem: Akela z przodu, a ja z Helgą i Lyriusem z tyłu. Zmierzamy do wielkiego kamiennego budynku. Przed nim dzieci bawią się w berka. Stoją w grupie, a mała dziewczynka odlicza: “ ...co mnie wstrzymuje, siedem łez dziś potrzebuję, raz, dwa, trzy, za wojowników są te łzy, cztery, pięć, sześć Za pozostałą drużyny część, Jeszcze jedna mi zos...” Dziewczynka umilkła i cała grupka zaczęła obserwować nas z uwagą. Mały jasnowłosy chłopczyk szarpnął drugiego, nieco starszego za rękaw i pokazał mnie palcem. Coś szepnął mu do ucha, patrząc na mnie. Starszy twierdząco pokiwał głową. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie widziały walki na placu. Raczej nie, bo by bawiły się w potyczkę, zamiast w berka...
Zbliżamy się do budynku, do jego podwójnych drzwi. Helga podchodzi i wyjmuje klucz, który ma zawieszony na szyi. Ja tymczasem czytam tablicę umieszczoną obok wejścia. Wygląda na starą, ale napis jest wyraźny:

Pierwsza za to, co było.
Druga za to, co jest.
Trzecia za to, co będzie.
Czwarta za tym, czego nigdy nie było.
Piąta za tym, czego nie ma.
Szósta za tym, czego nie będzie.
Siódma za tymi, którzy chcieli,
Aby tak nigdy nie było.


To łzy... Siedem łez. To stąd ta nazwa. Uderzyła mnie beznadziejność zawarta w tym krótkim tekście.
Szczęk klucza i wchodzimy do środka. Świątynia. Wnętrze jest mroczne, światło sączy się przez wysokie, lecz wąskie okna, umieszczone na dwóch dłuższych ścianach. Całość zbudowana jest na planie prostokąta. Żadnych ław, czy krzeseł. W głębi dość duży posąg. Nigdy takiego nie widziałam. Przedstawia klęczącą na lewym kolanie dziewczynę. Właściwie nie klęczy, a siedzi w przyklęku, opierając czoło o prawą dłoń, łokieć oparty na kolanie. Dwayna. Podchodzę blisko, wzbudzając echo każdym krokiem i przyglądam się szczegółom. I znowu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten wykonany z czarnego minerału posąg przedstawia mnie. Ale wiem, że tak nie jest. Dwayna przedstawiona jest w tym samym stroju, w jakim ją ostatnio widziałam, ubrana w kurtkę i spodnie. Długie włosy opadają na kolano, zasłaniając większość twarzy. Podchodzę jeszcze bliżej i spoglądam na jej częściowo zasłoniętą twarz. Bogini ma opuszczone powieki, a spod jednej z nich płynie łza. Odsuwam się trochę i przyglądam się całej postaci.
Patrzę na ułożenie ramion, głowy, spoglądam na jej lewą dłoń, zaciśniętą w pięść.
Smutek i żal. Determinacja, a może złość, że nie można czegoś zrobić. Że jest za późno. A może jednak determinacja.
Ta zaciśnięta lewa pięść...
Dwayna jest tak bardzo ludzka w tej pozie... Dlaczego artysta właśnie tak ją przedstawił? Artysta? Któż mógł przedstawić wielką i potężną boginię w taki sposób?
Całość dzieła przedstawia żal i bezradność. Jak to pogodzić z istotą wszechmocnej bogini?
I to mistrzostwo wykonania...
Odwracam się w stronę Akeli. I napotykam wzrok całej trójki skupiony na mnie. Stoją i chłoną mnie wzrokiem, tak jak ja przed chwilą posąg.
- Co się stało? – Pytam. – Dlaczego tak na mnie patrzycie?
Lyrius chrząknął z zakłopotaniem i spojrzał na Helgę i Akelę.
- Wiesz... – Zaczął. – Przez chwilę chciałem cię prosić, abyś przyjęła taką pozycję jak ona. – Wskazał głową posąg. – Przepraszam. Przyznaję rację Akeli: jesteś do niej tak podobna, że to nie może być przypadek. I nie wiem już, które rzeźby, czy obrazy przedstawiają ciebie, a które Boginię. Jesteście takie same.
Helga skinęła głową. – Cała ta sytuacja jest niezwykła. Mam wrażenie, patrząc na ciebie, że posąg ożył.
- Wiesz, co musisz zrobić...
– Akela patrzy na mnie.
- Wiem... Ale boję się. – Wskazuję ręką na posąg Bogini. – Kto ją tak uwiecznił?
- Nie wiem...
– Akela.
- Grenth. – Helga.
Powiedziały to jednocześnie i popatrzyły na siebie.
Podeszłam do Akeli.
- Dlaczego nie mówisz mi wszystkiego? To ma aż takie znaczenie?
- Wszystko ma znaczenie. Wszystkiego się dowiesz. Nie pytaj teraz... Proszę... Zrozum. Chcę ci pomóc. To nie jest tak, że cię zmuszam do czegoś. Ty musisz mieć jakąś swoją własną motywację, bo inaczej nie byłoby cię tutaj.
Przed oczyma staje mi płaczący duch Fiony i jej krzyk: „...Alli zabierz nas stąd. MILLA! To tak boli...”
Patrzę na Akelę. – Tak... Mam motywację.
Odwracam się w stronę posągu, robię kilka kroków i klękam.
Powietrze rozświetliło się. Tysiące małych iskierek pędziło ze wszystkich stron, tworząc sferę tuż przed posągiem, aż w końcu uformowały świetlistą postać, która stopniowo zaczęła przybierać formę i materię. Po chwili przed posągiem stała Dwayna.
- Wstań i podejdź bliżej. – Powiedziała.
Wstałam i podeszłam bliżej.
- Jeszcze.
Podeszłam jeszcze bliżej.
- Witaj Allimo Airburn, czy jak wolisz, Millo Brega.
- Witaj Pani...
- Powiedziałam tobie, abyś się do mnie zwróciła, gdy będzie już po wszystkim. Ten moment już nadszedł, jak widzę. Twoi przyjaciele nie żyją, gdyż nie żyli już, gdy za moją namową, mój brat Grenth zgodził się ciebie wskrzesić. Tak... Czas w Siedzibie Bohaterów płynie inaczej i wskrzeszając ciebie, umieścił cię we wskazanym przeze mnie momencie. Widzę, że jesteś zaskoczona, ale to ja go do tego namówiłam. Mimo, że to jego wzywałaś w godzinie śmierci, uznał, że jednak należysz do mnie. – Rozejrzała się dokoła, po czym mówiła dalej. – Jesteśmy w Siedmiu Łzach, gdzie wszystko się zaczęło... Tu byłam kiedyś szczęśliwa i tu spotkało mnie największe nieszczęście. – Zamyśliła się.
- Powiedz mi córko Airburna, o co chcesz mnie prosić.
Wzięłam głęboki wdech. – Chcę prosić ciebie o zwolnienie mych przyjaciół ze służby w Siedzibie Bohaterów. Walczyli przez całe swoje życie. Ja proszę o spoczynek dla nich.
Patrzyła na mnie zamyślona, a ja miałam wrażenie, że spoglądam na swe odbicie w lustrze. Wreszcie...
- Dużo czasu było potrzeba, aby mógł się urodzić, ktoś taki, jak ty. Dobierałam partnerki i partnerów dla potomków Airburna i wreszcie po latach mi się udało. Wyzwoliłaś swym wyglądem ogromne siły tu, w Siedmiu Łzach. Ja postarałam się o to, aby wszyscy ciebie wyczekiwali.
Serce zabiło mi gwałtownie: przepowiednia i mój wygląd. To wszystko dzieło Dwayny. To żaden przypadek, to wszystko jest efektem jej planów.
- Wiem, co o mnie powiedział tobie twój ojciec. – Patrzyła na mnie teraz jakoś tak... z żalem. - Ja jestem boginią miłosierdzia, ale swą moc otrzymuję z cierpienia. Z każdej formy cierpienia. Musisz to zrozumieć i zaakceptować. Nic nie bierze się z niczego. Potrzebuję cierpienia, aby leczyć lub koić ból. Im więcej cierpienia, tym bardziej potężna się staję, i tym skuteczniej mogę działać. – Wpatrywała się we mnie oczami, w których był ból. Ze zdumieniem odkryłam, że nie czuję do niej żadnej niechęci. Zrozumiałam dramat jej istnienia. Mogła tylko leczyć, czy łagodzić ból, ale cierpienie MUSIAŁO wystąpić, aby w ogóle mogła działać. Im więcej, tym lepiej. Cierpienie było jej przeciwnikiem, było tym, co miała zwalczać, ale nie mogła istnieć bez niego.
- A więc moja droga Millo, zrobisz dla mnie to, co ci powiem we właściwej chwili, gdyż po to się narodziłaś, po to zginęłaś i po to cię wskrzeszono.
Natomiast ja zwolnię twych przyjaciół ze służby, ale ty dodatkowo dasz mi w zamian dar. Dasz mi swe cierpienie. Wyruszyliście w ośmioro, więc dasz mi siedem łez żalu, po jednej za każdego martwego członka drużyny. Potrzebuję twego cierpienia, więc żal będzie musiał być naprawdę wielki i szczery. Przybądź tu, gdy będziesz gotowa.

Rozległ się dźwięk, jakby wciąganego powietrza i Dwayna zniknęła.




Siódma Łza





Drżałam, jak liść na wietrze. Złączyłam dłonie, aby powstrzymać to drżenie, ale to nic nie pomagało. Drżały mi ramiona, nogi zrobiły się jakieś ciężkie i trzęsły się, tak jak i cała reszta mnie. Zaczynało brakować mi powietrza, a wnętrze świątyni najpierw straciło barwy, a potem zaczęło się kołysać. Całe moje ciało oblepił zimny i lepki pot. Poczułam, jak ktoś chwyta mnie pod ramiona, najpierw z jednej strony, a po chwili z drugiej... Lyrius i Helga. Miałam mroczki przed oczami... Coraz gęściejsze, aż w końcu przestałam widzieć. Słyszałam, jak przez ścianę: niewyraźnie i głucho. Czułam, że mnie prowadzą i usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi. Wreszcie świeże powietrze i światło. Wysuwam się z rąk Lyriusowi i Heldze i siadam zaraz za drzwiami, wprost na śniegu. Obejmuję kolana rękoma i skłaniam głowę. Mam mdłości... Ale zimowe powietrze robi swoje i po chwili mogę już swobodniej oddychać. Zaczynam widzieć: wpierw wszystko jest szare, potem kontury zaczynają świecić złotą poświatą, aż wreszcie... eksplozja barw.
Widzę normalnie, a słuch powoli wraca. Wstaję. Helga niestety nie zna czaru, który by mi pomógł... Nadal drżę i czuję się jakoś... ciężko. Jakbym ważyła dwa razy więcej, niż normalnie. To chyba jakiś szok emocjonalny. Nic nie jadłam, później walka, a potem stres spotkania z Dwayną. Lyrius z Helgą łapią mnie ponownie pod ramiona i prowadzą. Helga patrzy na mnie.
- Wyglądasz, jak nekromantka z podręczników. – Mówi z uśmiechem. – Jesteś tak blada, że aż biała.
Uśmiecham się słabo.
- Jak ci poszło? – Pyta Akela. – Nic nie słyszeliśmy. Bogini też nie widzieliśmy... Tylko światło.
- Później powiem. Muszę się położyć...

Akela kiwa głową. – Musisz też coś zjeść. Możesz?
- Jadłam przecież u ciebie. – Mruknęłam. – Jestem Narodzona W Grobie, a nie jakieś zombie. Nie pamiętasz? – Żartuję. Żarty są teraz bardzo wskazane. Żartami usiłuję zagłuszyć w sobie niepokój, że w oczekiwaniu Dwayny jest jakiś haczyk. Że nie tylko o cierpienie tu chodzi. Bo coś mi się nie zgadza...
- Położymy ją u Helgi, czy w kantynie na piętrze? – Pyta Lyrius.
- U mnie. – Odpowiada Helga.
Liczę: Boris i Fiona to dwie łzy. Sita i Sergio, to cztery. Viggo i Sven, to sześć. I zostaje mi Thibaut.
Staję. Muszę mieć przerażenie na twarzy, bo Lyrius patrzy ze zdziwieniem.
- Co się stało? – Pyta.
- Nie dam rady... – Mówię.
- Zaniesiemy cię.
- Nie o to chodzi. Dwayna oczekuje siedmiu łez, za siedmiu poległych członków drużyny. Siedem łez szczerego żalu... Jednego członka drużyny zabiłam sama i nie jestem w stanie okazać żalu po nim... Wręcz przeciwnie: cieszę się, że nie żyje.
- Kto był tym siódmym?
– Pyta Lyrius i wyczuwam niepokój w jego głosie.
- Mesmer Thibaut. – Odpowiadam.
- Akolita był w twojej drużynie? – Zapytał zdumiony.
- Akolita?
- Ten, którego zabiłaś różdżką, koło niego cię znaleźliśmy. Myślałem, że po prostu się tam spotkaliście. Nie wiedziałem, że mesmer był siódmym członkiem drużyny. Jest... Był akolitą maga, mieszkającego w twierdzy na północ od Siedmiu Łez. Zabił ojca Brucea... Bruce z Sylvianem przynieśli cię tu na noszach. Sylviana spotkałaś podczas walki... On ci rzucił miecz. Brucea też musiałaś widzieć... To takie wielkie chłopisko.

Rzeczywiście, przypominam sobie. Wielki wojownik, który pierwszy podbiegł do okulawionego przeciwnika.
- Tak. Pamiętam go. Ale najgorsze jest to, że nie mogę dać siedmiu łez. Nie mogę okazać żalu po mesmerze. Nie jestem w stanie.
Naprzeciwko nas wychodzi łowca, który mi pomagał na placu. Ewentualnie, któremu ja pomagałam.
- Zha’ai poznaj Narodzoną W Grobie Która Przychodzi Ze Śmiercią... i tak dalej... Oto Milla. – Żartobliwie dokonuje prezentacji Lyrius.
Wyciągam rękę.
- Milla Brega. – Przedstawiam się. Lyrius z Helgą puścili już mnie i stoję o własnych siłach.
- Zha’ai Hardbone. – Odpowiada łowca i ujmuje moją dłoń. Trzymając ją w swojej, mówi. – Po drodze znaleźliśmy ciało wojownika, z tarczą na piersi. Na mieczu miał wygrawerowane imię: Boris. Pochowaliśmy go.
Mocno uścisnęłam jego rękę. Czułam łzy napływające mi do oczu.
- Dzię... – I to było wszystko, co mogłam powiedzieć. Wróciły wspomnienia i znów byłam przy umierającym Borisie. Został sam. Dlaczego? Dlaczego reszta nie czekała na niego? Zostawili go? Uniosłam dłonie do twarzy, ale nie mogłam ukryć łez. Czułam, że w gardle znowu narasta mi ten ucisk i za chwilę będę płakać jak dziecko. Odruchowo klękam, chowając twarz w dłoniach. Usiłuję się opanować. No tak, Dwayna mówiła, że oni zginęli i ratunek nie był możliwy. Ale mam ich uwolnić z Hall Of Heroes. Tylko jak? Odczuwam rozpacz i gorycz, ale także determinację. Musi być jakiś sposób... Palce zaciśniętej w pięść lewej ręki bolą mnie i to powoduje, że zauważam... w jakiej pozycji klęczę... Odejmuję prawą dłoń od czoła i wstaję z przyklęku na lewym kolanie. Ocieram łzy.
- To wszystko jest nie tak! – Krzyczę i pół idąc pół biegnąc, zmierzam do domu Helgi.
To jakiś zamknięty krąg, ja zaraz zwariuję. Muszę to jakoś przemyśleć na spokojnie. Tylko jak tu zachować spokój, jeśli nawet w momencie wielkiego wzburzenia, odkrywam podobieństwo w gestach i odruchach do postaci, przedstawianych na obrazach i w rzeźbach. Ta w świątyni to też ja? Czy nie ja? Co tu się dzieje? Nie wyrażę żalu po mesmerze, choćby i dziesięć przepowiedni tak mówiło. I to nie dlatego, że nie chcę. Ja NIE POTRAFIĘ tego zrobić. Wchodzę do domu Helgi i z trzaskiem rzucam rękawicami o stół. Jestem wściekła na siebie, że nie potrafię się opanować. Siadam na krześle i usiłuję myśleć. Nic. Nic nie wymyślę. Wchodzi Helga i Akela.
- Musisz coś zjeść. – Mówi Helga. – Zjedz i uspokój się.
Kiwam głową na znak zgody. Helga zakrzątnęła się, przygotowując posiłek, a Akela siadła naprzeciwko mnie.
- Bogini nie dałaby ci zadania, którego byś nie mogła wykonać. – Powiedziała. – To nie byłoby w jej interesie.
- To cena, jaką mam zapłacić za uwolnienie mych przyjaciół, którzy walczą jako duchy w Hall Of Heroes. Na wieczność skazani na ból i cierpienie. Myślę, że w jej interesie jest, aby tak pozostało. Przecież czerpie z tego moc.
– Odburknęłam niechętnie.
- Dla Niej ważniejsze jest twoje oddanie i twój ból, niż cierpienie kilku duchów. – Z przekonaniem mówi Akela, zdradzając się jednocześnie z tym, że wie skąd Dwayna czerpie moc.
Tak... Myślę, że jednak ona ma rację. Przecież w stworzenie mnie taką, jaką jestem, Dwayna włożyła sporo wysiłku... Czyli mogę to zrobić. Próbuję wyobrazić sobie, że mesmer był moim przyjacielem, staram się odczuwać żal, że go nie ma... I jedynym żalem jaki czuję to ten, że jednak Thibo za mało cierpiał. Ugh... To na nic.
Helga postawiła przede mną miskę rosołu. – Nie myśl teraz. Zjedz. – Rozkazała.
Jem więc. Rosół jest gorący i bardzo dobry. Ciepło powoduje, że się uspokajam. Robię się senna. Akela przygląda mi się.
- Jak zostałaś nekromantką? – Pyta.
- Gdy byłam mała, ojciec sprowadził mi nauczycielkę magii. To była nekromantka.
- Większość Airburnów to elementaliści. Ciekawi mnie dlaczego ty nie...
- Wiele wiesz o Airburnach... Ale masz rację. Tylko, że ja nie wiem dlaczego... Po prostu ojciec tak zadecydował.



Miała na imię Vienna i może miała siedemnaście lub osiemnaście lat. Pamiętam, jak sprowadzono mnie na dół, do salonu. Ojciec siedział za biurkiem, koło niego stał sekretarz, a służący nalewał coś do pucharu. Przed biurkiem, trochę po lewej stronie, stały dwie kobiety. Starsza i młodsza. Tej starszej się wystraszyłam; miała bladą, prawie białą cerę i bielusieńkie włosy, upięte w jakąś dziwną fryzurę. Całość dopełniał makijaż, niezwykle intensywny i kontrastowy. I oczy. Niesamowite oczy, budzące strach i niepewność.
Młodsza była normalna. Cera zwykła, twarz bez rzucającego się w oczy makijażu, czarne włosy.
- Allima przywitaj się. – Głos ojca był bardzo uroczysty.
Dygnęłam tak, jak mnie uczono. Obie czarodziejki ukłoniły mi się; każda inaczej. Starsza pochyliła tylko głowę, natomiast młodsza skłoniła się w pas.
- Panie przybyły tu, abyś mogła pobierać lekcje magii.
Patrzyłam w podłogę, bojąc się spojrzeć na obie czarodziejki. Ku mojej uldze, ojciec wskazał na młodszą.
- Vienna nauczy cię podstaw.
Czarnowłosa wystąpiła i skłoniła się dworsko przed ojcem, po czym odwróciła się do mnie i powiedziała:
- Oczekuję cię w południe, zaczynamy od razu. Niania jest poinformowana już, co do ubioru i innych rzeczy. Całą resztę dostaniesz ode mnie. Jestem Vienna i tak się do mnie zwracaj. Nie spóźnij się.
Dygnęłam znowu i wyszłam. Miałam sześć lat.

Wyglądałam jak mała, zielona żabka na swych pierwszych lekcjach, a to z powodu obcisłego kombinezonu w kolorze jaskrawej zieleni. Vienna natomiast, była cała w czerni. Uczyła mnie o rodzajach magii, o podziale mocy, o wyzwalaniu mocy. Potem przyszła kolej na czary, które Vienna nazywała „umiejętnościami”. Była dobrą nauczycielką. Wydaje mi się, że ojciec kierował się też wyglądem instruktorki. Wyglądała właśnie tak, jak ja mogłabym, będąc w jej wieku. Była dla mnie wzorem, starałam się naśladować ją we wszystkim. Uczyła mnie magii klątw i magii śmierci. Zawsze twierdziła, że magii krwi należy uczyć się na samym końcu. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego... Dowiedziałam się dopiero na studiach.
A potem nadszedł ten dzień. Vienna była poważna, jak pierwszego dnia, gdy się jeszcze nie znałyśmy.
- Ta lekcja będzie decydująca, zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. – Powiedziała z naciskiem. – Proszę cię abyś dokładnie wsłuchiwała się w siebie i swe uczucia.
Poszłyśmy na miejsce ćwiczeń w ogrodzie. Zawsze był tam wysoki żywopłot, który nie pozwalał mi widzieć mych ćwiczebnych przeciwników. Nie widziałam też ciał, z których uczyłam się przywoływać mych sprzymierzeńców. Vienna nazywała ich żartobliwie „straszydłami”. Tych sprzymierzeńców, zresztą też nigdy nie widziałam.
Dziś było inaczej. Nie było żywopłotu.
Na trawie przede mną leżało ciało małego kotka, którego jeszcze wczoraj dokarmiałam. Podbiegłam do niego i dotknęłam palcem miękkiego futerka. Kotek wydawał się jakiś “ciężki”. Żal mi było tego zabawnego zwierzaka, przecież jeszcze wczoraj się z nim bawiłam...
- Co mu się stało? Ożywimy go? – Zapytałam Viennę.
- Nekromanci nie ożywiają ciał. Wykorzystują je, aby przyzwać swych sprzymierzeńców. Rzuć przyzwanie i obserwuj.
Trochę zdziwiło mnie napięcie w głosie Vienny. Tak, jak już potrafiłam, zebrałam energię i rzuciłam czar.
Małe ciałko kotka zachrzęściło i rozeszło na boki, a ze środka wyszedł...
Bogowie... Co TO jest? Patrzyłam z przerażeniem i odrazą na tego stwora, który powstał z mojego maleńkiego kotka.
Stwór stanął koślawo na swych dwóch nogach, rozłożył na boki łapy, a potem ruszył w moim kierunku. Był mojego wzrostu. Krzyknęłam ze strachu i zaczęłam uciekać. Stwór biegł za mną.
Potknęłam sie o coś i upadłam. Wówczas mnie dogonił i zatrzymał się. Stanął obok i odwrócił tyłem do mnie, odgradzając od Vienny. Wydawał się obserwować każdy jej ruch. Vienna zrobiła kilka kroków w moją stronę, a następnie wykonała gest, jakby chciała mnie zaatakować. Pokraczny stwór natychmiast ruszył na nią i wzniósł do ciosu swą rękę. Chciał mnie bronić... Ale nie zdążył, bo nagle obejrzał się na mnie, jakby na coś czekał, a potem upadł i rozsypał w proch. Po chwili nie było po nim najmniejszego śladu. Do dziś prześladuje mnie ta chwila, w której minion ogląda się na mnie, świadom że energia, podtrzymująca jego życie wyczerpała się. Minion oczekujący pomocy od swego stworzyciela, a potem jego pogodzenie się z losem.
Wstałam i powoli podchodziłam do miejsca, w którym zniknął. Z drugiej strony zbliżała się Vienna. Spotkałyśmy się w miejscu, gdzie upadł minion.
- Chciał mnie bronić... – Powiedziałam cicho, patrząc w trawę, na której nie było już najmniejszego śladu po stworze. Ogarnął mnie żal po przywołańcu, który zaistniał tylko po to, by mi służyć. Podniosłam głowę i spojrzałam na Viennę.
I napotkałam jej spojrzenie utkwione we mnie. Przez długą chwilę patrzyłyśmy sobie w oczy. Położyła mi rękę na ramieniu. Rozumiałyśmy się bez słów.
- Zapamiętaj to. – Szepnęła.

- Vienna Shadowdust? Ona była twoją instruktorką? – Akela utkwiła zdumione spojrzenie we mnie.
- Tak.
- Przecież z rozkazu króla Orr została skazana za zdradę.

Kiwnęłam głową. – Zgadza się. Ale... nigdy jej nie schwytano.
- Przecież nie można umknąć, jeśli jest się szukanym magicznie. Zawsze cię znajdą. Żeby się schować, trzeba mieć niesamowite środki finansowe, aby sobie zapewnić magiczny klosz. I pomoc przynajmniej dwóch magów. Nie stać na to z pewnością, instruktorki magii.
Milczałam. Akela wpatrywała się we mnie zdumiona, aż wreszcie...
- To ty. To ty ją ukryłaś. Ale...
- Ja i mój ojciec nie zawsze zgadzaliśmy się z królem Razą. Ja nie miałam nic do powiedzenia, ojciec natomiast miał środki finansowe. Ale dla bezpieczeństwa, tylko my o tym wiedzieliśmy.
- Stworzyliście magiczny klosz dla Vienny?
- To już stare dzieje. Nie ma już królestwa Orr... Ale... Skąd ty wiesz takie rzeczy? Wydawało mi się, że jesteście tu izolowani.
- Wieści docierają zawsze.
– Akela znowu nie mówiła mi wszystkiego. Był, musiał być sposób na wydostanie się stąd.
- Ale... Zawahała się. Jeśli się nie mylę, to ty nie mogłaś pomagać ojcu. Nekromanckie studia trwają przecież o rok dłużej, niż inne, więc o ile pamiętam, w tym czasie musiałaś być na uczelni.
- Ale miałam przyjaciółkę... Z innej dziedziny magii. Dzięki temu nikt nas nie podejrzewał, o ukrycie mej dawnej instruktorki.

M.S. Lukrecja. Zawsze chętna do pomocy. Niesamowicie zdolna. Nikt nie mógł przypuszczać ile mocy drzemało w tej maleńkiej, rudowłosej elementalistce. Gdyby nie ona, nigdy by nam się nie udało ukryć Vienny. Ale Akela nie musiała o tym wiedzieć.
Wydostać się stąd... Tylko jak?
- Mogę zobaczyć teleport? Ten, który otworzy się, gdy podaruję te siedem łez.
Helga kiwnęła głową. – Zjadłaś już? To chodźmy.
Ku mojemu zdumieniu poszłyśmy do świątyni. Dzieci znów bawiły się w berka:
- „...cztery, pięć, sześć za pozostałą drużyny część...” – Trwało odliczanie i znowu zostało przerwane na nasz widok.
Podeszłyśmy we trzy do drzwi i weszłyśmy do środka. Półmrok i echo budzące się przy każdym kroku. Akela z Helgą prowadzą mnie na drugą stronę posągu. Posadzka wykonana jest z tego samego minerału co figura bogini. Helga zatrzymuje się i wskazuje niewielki postumencik z kryształem. Jak to się stało, że go wcześniej nie widziałam? Musiałam być bardzo zaabsorbowana wyglądem posągu...
Podchodzę powolutku i dzięki temu zauważam znaki na podłodze, tworzące okrąg z postumencikiem w samym centrum. Znaki wyglądają, jak jakieś ornamenty, ale pojmuję, że to jest pismo. Nie znam go, ale pomimo że nie jestem znawcą, domyślam się, że znaki nie oznaczają liter, lecz sylaby, bądź nawet całe wyrazy. Pismo tylko minimalnie różni się od posadzki, stanowiącej tło i można by po nim przejść, wcale go nie zauważywszy. Zbliżam się do postumenciku i Helga wycofuje się poza okrąg pisma, robiąc mi miejsce. Cisza jest niezwykła, słychać tylko moje powolne kroki, zwielokrotnione echem. Zatrzymuję się przy postumencie i czekam. Powietrze jest naładowane jakąś energią, która powoduje mrowienie na karku i w palcach. Postument jest gładki, bez jakichkolwiek inskrypcji, czy znaków. Zastanawiam się, jak uruchomić teleport. Dotykam kryształu na postumencie i czuję, że powietrze wokół mnie naładowuje się jeszcze bardziej. Każdy mój ruch powoduje iskrzenie, włosy iskrzą i delikatnie falują, ale poza tym nic się nie dzieje. Wsłuc***ę się w siebie i rozpoznaję - to teleport mentalny, ale to nie wszystko. Brakuje jeszcze czegoś... Wiedziona jakimś instynktem rzucam czar. Przebudzenie Krwi. Czuję jak moja percepcja gwałtownie rośnie, ale też czuję to, czego mi było potrzeba najbardziej - płynącą z ust i uszu krew. Ocieram usta dłonią i patrzę na rękawicę, która jest cała od krwi. Mojej krwi. Wcieram krew w kryształ, który momentalnie rozjarza się purpurowym blaskiem. Inskrypcje, tworzące okrąg wokół postumentu, rozświetlają się jasnym błękitem, tworząc wewnątrz świątyni głęboką, niebieską poświatę, prześwietlaną purpurą kryształu. Słyszę okrzyk zdumienia, czy strachu, dobiegający gdzieś z tyłu. To chyba Helga. Czas zatrzymał się. Czuję, jakby coś, co stanowi duszę teleportu na coś czekało... Jak w transie, powoli rozsznurowuję prawą rękawicę i zdejmuję ją. W przedniej części kryształu jest wgłębienie... Przykładam pierścień rodowy do wgłębienia, nie zdejmując go z zaciśniętej w pięść prawej dłoni. Kryształ pierścienia i ten z postumentu stanowią teraz pełnię. Czuję jak poprzez pierścień, wgłąb mego ciała płynie energia z kryształu. Coś jakby pytanie skierowane do mej duszy, czy nawet do mych komórek, stanowiących podstawę mego bytu. Odpowiedź musiała być zadowalająca, bo nagle usłyszałam w duszy coś, co mogłam zidentyfikować jako powitanie, a potem zobaczyłam plejadę postaci. Pierwsza z prawej to ja. Następna to mój ojciec, potem babka i prababka. Wiedziałam o tym. Ich podobizny, namalowane przez artystów ich czasów, wisiały w hallu, w naszym pałacu. Potem byli inni mężczyźni i kobiety, wszyscy z mej rodziny. Niektórych mogłam znać z obrazów, ale nie pamiętałam przecież ich wszystkich. Potem byli inni i tylko mogłam się domyślać, że stanowią grupę protoplastów mego rodu. Aż gdzieś daleko po lewej stronie widzę postać Sliviana Airburna, założyciela rodu. Ale rząd postaci nie kończył się na nim. Jeszcze dalej na lewo ujrzałam dziewczynę, która wydała mi sie znajoma. Gdyby tak postarzeć odrobinę jej twarz i rozjaśnić włosy... Byłaby to...
Akela! Mógł to być przypadek, ale czułam, ze się nie mylę. A to by oznaczało, ze Akela żyje już ponad trzysta lat... a może i dłużej. I że jest... moim przodkiem. Potem dobrnęłam do końca, bo postacie powtarzały się i cała galeria zaczynała się od początku. Znów ja, mój ojciec i tak dalej... Ale zaraz... ja jestem dwa razy. Przyglądam się obu postaciom i stwierdzam, że są takie same. Początek i koniec stanowię ja... JA? Bo jeśli ta najstarsza to nie ja, to kim ona jest?
Ale postacie zgasły i teraz pojawiły się krajobrazy. Miejsca z których część znałam. Zrozumiałam, ze to są punkty docelowe teleportu. Wybrałam widoczny przede mną widok Droknar's Forge i wyraziłam wolę przeniesienia się tam. Wszystko zawirowało i poczułam jak coś mnie powstrzymuje. Jakaś bariera nie pozwalała mi tam się udać, a głos wewnątrz mnie powiedział łagodnie: "Nie spełniłaś warunków. Nie mogę cię przepuścić."
Odsunęłam rękę z pierścieniem i zrobiłam krok w tył. Kryształ i inskrypcje zaczęły przygasać, aż w końcu zgasły całkowicie. Część spraw się wyjaśniła, a część zagmatwała jeszcze bardziej. Teleport był bardzo skomplikowany i nie było takiej magii na ziemi, która pozwoliłaby go zbudować. Był zatem dziełem bogów, a prawdopodobnie samej Dwayny. Wyglądało też na to, że tylko członkowie mej rodziny mogą z niego korzystać, po spełnieniu pewnych warunków. Dla mnie tym warunkiem było wylanie siedmiu łez. Reszta to domysły i zagadki. Odwróciłam się.
Helga patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Obok stała Akela z pochyloną głową. Podeszłam do niej i patrzyłam uporczywie, aż podniosła głowę i spojrzała na mnie.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - Zapytałam.
- Czego? - Cicho odpowiedziała pytaniem.
- Że jesteś moim przodkiem. Moją odległą prababką. - Widzę, jak Helga drgnęła i ze zdumieniem wpatruje się we mnie i Akelę.
- Ach tego... Wiedziałam, że to musisz odkryć. Wolałam, abyś zrobiła to sama.
Czy to tylko wrażenie, że Akela odetchnęła z ulgą? Że obawiała się, że zapytam ją o coś innego? Ale rzucony przeze mnie czar i podwyższona percepcja prowadziły me myśli już w inną stronę. Dzieci na zewnątrz... Ku zdumieniu zarówno Akeli jak i Helgi, ruszyłam biegiem i wybiegłam przez drzwi świątyni. Rozejrzałam się. Nie ma nikogo... Tam przy bramie, ta mała dziewczynka... Nie chciałam jej przestraszyć, więc szłam powoli, uśmiechając się. Obejrzałam się i stwierdziłam, że Akela i Helga idą za mną. Poczekałam na nie.
- Muszę porozmawiać z tą małą... - Wskazałam dziewczynkę.
- To chodź, tylko wytrzyj usta i uszy. I szyję. - Mruknęła Helga.
Akela podała mi chusteczkę. Zwilżyłam ją w śniegu i przetarłam się.
- Może być. - Powiedziała Akela.
Chusteczkę, całą czerwoną od krwi, schowałam do kieszeni. Zakładam rękawicę.
- Dorothy! Doro! Podejdź do mnie na chwilkę. - Wołała Helga.
Mała Dorothy podbiegła do Helgi i skwapliwie przyjęła ofiarowanego cukierka.
- Ta pani z czarnymi włosami chciałaby z tobą porozmawiać. - Helga pokazała na mnie. Podeszłam.
- Cześć, mam na imię Milla. - Przedstawiłam się.
- Cześć, ja jestem Dora. - Mała uścisnęła bez skrępowania moją dłoń. - Yuri mówił, że nas uwolnisz, że zabijesz złego czarodzieja. - Popatrzyła na mnie i zapytała. - A ty jesteś dobra? Bo masz takie straszne oczy... Ale lubię cię.
- Dziękuję. Ja też cię lubię. Postaram się was uwolnić i może nie trzeba będzie nikogo zabijać. Ale słyszałam twoją wyliczankę, gdy się bawiliście. Mogłabyś mi ją powtórzyć?
- Tę o łzach? - zapytała.
- Tak tę... - Odpowiedziałam ze ściśniętym gardłem.
Stałyśmy we trzy koło dziewczynki, która kolejno wskazując nas palcem zaczęła wyliczać:
- Pochodzę z innego świata, Nieumarły to mój tata, Na barierę, co mnie wstrzymuje, Siedem łez dziś potrzebuję. Raz, dwa, trzy, za wojowników są te łzy,...
Czułam, jak ogarniają mnie dreszcze... Wszystko się zgadza. Ucisk w gardle narasta i widzę moment śmierci u każdego z nich.
... - Cztery, pięć, sześć, za pozostałą drużyny część,...
Helga wyczuwa, co się ze mną dzieje i obejmuje mnie ramieniem. Czy to przypadek, że byłam świadkiem śmierci każdego z nich? Nawet Boris zdawał się czekać na mnie. Tak samo Sven.
... - Jeszcze jedna mi została,...
Jedna łza została... Czekam z niecierpliwością i po króciutkiej chwili, która dla mnie dłuży się jak wieczność, słyszę:
... - Tą siódmą jestem ja sama.
Upadam na kolana i obejmuję małą. To jest TO. Nie może być inaczej.
- Dzięki Doro. - Wyszeptałam.
Akela pomaga mi wstać i prowadzi w stronę domu Helgi.
- Bardzo ci dziękujemy, Dorothy. - Słyszę poważny głos Helgi.
- Czy ta pani płacze? Ta pani Milla... z czarnymi włosami. - Pyta mała.
- No wiesz, czasami trzeba płakać.
- Może jest jakaś magiczna kraina, gdzie się nie płacze... - Wyraża przypuszczenie mała Dorothy.
- Na pewno jest. - Odpowiada Helga.
Nie ma takiego miejsca. Ja wiem o tym. Ale ty maleńka nie wiesz i lepiej, abyś się nigdy nie dowiedziała.
Siódma łza to ja. Mam opłakiwać samą siebie. Allima Airburn umierała długo. Zaczęło się w Ascalonie, a skończyło dopiero w dolinie z wurmem. Wbrew pozorom, po wskrzeszeniu, część Allimy żyła jeszcze. Dopiero po śmierci Borisa i Fiony umarło wszystko, co stanowiło o jej istocie. Gdybym miała umieścić gdzieś jej grób, to stałby w dolinie, gdzie polegli ostatni członkowie drużyny.
A więc Dwayno, podaruję tobie te siedem łez. Wreszcie jestem gotowa.









Sen. Pamiętam, że Akela zaprowadziła mnie do domu Helgi i kazała się położyć. Wreszcie mogłam zasnąć. Śniły mi się jakieś koszmary. Coś o wstępowaniu w ciała, o niszczeniu osobowości, o zajmowaniu cudzych ciał... Jednym słowem, śniły mi się kompletne bzdury. Na całe szczęście, moja ignorancja na temat gry, w którą zostałam wciągnięta, pozwalała na to, bym w ogóle mogła zasnąć. Jednak moja podwyższona, z powodu rzuconego czaru percepcja, powodowała, że podświadomość pracowała i z przesłanek tworzyła obrazy, których nie mogłabym zaakceptować świadomie.
Mgła. Tumany mgły, gęste i złowrogie... I czaszka ze świecącymi na czerwono oczami... Czaszka w złotym diademie elementalisty. I wyraźny głos z pogłosem, jakby pochodził z dna jaskini: “ Nie uzależniaj się od Niej. To wampir.”
I śmierć, moja śmierć. Krew płynąca z oczu, uszu, nosa, upodabniająca moją twarz do krwawej maski – śmierć nekromanty. I ja, stojąca na wzgórzu w nocy. Wiatr targa moimi włosami, które błyszczą srebrzyście w świetle gwiazd. Odwracam się, zamiast twarzy mam odsłonięte kości czaszki... jestem nieumarła, jestem liche. Wycie rozbrzmiewające wśród wzgórz... i armia gigantycznych minionów szturmująca twierdze w Tyrii. To moje wycie... i moje miniony. Towarzyszy mi olbrzymi jeździec... Niesiemy zagładę wszystkiemu co żywe. Bezwzględna zemsta ojca i córki za wszystko co było, co jest i co będzie... Śmierć i cierpienie dla wszystkich. Aby wampir rósł w siłę. Aby rozładować gorycz, nagromadzoną w dwóch nieśmiertelnych duszach, uwięzionych w nieumarłych ciałach...
I jedna po drugiej. Ból po bólu. Rozpacz po rozpaczy. Szloch po szlochu, łza po łzie. Następna po poprzedniej, która to już? Któż to zliczy?... Miało być siedem... ale każda składa się z tysiąca. Kolejne twarze, kolejne zdarzenia...
Boris niesie Fionę przez most w Ascalonie, za nimi pędzi gromada charrów... odciągam pościg, a potem ten bieg na złamanie karku...
Wycie rozbrzmiewające nad Krytą. Miniony przechodzące poprzez rozbitą bramę... i kobieta z dziećmi na rękach, przedzierająca się do mnie... chce prosić mnie o pomoc. Odwracam się, a ona napotyka spojrzenie mych bladych oczu w nagiej czaszce... opada na kolana i skłania głowę ze szlochem... Miniony podchodzą bliżej... Wycie... moje wycie wypełniające wszystko... Zagłuszające każdy krzyk i każdy szloch...
Jedna po drugiej... Łza za łzą. Wszystko się miesza... To, co było. To, co jest. To, co będzie... Księżyc tak jasno świeci, że aż... Krasnoludy w swej twierdzy... To długa noc i dobrze. Dla nikogo nie będzie już świtu... Podjeżdża jeździec na szkieletowym rumaku... Spogląda na mnie swymi świecącymi na czerwono oczyma... Tylko ja widzę rozpacz i cierpienie jego duszy. Tylko on widzi rozpacz i ból, w moim bladym spojrzeniu. Jak zagłuszyć ten ból i rozpacz? Tylko wyciem... swoim i cudzym... Miniony przełamują obronę, a krew wsiąka w śnieg... Ile jeszcze? Jak długo to ma trwać? Gdy wszyscy zginą, nie będzie cierpienia? Będzie... jeszcze większe... zwielokrotnione... Magiczna kraina... i cierpienie dusz... Jedna za drugą. Ból po bólu. Szloch po szlochu... Łza po łzie... bez końca.
Krzyk. Krzyk cierpienia. Poprzez ten krzyk słyszę wołanie:
- Milla! Milla! Obudź się!
Budzę się. Widzę Helgę, która patrzy na mnie i odskakuje przerażona... A krzyk nie milknie... Słyszę go nawet wyraźniej... To ja krzyczę. Zamykam usta i ni to z jękiem, ni to szlochem zrywam się z łóżka i doskakuję do lusterka, leżącego na stole. Patrzę... Straszne oczy, ale twarz normalna. Moja. Siadam przy stole i chowam twarz w zgięciu łokcia. Nie mogę powstrzymać płaczu, który wstrząsa mymi ramionami. Płaczę głośno, rozdzierająco jak dziecko.
- Zły sen? - Pyta drżącym głosem Helga.
Podnoszę głowę i potakuję. Patrzę w lusterko. Oczy już mi nie świecą, ale ciągle są przerażające.
- Musisz to zaakceptować. - Słyszę Akelę.
- Nie wiesz, o czym mówisz. - Odpowiadam niewyraźnie. Wargi mi drżą jeszcze od płaczu, ale w miarę jak mówię, uspokajam się. - Tego właśnie nie wolno mi zaakceptować. We śnie widziałam, co może się wydarzyć, jeśli coś pójdzie nie tak, jak powinno.
Akela podchodzi do mnie i mówi: - Należysz do przeklętego rodu, tak jak ja. Każdy z nas nosi własne brzemię.
- Własne brzemię? W tym śnie zawiodłam, zginęłam. Stałam się liche... I wspólnie z ojcem pacyfikowałam Tyrię. Wiesz, co ja teraz potrafię? Po wskrzeszeniu spotkałam setkę ciężkozbrojnych krasnoludów. Zabiłam wszystkich w ciągu kilkunastu sekund... - Pstryknęłam palcami. - O tak... Potem znalazłam krasnoludzką strażnicę, którą ty nazwałaś Kluczem i zniszczyłam ją. - Ponownie pstryknęłam palcami. - O tak... Wiesz, co będzie, gdy stanę się nieumarłą i wspólnie z ojcem najadę Tyrię? Nie wiem, po co Dwaynie moje łzy, ale jeśli coś pójdzie nie tak, to Ona wyegzekwuje, to czego chce, w inny sposób... Straszny sposób. Ja tego nie mogę zaakceptować, bo jeśli to zrobię, to znaczy, że nie jestem już człowiekiem.
- A jesteś?
- Pytanie Helgi zawisło w powietrzu, jak gotowy do ciosu sztylet.
Podeszłam do niej i popatrzyłam jej prosto w oczy. Odwróciła spojrzenie.
- Czujesz do mnie wstręt? - Zapytałam. - Bo jestem inna? Kiedyś byłam taka, jak i ty. Ale zamieniłam całe swoje życie na moc, aby moi przyjaciele mieli czym się bronić. Ja nie żądałam życia, nie żądałam wskrzeszenia. Ja je PRZYJĘŁAM. Po to aby ich uwolnić od bólu. Może mam teraz większe możliwości, ale tu, w środku jestem nadal człowiekiem. I nie wolno mi zaakceptować nawet części tego, co widziałam we śnie...
Helga stała i patrzyła na mnie, starając się spojrzeć mi w oczy. Nie wychodziło to jej najlepiej, ciągle uciekała spojrzeniem. W końcu dała za wygraną i popatrzyła na Akelę.
- Dlaczego milczysz? - Zapytała. - To ty powinnaś jej powiedzieć. A więc powiedz jej.
Odwróciłam się do Akeli, ale ona nadal milczała. Helga zrobiła krok w moją stronę i położyła mi rękę na ramieniu.
- Nie czuję wstrętu, Milla... Lubię cię nawet. Ale przede wszystkim... Żal mi ciebie. Akela wie, co się stanie, co najprawdopodobniej się stanie, gdy złożysz dar... Ty nie zawiedziesz... Ale...
Akela... Powiesz jej, czy ja muszę to zrobić?

Usłyszałam westchnienie Akeli.
- Prawdopodobnie umrzesz, Milla... Po złożeniu daru, lub w trakcie składania umrzesz... Nikt tego nie wytrzyma; doświadczysz psychicznej tortury, której żaden człowiek nie zniesie... A potem... Potem być może... sprawdzi się twój sen.
Zaniemówiłam z przerażenia.
- Ale mówiłaś, że przejdę teleport i że wygram...
- Wygrasz... jako liche...
- Jako liche...
- Popatrzyłam na Helgę, która stała z opuszczoną głową. Nie, to nie może tak się zakończyć. Spojrzałam w okno: było już ciemno.









Spieszył się. Wiedział, że musi zdążyć. Zawsze podróżował we mgle, tak więc i teraz mgła ścieliła się wokół niego. Minął las i pojawiła się osada. Był środek nocy, więc nikogo nie spotkał, ale mieszkańców, leżących w swych łożach, oblał zimny pot. Wszyscy drżeli z przerażenia, nakrywając się jak dzieci, po same oczy. Odgłos kopyt jego konia, odbijał się echem, jak stukot żałobnych werbli. I ten dźwięk... jakby oddech śmierci. Mrożący krew w żyłach i porażający strachem.
Na pobliskim cmentarzu, umarli poruszyli się w swych grobach, usiłując wygrzebać się na zewnątrz... Ale on oddalał się szybko i cmentarz uspokoił się, jednak żywi długo nie mogli zasnąć w swoich łożach, próbując osłonić powiekami wytrzeszczone z przerażenia oczy.
Na pewno zdąży... Musi.









Usłyszałam stuknięcie, a potem drzwi otworzyły się i wszedł Lyrius.
- Przyprowadziłem kogoś. - Powiedział z uśmiechem i ze zdumieniem popatrzył na nas. - Co jest? Pokłóciłyście się, czy co?
- Nie, ale... Gdy Milla spała, rozmawiałam z Akelą i...
- Helga umilkła, bo do pokoju wsunęła się mała Dorothy.
- Dobry wieczór. - Powiedziała dziewczynka i dygnęła.
- Dobry wieczór. - Bąknęłyśmy z Helgą zaskoczone. Akela z ciekawością wpatrywała się w dziecko, które z pewną miną czekało, aż ktoś z dorosłych zagadnie, po co przyszła. Jako, że nikt o nic nie zapytał, Dorothy założyła ręce za siebie i odezwała się:
- Chciałabym powiedzieć coś pani Milli. Mogę?
Zaskoczona Helga skinęła głową, a mała podbiegła, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do kąta.
- Tutaj nas nie usłyszą. - Powiedziała. Następnie popatrzyła mi w oczy i... patrzyła nadal. Nie uciekała spojrzeniem.
- Często śni mi się konik. - Zaczęła. - Przemawia do mnie. Gdy dziś zasnęłam znów mi się przyśnił. Powiedział abym przyszła do ciebie i powiedziała, że nie umrzesz. On ci pomoże.
- Jaki to jest konik? - Zapytałam z uśmiechem, choć ciarki przeszły mi po plecach. Skąd ona wie?...
- Taki kościsty i ktoś na nim siedzi. Oczy mu tak ładnie świecą na czerwono. To mój przyjaciel. Kiedyś tu przyjechał i wszyscy uciekli. Ale ja nie zdążyłam. Bałam się, ale on tak zrobił jakoś, abym się nie bała. I polubiłam go od tamtego czasu.
Nagle doznałam olśnienia. Czyżby... Popatrzyłam na Dorothy uważniej niż dotąd. Ta mała ma moc. I to nie byle jaką. A ten "konik" to... Wzięłam ją na ręce i szepnęłam do ucha.
- Jak wygląda jeździec, który siedzi na twoim koniku?
- Ma złotą opaskę na głowie i oczy mu się świecą na czerwono...
- Odszepnęła.
Postawiłam ją na podłodze i pogłaskałam po czarnych włosach.
- Dziękuję ci po raz kolejny. - Powiedziałam poważnie, jak do dorosłej. Dziewczynka pokraśniała z zadowolenia.
- Nie ma sprawy. - Odpowiedziała równie poważnie. - Kiedyś też zostanę nekromantką. Jesteś moją siostrą.
- Tak. - Kiwnęłam głową. - My nekromanci musimy się trzymać razem. Ale teraz czas spać. - Popatrzyłam na Lyriusa, a on podszedł do Dorothy i wziął ją na ręce.
- Chodź już. Czas spać. Czy powiedziałaś pani Milli to, co chciałaś?
Mała pokiwała głową że tak, ale wyciągnęła ręce w moją stronę.
- Jeszcze się pożegnam.
- Dobrze, ale zaraz potem pójdziemy.
- Lyrius podał mi dziewczynkę, która przytuliła się do mnie i szepnęła.
- Zwlekaj. Zwlekaj z darem do rana. - Przytuliłam ją i dzięki temu mogłam ukryć zaskoczenie, ale zauważyłam, że Lyrius usłyszał to polecenie, tak dziwnie brzmiące w ustach dziecka i spojrzał na mnie ze zdumieniem. Przymknęłam powieki, dając mu znak i oczami spojrzałam w bok, jakbym chciała mu pokazać Akelę stojącą z tyłu.
Oddałam mu Dorothy i po chwili drzwi zamknęły się za nimi.









Wjechał w taflę przejścia i znalazł się po drugiej stronie. Kawałek dalej spotkał kilkunastu krasnoludów. Nawet na nich nie spojrzał. Krasnoludzcy wojownicy padali martwi, jak pozbawione oparcia kukły. Po chwili ich zwłoki zaczęły wstawać i podążać za nim, ale jechał zbyt szybko i krasnoludzkie zombie upadały, jedno po drugim, aby stać się znów pozbawionymi życia ciałami. Ocenił drogę, jaka mu pozostała i stwierdził, że powinien zdążyć, ale nie zwolnił ani na chwilę.









- Milla jesteś gotowa? - Obcesowo zapytała Akela.
- Na śmierć? - Zapytałam. - A kto jest na to gotowy? Ty jesteś? Nie, nie jestem gotowa i nigdy nie będę. Ale sądzę, że chcę to zrobić rano. Zobaczyć ostatni wschód słońca. A tak po za tym... traktujesz mnie jak skazańca.
- Przepraszam... Pójdę przygotować wszystko...
- Powiedziała i wyszła.
- Co ona chce przygotować? - Zapytała Helga.
Wzruszyłam ramionami. - Nie mam pojęcia. Ale nie podoba mi się jej zachowanie. Czy ona chce, abym umarła? I skąd nagle ten pomysł z liche? Jeszcze niedawno wszystko miało być dobrze...
- Powiedziała mi o tym, gdy spałaś. Zanim zaczęłaś krzyczeć.
- Co ci powiedziała?
- Że nie ma szans, abyś przeżyła.
- A skąd ona to wie? Ma w tym jakieś doświadczenie?
- Nic mi o tym nie wiadomo... Ale wiem, że był ktoś... kto próbował czegoś podobnego. I umarł.
- Wiesz może kto to był? I kiedy to się stało?
- Wiem, że to było dawno, ale kto to był... nie mam pojęcia.





Ręka Światła





Świeca zaczęła migotać. Mhenlo podszedł i zobaczył, że prawie całkiem się wypaliła. Wziął nową i odpalił od gasnącego płomienia. Stwierdził, że musi być późno, gdyż nowa świeca była już trzecią, jaką zapalał tego wieczora.
- Późno już. - Zauważył. Obejrzał się za siebie, na wpatrzoną w podłogę Millę, a następnie spojrzał na Cynn.
- Późno. - Powtórzył.
Cynn spojrzała na niego, a potem wstała z krzesła i przyklękła przed Millą, siedzącą na łóżku. Objęła ją za ramiona.
- Jesteś tu, więc żyjesz. To już koniec. Jutro dokończysz swą opowieść. A teraz odpocznij.
Milla podniosła głowę i spojrzała Cynn w oczy.
- Koniec? To nie koniec. Skończył się pewien etap. A następne są przede mną... Nie wiem, czy to się kiedykolwiek skończy. Nie powiedziałam przecież jeszcze wszystkiego.
- Zamierzasz tam wrócić? Aby wypełnić przepowiednię? Nie bądź głupia.
- Nie zamierzam, ale wrócę. Muszę. I nie po to, by wypełnić przepowiednię. Nie zrozumiesz... Po prostu muszę.
Cynn podniosła się i pokiwała głową, patrząc na nekromantkę.
- Może rozumiem... - Mruknęła. - Jutro wrócimy i dokończysz, a teraz życzę ci dobrej nocy.
Mhenlo skinął głową i otworzył drzwi.
- Dobranoc. - Rzucił wychodząc.
Milla nie odpowiedziała. Opuściła głowę czekając, aż oboje wyjdą. Drzwi zamknęły się, a ona siedziała wsłuchana w oddalające się kroki.

Mhenlo zszedł ze schodów i zatrzymał się. Dojrzał chłopca na posyłki i skinął dłonią. Chłopiec natychmiast podszedł.
- Obudź gospodarza, jeśli śpi. - Rzekł Mhenlo. - Niech natychmiast tu przyjdzie. Ja zaczekam.
Chłopiec zniknął za małymi drzwiami, a Cynn podeszła do mnicha lekko zaciekawiona.
- O co chodzi? - Zapytała.
- Teraz my musimy walczyć o życie. - Odparł Mhenlo.
- Jak to? - Cynn była zupełnie zaskoczona.
- Później. - Mruknął.
Czekali jeszcze chwilkę, a po chwili usłyszeli zbliżające się ciężkie kroki. Przez małe drzwi wysunął się najpierw chłopiec, a potem przecisnął się przez nie siwy krasnolud.
- Tak panie? - Zagadnął.
Mhenlo spojrzał wymownie na chłopca na posyłki, a potem na krasnoluda.
- Musimy pogadać Fergundzie. I to zaraz.
Nazwany Fergundem krasnolud zmrużył oczy. Mhenlo znał oczywiście jego imię, ale nigdy się do niego tak nie zwracał. Krasnolud w milczeniu wskazał niewielkie drzwi i odwrócił się do chłopca.
- Jeśli ktoś przyjdzie, powiesz, że wyszedłem. Być może do knajpy na popijawę.
Chłopiec skinął głową.


Milla podeszła do stołu i zgasiła świecę. W pokoju zrobiło się ciemno. W kosmatym mroku tylko okno było jaśniejącym prostokątem. Dziewczyna wyjrzała poprzez brudne szyby. Na zewnątrz było pusto. Mieszkańcy już spali, a ci, którzy o tej porze robili jeszcze jakieś interesy, gromadzili się w innych miejscach. Nekromantka wyciągnęła spod łóżka swoją torbę i przerzuciła przez ramię. Znowu podeszła do okna i z namysłem patrzyła na opustoszały placyk przed gospodą.


- Potrzebuję czarnowłosą nekromantkę. Wiek około dwudziestu kilku, trzydziestu lat. - Mhenlo mówił spokojnie, patrząc w zmrużone oczy krasnoluda. Kątem oka widział, jak siedząca obok Cynn drgnęła zaskoczona.
Fergund wskazał dłonią do góry i pytająco uniósł brwi.
- Nie. - Pokręcił głową Mhenlo. - Ta nie wchodzi w rachubę. To ma być zwykła nekro. Może być jedną z tych, które opłacałeś.
Fergund pokręcił głową. - To Viggo je opłacał, one o mnie nie wiedzą.
- Viggo nie żyje. - Rzekł Mhenlo.
Nastała chwila ciszy. Krasnolud spojrzał na Cynn, po czym wrócił spojrzeniem do Mhenlo.
- Chcesz ją jeszcze dziś? - Tak, jak mnich się spodziewał, problem dziewczyny natychmiast zniknął.
- Jutro o świcie ma być w pokoju, który zajmuje ta nekro. - Mhenlo wskazał dłonią w górę tak, jak przed chwilą krasnolud.
- A co z nią? - Fergund wzniósł oczy w górę.
- Jeśli jutro rano jeszcze tam będzie, to znaczy, że ją przeceniłem. Po wszystkim musisz zniknąć. Na zawsze.
Krasnolud skinął głową. - I tak za długo już tu siedzę. Kto zabił Viggo?
Mhenlo pomyślał, jak oczywiste jest to, że krasnolud nie brał pod uwagę naturalnego zgonu.
- Niejaki Thibaut, akolita Zakapturzonego.
- Akolita powiadasz... - Fergund skrzywił się niemiło. - Ale nic nie jest niemożliwe...
- To nieaktualne. - Mhenlo znów wskazał dłonią w górę. - Ona już go zabiła.
Krasnolud otworzył szeroko oczy. - A niech mnie... - Mruknął. - Ale... Viggo mówił, że te czarnowłose są do specjalnych... zleceń. Nic im się nie może stać, chyba że w ostateczności. Nie lepiej wziąć tę z góry? Póki jeszcze jest...
- Nic nie rozumiesz... - Mhenlo patrzył na Fergunda przenikliwie. - One były przygotowywane, właśnie po to, by ją zastąpić... w nagłym wypadku.
- Właśnie ją?
Mhenlo wstał. - Jutro tu przyjdę, aby zaprowadzić podejrzaną na spotkanie z awatarem Dwayny. Podejrzana musi przebywać w swym pokoju.
Krasnolud pochylił głowę. - Wszystko jasne, panie. - Wyprostował się i uśmiechnął. - A ja cię miałem za dewotę.
- To dzięki Viggo. Miałem taki być. I zacząć działać, gdy nadejdzie potrzeba.
- A nie potrzebujesz informacji o tych dziewczynach? Gdy zniknę, nie odnajdziesz ich i następnym razem...
- Nie będzie następnego razu.
Uścisnęli sobie dłonie. - Powodzenia Mhenlo. - Rzekł poważnie krasnolud. - Tobie i twojej ślicznej ochronie osobistej. - Uśmiechnął się.
- Powodzenia. - Odpowiedział mnich, a Cynn zrobiła grymas, który przy odrobinie dobrej woli, mógłby ujść za uśmiech.


Zajęło jej to kilka sekund. Najpierw wyrzuciła torbę, a potem skoczyła na daszek nad wejściem i stamtąd na pokrytą śniegiem ziemię. Śnieg mocno zacinał, co przyjęła z zadowoleniem. Za kilka minut zasypie ślady i o jej ucieczce dowiedzą się dopiero rano. Musi zniknąć. Tylko jak? To czego dowiedziała się o Kręgu Światła od Viggo, wystarczyło jej, aby wiedzieć, że przełożeni Mhenlo nie pozwolą jej żyć. Musi jeszcze coś sprawdzić, a do tego potrzebny jej... zwykły kot lub pies.


- No mówże... - Cynn pociągnęła Mhenlo za rękaw.
- Jeszcze chwilkę. - Mnich podniósł dłoń.
Wyszli właśnie z gospody i Mhenlo obejrzał się, przyglądając się oknom na pierwszym piętrze. Nie uszło jego uwadze to, że jedno z nich było jakby niedomknięte. Mnich stanął i rozejrzał się po placyku przed gospodą. Z zadowoleniem patrzył na ledwo widoczne ślady, pracowicie przysypywane przez padający obficie śnieg. Nie zauważył jednak potężnej postaci, która wyszła właśnie zza narożnika sąsiedniego budynku i szybko cofnęła się z powrotem.
- No więc musiałem wczoraj wysłać wstępny raport... - Zaczął, biorąc pod rękę Cynn i kierując się w stronę kwatery.
- Co takiego? Ty wysłałeś już raport? Twoja nadgorliwość...
- Musiałem. - Przerwał Cynn Mhenlo. - Pomyśl. Nekro umazana krwią materializuje się w środku Droknar, widzą ją dziesiątki ludzi, a przebywający tam Mhenlo nie napisał nawet jednego słowa w swym codziennym sprawozdaniu. Tak więc napisałem zdawkowy raport i wpisałem, że sprawę zbadam. Jutro zaprowadzę zwykłą nekro do awatara i okaże się, że wszystko jest w porządku.
- A nie mogłeś po prostu zaprowadzić tam Milli? Dwayna na pewno...
- Dwayna? Cynn oprzytomnij wreszcie. Sądzisz naprawdę, że to awatar Dwayny się pojawia? Jasnowłosa panienka w półprzezroczystej koszulce, z rozłożonymi... skrzydłami. I sprzedaje jakieś gówna. Klęknęłaś kiedyś przed posągiem Dwayny?
- Raz, może dwa...
- I co? Miałaś wrażenie, że rozmawiasz z boginią? Że oto spłynęła na ciebie łaska i bogini zwróciła na ciebie swą cenną uwagę? Co zrobiłaś, gdy pojawił się awatar? Powiem ci. Wyjęłaś pieniądze i coś kupiłaś. Zgadłem?
- No... tak. Polowałam na Wurma i potrzebowałam większych możliwości...
Przeszli przez mały, drewniany mostek, łączący brzegi głębokiej rozpadliny.
- A zgadłem, bo nic więcej ona nie ma do zaoferowania. Próbowałaś z nią rozmawiać? Nie, bo się nie da, prawda? Za każdym razem, gdy ktoś klęka przed ołtarzem Dwayny, wydaje pieniądze, które płyną do kasy Kapituły Kręgu Światła. Oprócz tego, osoba taka podlega inwigilacji: wiadomo kim jest, jak wygląda, ile ma pieniędzy przy sobie i tak dalej...
- A te specjalne ołtarze? Na przykład ten, do którego chcesz zaprowadzić tę drugą nekro.
- Tak. - Mhenlo kiwnął głową. - One są rzeczywiście specjalne. Gdyby Kapitule nie było żal pieniędzy, to wszystkie by takie były... W takim ołtarzu awatar nie oferuje niczego. Natomiast podlegająca badaniu osoba jest poddawana dokładnemu... powiedzmy prześwietleniu. Jeśli odkryją jakieś nieprawidłowości, następuje pranie mózgu, a gdy to nie pomaga, osobę taką się usuwa. Pamiętasz, co Milla mówiła o awatarze? Czy ty miałaś kiedyś podobne odczucia?
- Nie.
- A dlaczego? Bo to jest jarmark. To są pieniądze. Raz do roku święto, gdzie Dwayna niby toczy bój ze swoim przeciwnikiem Grenthem, który jest reprezentowany przez jakiegoś zielonego stwora. Mnóstwo pieniędzy spływa do Kapituły. Ludzie tłoczą się, kupują bileciki, losy i co tylko, aby dostać czerwoną czapę lub rogi. Przerażające jest to, że Krąg aby utrzymać swe dochody i swą zakulisową władzę, gotów jest zabijać z zimną krwią. To jest wampir, Cynn. To jest prawdziwy pasożyt, z którym trzeba walczyć. My tutaj nie mamy styczności z prawdziwymi bogami. Dawna wiara w Starych Bogów została wykorzystana i wypaczona, a na jej miejscu powstał jarmark i wmówiono nam, że to jest prawdziwa wiara. Milla chce wrócić, bo nic już jej tu nie trzyma. Teraz tam ma przyjaciół. A co najważniejsze odkryła, że tam, mimo iż ból jest dotkliwszy, a żal intensywniejszy, to tam także życie jest pełniejsze. A bogowie prawdziwsi.
- Zazdrościsz jej...
- Tak! - Mhenlo kiwnął głową.
- A nie przyszło ci do głowy, że ona nie chce tam wrócić, bo dość już ma intensywniejszego życia? Co ją tam spotkało? Tylko ból, żal i śmierć. Może chciałaby teraz żyć spokojnie, w cieniu jarmarcznej wiary? W wesołym jarmarcznym życiu, z dala omijając wszystkie możliwe ołtarze.
Co? Jak myślisz?
Mhenlo nie odpowiadał przez dłuższą chwilę.
- Muszę postawić zwykłą nekro przed awatarem. Taką, która z grubsza przypomina Millę, bo inaczej nas zabiją. Oni musza odetchnąć z ulgą, że to nie ona.
- No właśnie... Wytłumacz mi... Opłacacie wszystkie możliwe typy dziewczyn? Rude? Blondynki też? Wszystkie profesje? Czy znalazłaby się jasnowłosa elementalistka, podobna do mnie?
- Nie, tylko czarnowłose nekro.
- Tego się właśnie obawiałam i nie wiem, czy chcę się dowiedzieć dlaczego.
- To akurat ci mogę powiedzieć. Bo tylko jedna jest Allima Airburn.
- No właśnie tego nie chciałam usłyszeć, bo to dowodzi, że... - Cynn przerwała gwałtownie i wskazała coś leżącego na śniegu. Był to sczerniały, wypalony przez magiczny ogień szkielet psa.
Mhenlo pochylił się.
- Nekromancka studnia... Niech to szlag! W mieście?... Milla! To ona. Oszalała. To tak, jakby obwieściła: "Tutaj jestem, łapcie mnie".
- Jak to Milla? - Cynn spojrzała na Mhenlo niepewnie.
- No... uciekła. Nie zdążyłem ci powiedzieć. Widziałem niedomknięte okno na piętrze i na wpół zasypane ślady. Próbuje na co ją stać, a to oznacza, że czuje się zagrożona w mieście.
Mhenlo dotknął szczątków i wykonał inkantację. Trwało to przerażająco długo i Cynn zaczęła niespokojnie rozglądać się dokoła. Zacisnęła zęby i syknęła, kiedy nad zwłokami psa pojawił się snop światła. Pies - nie żaden szkielet, ale pies - zaskomlał i stanął na łapy. Podszedł do mnicha, polizał go po ręce i pobiegł w mrok.
- No ślicznie. Cudotwórca Mhenlo nie dość, że wskrzesza zwierzęta, to jeszcze czyni to w środku miasta! W pełnej iluminacji. Brakowało jeszcze bębna lub trąb. - Cynn syczała zaniepokojona, rozglądając się na wszystkie strony.
- Lepsze to niż zwłoki, jako świadectwo nekromanckich czarów, w centrum miasta.
- Powiedz, dlaczego będą chcieli nas zabić.
- Na każdego, kto zetknie się z Allimą Airburn, jest wydany wyrok śmierci. Na nią też oczywiście.
Przez to, że studiowała nekromancję, udało jej się odwlec sprawę. Nekromanci są bardzo hermetyczni, a poza tym uczelnia, gdzie studiowała, nie współpracowała ze światem zewnętrznym, no i ona sama nie używała swego nazwiska, w czasie nauki. Ukończyła studia jako Allima Od Brega lub po prostu Alli Brega.
To spowodowało, że magiczne wytropienie jej, stało się niemożliwe. Przestała być Allimą Airburn.
Nawet ty słyszałaś o Allimie Airburn, jak i Allimie Od Brega jako o dwóch różnych osobach. Tylko pierścień cię przekonał. Nie zaprzeczaj, wiem o tym. Milla była jeszcze zbyt zszokowana po przebudzeniu i powiedziała nam wszystko, co chcieliśmy usłyszeć. Gdybym był lojalnym członkiem Kręgu, to wydałaby na siebie wyrok śmierci.
- Niekoniecznie. Zaczęła mówić dopiero, gdy się przedstawiłeś. Myślę, że wiedziała do kogo mówi.
Co prawda twoje zachowanie jej tego nie ułatwiało, ale dobrnęła prawie do końca...
- A ja myślę, że ona nie zdaje, nie zdawała sobie... - Poprawił się Mhenlo - ...sprawy z niebezpieczeństwa. Cały czas była pod ochroną Viggo. I w dobrej wierze nam o wszystkim opowiedziała.
- Podała swoje nazwisko rodowe i powiedziała kto był jej ojcem z podkreśleniem stanowiska piastowanego w królestwie. Po to, abyś jej z nikim nie pomylił. Przez przypadek zapytałam o mentora... A ona odpowiedziała. Resztę dopowiedziałeś ty. Myślę, że gdyby ciebie nie było, nie powiedziałaby nic. Zresztą mogła sądzić, że znając jej nazwisko, wiemy o takich szczegółach jak to, kto był jej mentorem. Chciała uniknąć podejrzenia o to, że się podszywa pod córkę Airburna, no i powiedziała całą prawdę.
- No niech tak zostanie... Nieważne. Posłuchaj. Jako córka doradcy, a nieoficjalnie prawdziwego władcy Orr, była dla Kręgu nieosiągalna, tak samo zresztą jak sam Soho, na którego też krąg wydał wyrok. Wyrok został wydany dawno temu na cały ród Airburnów. Ale byli nieosiągalni. Doskonale wyszkoleni, dysponujący potężną mocą... Przeciwwagą dla Kręgu Światła był tak zwany Trzeci Krąg, czyli Zakapturzeni. Ta grupa miała za zadanie chronić Airburnów. Ale coś się wydarzyło. Ktoś z rodziny Airburnów sięgnął po taki rodzaj magii, nad którym nie zapanował. To znaczy tak mi się wydaje... i stał się czymś...Jakby żywym lichem. To znaczy, że nie umarł, ale powoli zmieniał się, aż się stał tym... czymś. W jakiś sposób wpłynął na pierwszego doradcę króla, lorda Khilbrona, no a ten spowodował katastrofę. I naruszył równowagę sił. Tylko, że Allimy nie udawało się wytropić. Aż do tego feralnego runu, zakończonego śmiercią całej drużyny z Allimą włącznie. Jak do tego doszło? Thibaut wpadł na trop i zdał relację swemu panu. Podejrzewam, że liche określił rysopis, a Thibaut wytropił Alli Bregę, nie wiedząc, że to Allima Airburn. Dopiero w dolinie przy konfrontacji z Soho, pomyślał, że to Dwayna we własnej osobie. Wiedział przecież kim jest Jeździec, a sytuacja wyglądała tak, jak ją później Milli opisał. Być może Thibo pracował na dwa fronty, nie wiem, ale otrzymałem wiadomość z Kręgu, że Allima Airburn jest po drugiej stronie - martwa. I uważaj teraz: powiedziano mi, że gdyby się pojawiła, mam wykonać wyrok. Dobre, co? Usiłowałem skontaktować się z Viggo, ale bez rezultatu. Nie potrafiłem przeniknąć na drugą stronę... A potem pojawia się ona, umazana krwią... Nie byłem pewien, czy to nie jest jakiś podstęp ze strony Kręgu...
- No dobrze... Bieg wydarzeń jestem w stanie sama jakoś odtworzyć, ale dlaczego ten wyrok? Za co?
- Myślę, że mi nie uwierzysz... Trzymaj się mocno.




Milla po ucieczce z gospody i próbie z psem, udała się do rejonu kupieckiego. Tam zawsze ktoś był i mogła wtopić się w tłum. Niestety po dojściu na miejsce, okazało się, że tłumów żadnych już nie ma. Zaledwie kilka osób robiło jakieś zakupy. Przeszła obok niebieskowłosej elementalistki, kupującej niebieską farbę do swego nowego stroju i udała się do krasnoluda sprzedającego broń.
- Witaj Pani. Czym mogę służyć? - Rudobrody krasnolud omiótł ją spojrzeniem i przysunął zestaw nekromanckich kosturów. - Może nową laskę? - Czym się chętniej posługujesz pani? Magią Śmierci, czy Klątw? Mogę skomponować dowolny zestaw, według potrzeb...
Milla wolno sięgnęła do cholew i położyła na stole sztylety. Krasnolud od razu je rozpoznał i cień przemknął mu po twarzy.
- Dobra, krasnoludzka robota... - Mruknął, ale Milla wiedziała, że zastanawiał się ilu krasnoludów zginęło, aby mogła zdobyć te dwa sztylety.
- Chcę, by zadawały obrażenia od zimna. - Powiedziała.
- Oczywiście... nie ma problemu. Przyjdź jutro w południe pani.
- Potrzebuję taką broń teraz. Nie mogę czekać do południa....
- Wybacz pani, ale nie mam niezbędnych wkładów, chyba że... - Pochylił się i spod lady wyjął dwa nowiutkie assasińskie sztylety. - Chyba, że kupisz te. Zadają obrażenia, jakich potrzebujesz, pani. Dorzucę gratis dwie pochwy do nich.
Milla obejrzała broń.
- Zgoda. - Mruknęła. - Weźmiesz w rozliczeniu te dwa? - Zapytała wskazując na leżące na ladzie swoje ostrza.
Krasnolud kiwnął głową twierdząco i razem dopasowywali paski do pochew, aby dobrze je zamocować do cholewek jej butów. Po chwili transakcja dobiegła końca i Milla wiedziona jakimś przeczuciem skierowała się w stronę mostka nad rozpadliną.



Brat Gregor szedł za Mhenlo i Cynn od samej gospody. Już od jakiegoś czasu śledził tych dwoje, bo było podejrzenie, że Mhenlo kontaktował się z tym grzesznikiem i zdrajcą - Viggo. Ale Viggo zniknął, a Mhenlo zachowywał się normalnie. Od momentu pojawienia się owej dziwnej dziewczyny w mieście, Mhenlo postępował zgodnie z regulaminem. Może on - Gregor nie bawiłby się w osobiste przesłuchania, tylko od razu poprowadziłby podejrzaną do awatara, ale przepisy dopuszczały taką sytuację. Szedł więc za nimi zachowując bezpieczną odległość, aby nie rzucać się w oczy. Widział, jak śledzeni przechodzą przez mostek i po chwili znikają mu z pola widzenia. Wolno szedł w stronę mostku, bo i tak wiedział, że zmierzają w stronę swych kwater. Nagle jego uwagę przykuło coś, co nie powinno mieć tutaj miejsca. W miejscu, gdzie zniknęli śledzeni przez niego Mhenlo i Cynn, rozbłysło jasne światło, które natychmiast rozpoznał: Święty Płomień Dwayny, przywracający życie. Mhenlo naruszył swoje uprawnienia używając wskrzeszenia w środku miasta. Brat Gregor już zbierał się w sobie, aby pójść i udzielić mu w obecności Cynn nagany, gdy zdał sobie sprawę z czegoś jeszcze. Aby użyć wskrzeszenia Mhenlo potrzebował trupa. W centrum miasta? To przecież niemożliwe. To by oznaczało, że... Tak, to Bestia jest w mieście. Nie ma innego wytłumaczenia. Żywe Świadectwo Kłamstwa jest w mieście! Czarnowłosa nekromantka... Długie przesłuchanie i to, że jej nie zaprowadził jeszcze do awatara... Mhenlo gra na zwłokę. Brat Gregor zawrócił na pięcie i udał się w stronę gospody. Sam doprowadzi Kłamliwą Sukę do awatara. Powiedzie ją na powrozie na kolanach, kopiąc po wypiętym tyłku. Odczuwał na myśl o tym niemal seksualne podniecenie. Nie zauważył więc pary blado świecących oczu, wpatrujących się w niego z rzucanego, przez niedaleki budynek cienia.
Gregor odszedł, a z cienia wyłoniła się Milla i poszła kawałek w stronę mostka, gdy z przeciwka wybiegł pies. Wyczuł stojącą mu na drodze nekromantkę i zjeżył sierść, a potem zaskomlał i z podkulonym ogonem obiegł ją szerokim łukiem, by zniknąć w ciemności. Milla chwilę odprowadzała go wzrokiem, po czym zawróciła i udała się w kierunku, w którym poszedł Gregor. Wiedziała już to, czego chciała się dowiedzieć.


Franceska weszła powoli do pokoju i zamknęła drzwi. Swą torbę podróżną wrzuciła pod łóżko i podeszła do okna. Było uchylone, więc zamknęła je także. Wyjęła krzesiwko i po chwili świeca zapłonęła swym ciepłym blaskiem. Fergund przyprowadził ją tutaj, powiedziawszy przedtem, co ma robić. Teraz pozostało jej tylko oczekiwanie na Mhenlo.

Chłopiec spał za ladą, gdy nagle obudziło go dotknięcie. Spojrzał i w pierwszej chwili pomyślał, że to Mhenlo, ale już po chwili spostrzegł swą pomyłkę.
- Gdzie ta suka? - Chrapliwy głos nie dopuszczał nawet myśli o kłamstwie.
Wskazał schody. - Trzeci pokój. - Powiedział. Mnich odwrócił się i ruszył na schody. Chłopiec wstał i pobiegł do wąskich drzwi aby obudzić swego chlebodawcę. Jednak Fergund nie spał - dopiero co wrócił z Franceską i nie zdążył się nawet położyć.
- Jakiś mnich przyszedł i pytał gdzie ta suka; poszedł na górę. - Chłopiec nie musiał już nic więcej mówić.
- Uciekaj. - Syknął do niego Fergund. - I już tu nie wracaj, jeśli chcesz żyć.
Chłopiec wybiegł tylnym wyjściem, a Fergund ruszył do małych drzwi prowadzących na salę.

Franceska usłyszała, że ktoś podszedł do drzwi, które nagle otworzyły się na całą szerokość.
- Żałuj za swe kłamstwa suko! - Słowa te wyrzucił z siebie potężnie zbudowany mnich. Jego twarz była okolona czarną brodą, a w oczach błyszczała nienawiść. To nie Mhenlo. Dziewczyna zorientowała się, że coś poszło źle.
- To jakaś... - Nie zdążyła dokończyć, gdyż z podniesionej dłoni mnicha strzelił błękitny płomień i trafił ją w ramię, powodując straszliwy ból i odrzucając aż pod okno. Upadła na kolana. O bogowie... co za ból... przecież to nie może aż tak boleć... Nieraz walczyła na arenach, ale ten ból... był całkiem inny... taki rzeczywisty. Poczuła strach.
- Święty ogień wypali drogę prawdzie! - Darł się potwór w habicie i wolno podchodził do dziewczyny. - Na kolana!! Na twarz!!
Franceska zerwała się na nogi i usiłowała uaktywnić swe, tak pieczołowicie dobierane dziś czary. Ale nic z tego. Jej magia w mieście nie działała i dziewczyna była całkowicie bezbronna.
Podszedł do niej. - Na kolana! - Ryknął. Obrzucił spojrzeniem jej czarną kurtkę z obszernym dekoltem, jej biodra okryte obcisłymi, skórzanymi spodniami... - Na kolana bezwstydna suko!
Z jego dłoni znów strzelił błękitny płomień, trafiając Franceskę w klatkę piersiową i rzucając ją na podłogę. Krzyknęła głośno z bólu i strachu.
- Zostaw ją, ty pokręcony sukinsynu. - Fergund stanął w drzwiach i ruszył na brata Gregora z zaciśniętymi pięściami, wielkimi jak bochny chleba.
Mnich odczekał, aż Fergund zbliżył się na właściwą odległość, okręcił się na palcach lewej stopy i z półobrotu wyprowadził kopnięcie prawą nogą. Zewnętrzna część stopy mnicha trafiła prosto w tchawicę krasnoluda, zabijając go na miejscu i odrzucając jego ciało poprzez otwarte drzwi, aż do barierki, chroniącej podest przy drzwiach.
Franceska podniosła się i dopadła do okna, aby wyskoczyć na zewnątrz, ale ból poparzonego ciała spowodował, ze była zbyt wolna. Kant dłoni mnicha, wzmocniony na pół zgiętymi palcami, spadł jak młot na jej bark, łamiąc obojczyk i zmuszając do klęku na obu kolanach, a potem siadu na piętach. Trwała tak bezsilnie, nie mogąc nawet poruszyć się z bólu. Podniosła oczy na mnicha, unoszącego pięść i zapytała szeptem bezradnie, jak dziecko:
- Dlaczego? Co ja zrobiłam?
Trzask uderzenia rozwiał wszystkie wątpliwości i ciało Franceski, jak podcięte, upadło na podłogę.
- Światło zwycięża! - wrzasnął mnich.
Podszedł do Fergunda i pochylił się nad nim.
- Gdy stajesz naprzeciwko Światłości, spotykasz ciemność. - Rzekł do martwego krasnoluda.
- A gdy stajesz naprzeciwko mnie, spotykasz śmierć. - Usłyszał spokojny głos od strony schodów.
Wyprostował się i spojrzał w kierunku głosu. Drobna, ciemna postać stała na schodach, było widać tylko świecące w ciemności oczy.
Wzniósł ramię i błękitny płomień popłynął w stronę, gdzie była przed chwilą ciemna postać. Właśnie. Była. Pokój za jego plecami rozbłysnął zielonym światłem. Odwrócił się tyłem do zwłok krasnoluda, a przodem do pokoju i zobaczył stojącą nad wypalonymi zwłokami Franceski niewysoką, czarnowłosą nekromantkę, która wpatrywała się w niego świecącymi oczami.
- Wiesz kim jestem? - Zapytała.
Nie odpowiedział, ale nagły błysk w oczach zdradził, że się domyślił. Wzniósł dłoń, ale zanim jeszcze rzucił czar, dziewczyna zniknęła. Blask zielonego światła za plecami uzmysłowił mu, że coś jest nie tak, a cios czymś ostrym w nerki poraził go zimnem i płomień jego czaru został zgaszony, zanim jeszcze zapłonął. Chciał się odwrócić błyskawicznie i zadać cios, ale ból i jeszcze coś, powodowało, że robił wszystko niezmiernie wolno i ze zdumieniem i strachem zobaczył, że dziewczyna bez trudności unika jego ciosu.
"Rzuciła na mnie klątwę"- pomyślał. Wzniósł dłonie i stanął w pozycji, ale szybki cios sztyletem w jego ramię i to porażające zimno, sprawiły, że czar znów został przerwany. Dziewczyna trzasnęła go swą dłonią, odzianą w kolczastą rękawicę. Poczuł ból. Piekący ból na policzku. Zgiął nogę w kolanie, wyprowadzając kopnięcie, lecz nekromantka bez pośpiechu zanurkowała pod jego uniesioną prawą nogą i chlasnęła go ostrzem po wewnętrznej stronie lewego uda.
Odsunęła się troszkę, przechyliła na bok głowę i patrząc mu w oczy powiedziała.
- Krwawisz... W tym świecie tego nie widać, ale krwawisz. Masz przeciętą tętnicę i za chwilę będziesz tylko kupą mięsa, leżącą bez sensu w drzwiach pokoju. Nikt cię nie wskrzesi. Ja tego dopilnuję.
Patrzył jej w oczy i bał się. Jej wzrok paraliżował go, hipnotyzował. Poczuł, że zwieracze puszczają i po chwili upadł poślizgnąwszy się na własnych odchodach.
- Umierasz tak, jak żyłeś. Jako kupa gówna. - Usłyszał jeszcze, po czym wszystko zgasło.
Milla zeszła na dół i zamknęła główne drzwi wejściowe na zasuwę. Potem to samo zrobiła z tylnymi, którymi poprzednio uciekł chłopiec na posyłki. Wróciła na piętro. Dotknęła szkieletu krasnoluda, wypalonego przez jej teleportację i wyszeptała formułę wskrzeszenia. Poczuła, jak jej moc wzbiera i po chwili nad resztkami krasnoluda podniósł się snop białego światła. Fergund stanął na nogi cały i zdrowy. Odruchowo jego ręka powędrowała do szyi.
- Dziękuję. - Mruknął, macając się po gardle.
- Nie ma sprawy. - Odpowiedziała. - Nigdy nie mogłam znieść, gdy inni cierpią z mego powodu.
Podeszła do resztek Franceski. Po chwili wskrzeszona nekromantka stała obok.
- Dziękuję ci bardzo. - Szepnęła i przytuliła się do Milli.
- To ja mam dług wobec ciebie. - Mruknęła Milla. - Dokonaliście podmianki? Ona miała iść zamiast mnie do awatara?
- Tak. Taki był plan. - Odparł Fergund.
Milla przemyślała to sobie.
- Przepraszam, ale to ja nawaliłam. - Odezwała się po chwili. - Zabiłam psa i zrobiłam studnię. Musiałam sprawdzić, czy moje czary działają w mieście. A Mhenlo psa ożywił, pewno po to, by nie został ślad. Ja o tym nie pomyślałam, a powinnam. Niestety ten s***iel widział, jak Mhenlo wskrzesza, i domyślił się, że ja tu jestem. I wziął ciebie za mnie. - Odwróciła się do Franceski. - Jak ci na imię?
- Franceska.
Milla podeszła i położyła jej dłoń na ramieniu.
- Nigdy ci nie zapomnę tego, na co się odważyłaś. - Powiedziała.
- Mówiąc szczerze nie wiedziałam. - Franceska rozłożyła ręce. - A ciebie nie zapomnę. - Rzekła zwracając się do Fergunda. - Po raz pierwszy widziałam kogoś rzucającego się z gołymi rękoma na gnojka z Kręgu Światła. Dziękuję... Jak masz na imię? Muszę wiedzieć kogo wspominać. - Uśmiechnęła się. - "Karczmarz" już nie wystarczy... - Powiedziała przepraszająco.
- Możesz myśleć o mnie: Fergund.
- Hmm. - Milla zastanowiła się. - Do mnie możecie mówić Alli. - Wolała nie zdradzać swego nowego imienia. - Tak będzie bezpieczniej. Ale nie wymawiajcie tego imienia przy nikim.
- Co z nim? - Fergund wskazał mnicha. - Śmierdzi jak cholera.
- Jak każda kupa gnoju. - Stwierdziła Milla.
- Jeśli ktoś go wskrzesi, nie będzie wesoło. - Rzekła Franceska. - Wie zbyt wiele.
- Jaki był plan? Mhenlo miał przyjść tutaj? - Milla spojrzała na krasnoluda.
- Tak. O świcie. - Fergund kiwnął głową.
- A więc nie zostało już wiele czasu. - Milla patrzyła na zwłoki. - Wejdźmy do sąsiedniego pokoju, tu za bardzo śmierdzi i obserwujmy przez okno. Gospodę zamknęłam. Jak przyjdzie Mhenlo, to będziemy go widzieli z daleka. Chcę aby zidentyfikował tego sukinsyna.
- Zgoda. - Fergund otworzył drzwi sąsiedniego pokoju. - Przyniosę też piwo. Śmierć strasznie wysusza... - Skrzywił twarz w uśmiechu.


Szli szybko. Podeszli do drzwi gospody i Mhenlo pchnął je by wejść do środka. Okazały się zamknięte. Mnich spojrzał na Cynn z niepokojem i podniósł dłoń, by zastukać, lecz w tym momencie usłyszał zgrzyt odsuwanej zasuwy. W wejściu ukazał się Fergund.
- Wchodźcie prędko. - Powiedział.
Weszli w milczeniu, z niepokojem przyjmując fakt, że Fergund zaryglował za nimi drzwi.
- Coś się stało? - Mhenlo stał w miejscu, nie kwapiąc się aby iść dalej.
- Szambo ci wylało Fergundzie? - Cynn zmarszczyła swój nosek.
- To Krąg Światła rozprzestrzenia swój szlachetny zapach. - Usłyszeli znajomy głos od strony szynkwasu.
Mhenlo zrobił kilka kroków i spojrzał. O ladę stały oparte dwie czarnowłose nekromantki. W półmroku wyglądały jak bliźniaczki: takie same pozycje, takie same stroje, ten sam wzrost. Przyglądał im się z przyjemnością. Jedna nekro nigdy nie robiła specjalnego wrażenia, ale dwie, lub więcej, stojące obok siebie, zawsze mu się podobały.
- Może powinieneś poprosić, by zatańczyły... - Złośliwie syknęła mu do ucha Cynn.
Uśmiechnął się. - Innym razem. - Mruknął.
- Coś się stało? - Zapytał ponownie. - Nie powinno cię tutaj być. - Rzekł zwracając się do Milli.
- Wróciłam. Popełniłam błąd, nie wskrzeszając tego psa. Byliście śledzeni. Sukinsyn zobaczył, że używasz wskrzeszenia i się domyślił wszystkiego. Przyszedł tutaj i zabił Franceskę... - Milla wskazała dłonią na drugą nekromantkę. Mhenlo skinął jej głową i wyciągnął dłoń.
- Mhenlo. - Przedstawił się.
- ... Oraz Fergunda. Tam leży... i śmierdzi. - Dokończyła Milla.
Mhenlo i Cynn weszli po schodach na górę.
Mhenlo obejrzał zwłoki. Cynn spojrzała i zeszła na dół marszcząc się straszliwie. Podeszła do Franceski i wyciągnęła rękę.
- Jestem Cynn.
- Franceska. - Odrzekła nekromantka.
- To wybitny skurczybyk. Brat Gregor. - Zawołał z góry Mhenlo.
Fergund oparł się o poręcz schodów. - Alli go zabiła. Coś trzeba z nim zrobić.
- Alli? Ano tak... Alli. - Mhenlo kiwnął głową.
- Czy będziemy go wskrzeszać, aby coś nam powiedział? - Zapytała Milla, a Franceska wzdrygnęła się.
- Nie. To niepotrzebne... Ale trzeba go jakoś usunąć i nie dopuścić, aby ktoś go ożywił. - Mhenlo potarł podbródek w zamyśleniu.
Milla rozłożyła ręce i zniknęła, by po chwili pojawić się w rozbłysku zielonej gwiazdy, na zwłokach mnicha. Magia wypaliła ciało, włącznie z wszystkimi nieczystościami, pozostawiając tylko sczerniały szkielet.
- No cóż... Bracie Gregorze. Dotrzymam obietnicy. - Rzekła.
Podeszwą swego buta nadepnęła na czaszkę, która rozsypała się w proch pod naciskiem jej stopy.
- Franceska! Pomożesz? - Zawołała.
- Z przyjemnością. - Nekromantka wbiegła po schodach i przyłączyła się do Milli miażdżąc stopy mnicha. Obie dziewczyny szybko przebierały nogami depcząc kolejne kości. Franceska zachichotała, a po chwili chichotały już obie. Wyglądały, jak dwie małe dziewczynki, podczas zabawy w klasy.
Mhenlo poczuł, że robi mu się niedobrze. - Trzeba być nekromantą, żeby uznać to za rozrywkę. - Mruknął, schodząc na dół i starając się ignorować trzask miażdżonych kości.
Po chwili na górze zapanował spokój.
- Gotowe. - Franceska odgarnęła dłonią włosy z czoła. - Co dalej?
- Miotełka. I szufelka. I jeszcze... Fergundzie, czy mógłbyś przynieść tę spluwaczkę? Tę z podłogi przy ladzie.
Fergund przyniósł spluwaczkę i postawił na podłodze. Patrzył, jak obie dziewczyny zmiatają prochy mnicha na szufelkę, by po chwili wsypać je ostrożnie do spluwaczki.
- Alli, Franceska! Czy wy nie przesadzacie troszkę? - Z niesmakiem skrzywił się Mhenlo.
Milla spojrzała na niego, a jej oczy zabłysły znów tym bladym światłem.
- Nie było cię tutaj. - Rzekła jakimś takim... mściwym głosem. - Wierz mi, nawet gdybyśmy chciały... Nie możemy przesadzić. I tak wolałabym wrzucić jego prochy do szamba. Ale nie dałoby się ich wtedy zabezpieczyć.
- Już. - Mruknęła Franceska.
Milla wzięła spluwaczkę, zeszła na dół i niemal uroczyście postawiła ją na ladzie przed Mhenlo.
Patrzył na nią, jakby go miała ugryźć.
- Jak ci niedobrze możesz do niej splunąć i co tam chcesz... - Zapewniła go Milla, przy akompaniamencie chichotu Franceski. - Ale teraz mam poważne pytanie: Czy któryś z was panowie... - Zawiesiła głos. - Ma znajomości w jakimś hermetycznym zakonie rytualnym?
- Ja mam. - Mhenlo spojrzał na Millę podejrzliwie. - Znam przełożonego pewnego zakonu rytualistów. Nie utrzymują prawie żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym.
- O to właśnie chodzi. - Milla chwyciła spluwaczkę w obie dłonie. - Racz im w takim razie panie, ofiarować tę oto urnę z prochami. Niech opracują formułę czaru "Niezwykłym sukinsynem był Gregor".
Cynn otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a potem zachichotała. Fergund zawtórował jej basowym śmiechem, potem Franceska. Milla stała i patrzyła na Mhenlo z niewinną miną.
Mnich wpatrywał się w urnę - spluwaczkę z niedowierzaniem. Wreszcie ujął ją w obie dłonie nie spuszczając z Milli spojrzenia, w którym kryły się zarówno podziw, jak i rozbawienie.
- To jest... To jest doskonały pomysł. Nie sposób go będzie odszukać. - Rzekł w końcu. - Fergundzie daj jakąś ścierkę, albo szmatkę. Ale czystą tym razem, nie tę z wychodka. I sznurek. Cienki.
Po chwili urna była gotowa i zabezpieczona w torbie Cynn.
- Co dalej? - Milla spojrzała pytająco na Mhenlo. - Czy ryzykujemy z Franceską?
- Oczywiście. Nie ma żadnego ryzyka.
- Czyżby? A jeśli Gregor wysłał jakiś raport?
- Czy miał tyle czasu? Od momentu, gdy spostrzegł, że używam wskrzeszenia?
- Nie.
- A więc nie ma niebezpieczeństwa. Ty i Fergund zostajecie, a ja, Cynn i nasz więzień Franceska, idziemy. Acha Fergundzie, co z gospodą?
Fergund wzruszył ramionami.
- Potem zadecydujemy. - Mhenlo poprawił bluzę. - Czekajcie na nas.
Mnich i obie dziewczyny wyszli na zewnątrz, wtapiając się w powiększający się z każdą minutą tłum przechodniów. Znów nikt nie zwracał na nikogo uwagi. Nikogo nie obchodziło to, dokąd ktoś inny zmierzał... Droknar's Forge budziło się do życia.




Dar





Milla weszła do pokoju na pierwszym piętrze, w którym nie tak dawno jeszcze, odbyła się walka z mnichem i w którym wiodła swoją opowieść. Świeca zapalona przez Franceskę wypaliła się już, ale w pokoju panował półmrok. Za oknem był świt. Zaraz miało wzejść słońce. Nekromantka podeszła do okna i patrzyła. Niebo traciło swą granatową barwę, przechodząc na wschodzie w stronę błękitu i czerwieni. Czerwień blakła coraz bardziej, ustępując miejsca żółci, jednak chmury zabarwiły się krwiście, obwieszczając, że za szczytami gór wychynęła już tarcza słońca.
- "Słońce wschodzi" - Pomyślała. - "Zupełnie jak wtedy"...


- Słońce wschodzi. - Powiedziała Helga.
Spojrzałam na nią. Patrzyła poprzez szparę w skórach zasłaniających wybite okno. Bałam się.
Bałam się jak nigdy dotąd i mam nadzieję, że już nigdy nie poczuję takiego strachu. Najgorsze jest to oczekiwanie. Dłonie mi dygotały, więc splotłam je razem, aby nikt nie zobaczył, jak mi się trzęsą. W Grobie Narodzona, Która Przychodzi Ze Śmiercią nie powinna się bać.
- Akela nadchodzi. - Helga odwróciła twarz w moją stronę i mogę przysiąc, że w oczach miała żal...
Drzwi otworzyły się i Akela weszła do środka. Coś ją gnębiło. Wyglądała tak, jakby to ona szła na pewną śmierć.
- Wszystko przygotowałam... Tak myślę... - Powiedziała, rzuciwszy spojrzenie na Helgę.
- Tak? A co było do przygotowania? - Helga najpierw spojrzała na mnie porozumiewawczo, a dopiero potem skierowała twarz w stronę Akeli.
Akela pominęła pytanie milczeniem. Z torby przewieszonej przez ramię wydobyła jakiś woreczek i podała Heldze.
- Zrób Milli wywar z tego. Musi to wypić...
- Muszę? - Zapytałam. - A dlaczegóż to? Muszę przyznać, że...
- Wiem... - Akela spuściła głowę. - Nie ufasz mi... Ale wypij to. Dla własnego dobra. To cię... Hmmm... Znieczuli. Będziesz po tym zamroczona... Bo ja, naprawdę nie chcę abyś umarła. Zachowasz pewien dystans do własnych uczuć i może... przeżyjesz.
Helga patrzyła na mnie niepewnie, nie kwapiąc się z odebraniem woreczka od Akeli.
- Dobrze. - Machnęłam ręką. - Wszystko mi jedno teraz, czy umrę trzeźwa, czy naćpana jakimś narkotykiem. Wypiję to...
- Jak chcesz... - Helga bez przekonania wzięła woreczek. - Chwilę to potrwa... Muszę zagotować wodę.
- To ja wyjdę przed dom. - Podniosłam się z miejsca. - Chcę zobaczyć wschód słońca.
Otworzyłam drzwi, wyszłam i spojrzałam w górę. Chmury wyglądały, jakby ktoś od niechcenia malował po niebie pędzlem: szare, miejscami granatowe maźnięcia, na tle budzącego się dopiero błękitu. Ale cały spód tych niedbałych maźnięć był skąpany we krwi. To słońce wschodziło za górami.
Ruszyłam w stronę południowej bramy szybkim krokiem, bo było strasznie zimno. Po drewnianych stopniach wspięłam się na parapet muru i skręciłam w lewo, w stronę bramy. Idąc zerknęłam w dół, na plac bramny. Stała tam grupka około pięciu, sześciu osób, które przyglądały mi się z uwagą. Ktoś kiwnął mi głową, dwóch innych ukłoniło się. Skinęłam głową i pomachałam ręką, a potem po kolejnych kilku stopniach, wspięłam się na stanowisko strażników nad bramą. Pozdrowiłam czuwających wartowników uniesieniem dłoni, podeszłam do parapetu strzelniczego i stanęłam na nim. Teraz mogłam podziwiać widok, roztaczający się przede mną. Cały teren pod murem był zasypany śniegiem i gdyby nie świeże ślady, nie można by było rozróżnić, gdzie jest droga, a gdzie jej nie ma. Raz po raz jednostajność zalegającej wszędzie bieli zakłócały wystające ponad śnieg brunatne ostrza skał, rzucające błękitne cienie na śnieg. Taki widok ciągnął się, aż do linii lasu porastającego podnóże potężnego masywu góry. Na lewo w stronę wschodu, masyw obniżał się, by znów wznieść się, wraz z sąsiednim wzgórzem w górę, zasłaniając połowę nieboskłonu. Ale pomiędzy tymi wyniesieniami była przełęcz, przez którą prawdopodobnie wiodła droga. I właśnie tam, majestatycznie wolno wypływała na niebo czerwona tarcza słońca, wzbudzając krwawe odblaski na niebie i śniegu. Widok był niesamowity. Czerwonawe w tym świetle zbocza gór, obramowujących przełęcz, tworzyły jakby wielki puchar, w którym, zanurzony w błękicie nieba ozdobionym czerwonawymi refleksami tkwił, niczym dojrzały owoc wiśni, słoneczny dysk. Doznanie piękna było tak intensywne, że niemal bolesne. Patrząc na to, pomyślałam, że przeżyłam właśnie po to, aby zobaczyć ten wschód słońca, w miejscu, którego nie ma na mapach w świecie, w którym się wychowałam i w którym żyłam. Magiczna kraina, światło jaśniejsze, ból intensywniejszy, piękno piękniejsze, lecz śmierć... jest śmiercią. To powodowało, że do każdej przeżytej chwili, do każdego życia i śmierci należy podchodzić tu z większym szacunkiem.
Odwróciłam się, chcąc wracać... i napotkałam spojrzenie, wpatrującego się we mnie Sylviana. Nie podchodził wcześniej, gdyż z niezwykłym wprost wyczuciem chwili, czekał aż skończę podziwiać wschód słońca.
Teraz podszedł natychmiast i skinął głową.
- Witaj. - Rzekł. - Przyszedłem w imieniu swoim i Brucea. Jako, że niewiadomym jest, kiedy będzie najbliższa okazja... - W ten sposób dawał mi poznać, że bierze pod uwagę możliwość mojej śmierci. - ...Chciałem ci wręczyć tę oto maleńką tarczę. Nie jest ona zwykłą tarczą, gdyż nie chroni od obrażeń... Ale zwiększy twą moc. Oprócz tego będziesz mogła rzucać swe czary jeszcze szybciej. Choć może trudno to sobie wyobrazić. - Dodał z uśmiechem.
Przyjęłam małą drewnianą tarczę i oczy wyszły mi niemal z orbit. Fokus. Sylvian podarował mi niezwykłej wartości fokus, będący do zdobycia tylko w dalekiej Canthcie. Jak?... Przecież są tu odcięci.
- Dziękuję, choć nie uważam, że zas...
- Nic nie mów. - Przerwał mi. - Wierzę, że przeżyjesz... Używaj tej tarczy. I zawsze pomyśl o mnie, gdy na nią spojrzysz... Pomyśl o Siedmiu Łzach i wróć... Wierz mi, nikt nie był tu tak oczekiwany, jak ty. Tu chodzi o to... że wierzę w ciebie... od momentu, gdy nieśliśmy cię z Brucem na noszach.
Zrozum... nie o zadośćuczynienie mi chodzi, ale... o nadzieję, którą w tobie pokładamy wszyscy. Dowiedź, że na nią zasługujesz. I wróć, gdy już przejdziesz... Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale zawdzięczasz nam życie... Dowiedź, że na nie też zasługujesz. Jest tak, jak w przepowiedni... przyszłaś ze śmiercią. Mick zginął z twojego powodu. Nie żywię urazy do ciebie. Widziałem jak walczysz, a jestem wojownikiem. Jestem pod wrażeniem, ale nie zawiedź nas... Wróć.
Patrzył na mnie z powagą. A ja zrozumiałam. Uratowali mi życie, jeden z ich przyjaciół zginął przeze mnie, a nie byłoby tego, gdyby mnie zostawili na pewną śmierć, w dolinie wurma. Sylvian darzył mnie szacunkiem, dlatego powiedział mi o tym wszystkim. ..."Dowiedź, że zasługujesz"... Miał rację.
- Dziękuję... Obiecuję, że wrócę, jeśli przeżyję. A dlaczego Bruce nie przyszedł z tobą? Powiedziałeś, że w swoim imieniu i Brucea...
Nie odpowiedział, tylko pokazał ręką.
Popatrzyłam. Na placu bramnym było mnóstwo osób. Nawet nie wiedziałam, że mieszka ich tu aż tylu... Bruce i kilku ludzi ze straży usiłowali zaprowadzić jakiś porządek, nawoływali do rozejścia się.
- Wszyscy ci ludzie... - Odezwał się Sylvian. - ...Przyszli aby cię zobaczyć i towarzyszyć w drodze do ołtarza. Takie spotkanie z legendą... - Dodał z uśmiechem.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Byli tam chyba wszyscy. Kobiety, mężczyźni, dzieci... Usiłowali dostać się do bramy, ale Bruce i strażnicy nie pozwalali na to.
- Rozumiesz teraz... Musisz wrócić.
- Wrócę. A teraz czas na mnie chyba...
Szybko zeszłam na parapet muru i słysząc za sobą okrzyki zgromadzonych ludzi, zmierzałam w stronę domu Helgi. Prawie biegiem wpadłam do środka.
- Długo cię nie było - Helga podawała mi kubek z wywarem. - Masz pij, już prawie wystygło...
- Musiałam pogadać z Sylvianem... - Mruknęłam, kładąc na stole fokus i biorąc kubek z rąk Helgi. Wypiłam duszkiem, spodziewając się jakiegoś paskudztwa, ale było całkiem niezłe.
- Hm, dobre...
- To na osłodę. - Rzekła Akela. - Zaraz zacznie działać, więc trzeba się pospieszyć. Nie zdążyłaś wyczyścić swego ubrania. Włożyłam ci do twej torby inne... nie nowe, ale nie zużyte. Podobne zresztą do twojego... Ja wezmę twoją torbę. - Akela przerzuciła ją sobie przez ramię.
- Idziemy. - Powiedziała. - Zaraz zacznie działać wywar.
Wychodzimy. W drzwiach Akela prawie zderzyła się z Lyriusem. Trąciłam ją w ramię i podałam fokus od Sylviana. - Też zapakuj - Rzekłam.
- Już wychodzicie... - W głosie Lyriusa czuło się zaniepokojenie. - Ludzie się zgromadzili... Pójdę z wami. Akela... Ty ustawiłaś ten trójnóg do suszenia skór, w świątyni? Na pewno ty... Mogę wiedzieć po co?
- Owszem... Przywiążemy Millę do niego.
- Co?
- A jak to sobie wyobrażasz? Myślisz, że ona da radę klęczeć lub stać o własnych siłach? Nie utrzymamy też jej...
- Nie podoba mi się to... - Lyrius potarł podbródek, w zamyśleniu patrząc na Akelę.
- Mnie też nie... ale nie ma innego sposobu... - Akela machnięciem ręki ucięła dyskusję.
Wolniutko idziemy w stronę placu bramnego. Czuję się jak na pogrzebie, z tym że to ja jestem niestety owym, na razie jeszcze niedoszłym, nieboszczykiem. Znów mogę spojrzeć w niebo. Jest zimno i bezwietrznie. Niebo wydaje się zamrożone. W powietrzu panuje bezruch i jakieś napięcie, tylko para bucha z ust, przy każdym oddechu. Śnieg skrzypi pod nogami i jest to teraz jedyny dźwięk, jaki słyszymy. Przed nami tłum ludzi stoi milcząco, groźny w tej swojej ciszy...
Zaczynam źle widzieć. Wszystko na peryferiach obszaru widzenia rozmywa mi się. Obraz jest ostry tylko w centrum i mam wrażenie, że patrzę z wnętrza tunelu, a on zwęża się z każdą chwilą coraz bardziej... Dźwięk przeszedł o oktawę wyżej i słyszę jak przez ścianę... Nie rozróżniam już poszczególnych postaci, wszystko jest jedną niewyraźną masą, gubię rytm kroku i zataczam się po raz pierwszy. Łapię równowagę i usiłuję iść prosto. Wlepiam wzrok w plecy Lyriusa, który idzie przede mną i staram się iść za nim, ale tak strasznie trudno skupić wzrok w jednym punkcie... Zataczam się po raz drugi... Jeszcze nie doszliśmy do placu bramnego... Bogowie, jak to daleko... Staję robię głęboki wdech i próbuję iść dalej. Jednocześnie czuję, że robi mi się gorąco, a po twarzy ścieka mi pot. Coś chłodnego na mej twarzy... Co za ulga... Przytomnieję odrobinę... Musiałam przyklęknąć, bo... klęczę. Ktoś wyciera mi twarz chustą, to stąd ten niosący ulgę chłód. Skupiam wzrok... To mała Dorothy. Uśmiecham się do niej, a przynajmniej tak mi się zdaje.
- Nie martw się... on przybędzie... - Słyszę jej szept niezwykle wyraźnie, ale nie normalnie, tylko w głowie... wewnątrz.
Wstaję i stoję, a potem widzę śnieg tuż przed sobą... blisko... przy samej twarzy. Ktoś mnie chwyta, nie wiem kto i śnieg ginie gdzieś w oddali. Trzymają mnie... tylko po co? I tak nie ucieknę, ale dzięki temu śnieg jest daleko... Jakieś wstrząsy... To moje kroki. Głowa mi się kiwa na boki, bo widzę, że biel i szarość rozmyta z błękitem się kołysze. Wstrząs większy niż inne... I widzę śnieg, znowu niedaleko... Chyba znowu klęczę. Ktoś znów mnie dotyka, czuję silne ramiona, a potem lecę... albo płynę. Jest cudownie... lecę lekko się kołysząc pod błękitem nieba, a wszystko jest gdzieś daleko w dole. Spaceruję w powietrzu i gdybym tylko chciała, mogłabym dotknąć ręką nieba. Wyciągam rękę, ale nagle robi się ciemno i słyszę jednostajny łomot w głowie. Weszliśmy do świątyni... a ten łomot, to echo naszych kroków. Przestaję się kołysać, wszystko znieruchomiało, a niedaleko widzę coś ciemnego... posadzka. Moje ramiona unoszą się na boki i tak pozostają. Czuję niewielki ucisk w nadgarstkach. Nie wiem, co się dzieje... Coraz mniej wyraźnie widzę posadzkę, a potem... ciemność. I tylko szum w uszach. Jestem i mnie nie ma, bo wiem, ze coś się dzieje i nie straciłam przytomności, ale nic nie słyszę i nic nie widzę, nie mogę też skupić na niczym myśli... ile czasu to już? Tysiąc lat, czy chwilka zaledwie? Tysiąc lat to chwila dla mnie, a każda chwila trwa tysiąc lat. A więc jestem tu i teraz... chwilkę zaledwie... tysiąc lat... Jestem tu od zawsze. Wiatr się zrywa i targa moimi włosami... i jasność taka, że razi nawet poprzez zaciśnięte powieki... Czuję Jej obecność... Jest tutaj.
Ta chwila... To teraz...
"...Raz, dwa, trzy... za wojowników są te łzy..."
Za wojowników... Boris... Czuję jak wzbiera we mnie ból... Wszystko, każde doznanie boli, jak kolec tkwiący w gardle i w sercu i teraz... narasta. Zwala się na mnie, i przygniata, jak głaz.... Pamiętam każdą chwilę spędzoną wspólnie, a każda chwila to tysiąc lat... Tysiąc lat tortury, tysiąc lat żalu za każdym ruchem, słowem, oddechem. Nic już nie narasta, tylko trwa.... Bez końca... Dlaczego? Dlaczego to tak boli? Przecież to tylko żal... Ale normalnie, gdy dotyka nas tragedia, nasza psychika broni się, tworząc tarczę, która nas chroni. Tutaj tego nie ma, brak tej psychicznej obrony. Jest tylko naga, bezbronna dusza smagana biczem żalu i cierpienia. Nie ma gdzie się schować, wszystko zostaje wydobyte z zakamarków mojego ja i wystawione na tę psychiczną torturę. Ściska mi się serce, czuję falę rozżarzonej stali płynącą do głowy i wreszcie tępy rozjaśniający wszystko ból w czaszce. Chyba przytomnieję, bo stwierdzam nagle, że klęczę, a moje ciało wije się na tyle, na ile pozwalają więzy. Klęczę na posadzce, przywiązana w pasie, a ręce mam wyciągnięte na boki i przymocowane do jakiejś poprzecznej belki. To ten trójnóg, o którym wspominał Lyrius... Ale chwila przytomności mija i znów spada na mnie fala wspomnień. Tysiące, setki tysięcy obrazów, a każdy okupiony rozpaczą i bólem. I ja, jako mała dziewczynka jeszcze... Mamo! Tak boli... Wspomnienia nakładają się na siebie jak zęby w kołach krasnoludzkiej machiny, a ja jestem pomiędzy każdym z nich, miażdżona i rozrywana. Mówi się, że wspomnienia to wszystko z czego się składamy, a mnie to wszystko właśnie zabija. Kręgi, jak na wodzie, po wrzuconym kamieniu... ale te schodzą się do wewnątrz i są cierpieniem. Są w mej głowie i powoli, krąg za kręgiem ją miażdżą... Fiona, Viggo, Sven. Nie upadłam, bo więzy jeszcze trzymają... Sita, Sergio, Boris. I ja.
Zaczynam się oddalać... Tam... za kurtyną bólu... Tam jest spokój i ukojenie. Nie będzie bolało... I znowu... wtłaczający się w umysł ból, na który już po prostu brak miejsca, bo wszystko we mnie to ból. Ja jestem bólem. Świecę nim. Rozgniata mi czaszkę i aby nie dopuścić do tego przeciwstawiam się mocą, ale ma moc to życie... i krew... Nie starcza mi ani mocy ani życia... Ma pochodnia zaczyna przygasać... Wypalam się. Nie ma już nic... Ból nawet nie może się utrzymać, bo wszystko już wypalił... Żar tylko został i powoli gaśnie. Już tylko tli się... Zaraz... Zaraz odpocznę i nie będzie już bolało... Aż nagle ból eksploduje ze wzmożoną siłą, a ja czuję, że życie się znowu wtłacza we mnie... Ktoś mi pomaga, ale boi się wziąć, choć odrobinę tego bólu... Ktoś? To mała Dorothy... Wspomaga mnie mocą, którą ja zamieniam na życie, ale czuję, że moc małej słabnie... Łzy... muszę dać łzy, ale jak to zrobić, skoro ból mnie tak wypala, że na łzy brak sił... Aż wreszcie jak oddech życia, czuję tchnienie mocy i jednocześnie część bólu słabnie...
To on... Przybył...
Wołam w myślach i chyba także na głos:
- Ojcze... Nie opuszczaj mnie!
Odzew jest prawie natychmiastowy: wypełnia mnie ogromna fala mocy, wracając całkowicie do życia i większość bólu zostaje załagodzona. Odzyskuję zdolność widzenia i oto... łzy żalu, bólu i ulgi toczą mi się po policzkach, kapią na czarną posadzkę, rozświetlając ją... Rozświetlając? Najpierw pomyślałam, że to odbicie światła Dwayny, ale widzę, że się myliłam... To moje łzy świecą na złoto. Tworzy się z nich eteryczna kula, jest półprzezroczysta...
Za sobą słyszę ogromny huk i trzask, z wielkim zgrzytem coś trze o coś, po czym dobiega do mnie odgłos kopyt... Do wnętrza świątyni wpada zimny podmuch, który zjawia się wraz z tumanem mgły. Ale i wiatr i mgła zatrzymują się, przed niewidzialną barierą wytworzoną przez siły ołtarza.
W świecącej kuli moich łez widzę... To chyba efekt halucynacji spowodowanej wywarem z ziół Akeli... Widzę ludzki płód. Kula z płodem unosi się i płynie w kierunku Dwayny, która stoi błyszcząca z rękoma wyciągniętymi na boki.
- Allima... wytrwaj. - Dociera do mnie wezwanie ojca.
- A więc, dokonało się. - Słyszę łagodny głos Dwayny w głowie.
- Dokonało się... - Powtarzam bezwiednie.
Widzę jeszcze, jak złocista kula wnika w Dwaynę i bogini uśmiecha się.
- Dzielnie się sprawiłaś. - Nadal słyszę Dwaynę w swej głowie. - Twoi przyjaciele są wolni. A ty Soho... - Odezwała się już normalnie. - ... znalazłeś się tu o czasie, tak jak to miało być. Twoja moc podtrzymała twą córkę, tak jak to zaplanowałam. Nie przewidziałam tylko, że ty będziesz miała czelność tu się zjawić. - Dwayna zwróciła się do Akeli.
Więcej nie usłyszałam, bo straciłam przytomność.


Szła szybko, ale nie tak szybko, jakby chciała, bo dzieci były już zmęczone. Świt popędzał ją... Nie wiedziała dlaczego, ale sądziła, że to nastąpi dopiero po wschodzie słońca. Oprócz tego miała wrażenie, że jeśli nie zdąży, to stanie się coś strasznego... Takie bliżej nieokreślone uczucie zagrożenia. Coraz częściej oglądała się za siebie. Ogarniał ją coraz większy lęk... Było jeszcze ciemno, gdy przeszli przez dolinę, ostatnią dolinę przed przełęczą... Nie uszedł jej uwagi grób z wbitymi na sztorc różdżkami. Jeden kostur mnisi i jedna różdżka elementalisty. I ogromne, zamarznięte ciało wurma... Dotknęła palcami czoła, oddając cześć poległym... To już drugi raz na tej drodze... Kilka godzin wcześniej napotkała grób wojownika, z mieczem wbitym w wezgłowie i tarczą położoną wprost na kamieniach... Przywołała z pamięci obraz nekromantki... Cicha, niewysoka... Niosąca śmierć. Jej szlak jest naznaczony śmiercią... Sama nie wiedziała, czego bardziej się obawiała. Czy tego, że znajdzie martwą Akelę, czy Millę. Domek Akeli był pusty, ale to jeszcze niczego nie oznaczało. Przeczucie mówiło jej, że wszystko wyjaśni się tam... w Siedmiu Łzach.
Zdążyła... przed samym świtem. Uczucie zagrożenia minęło wraz z brzaskiem, ale niepokój pozostał. Czuła, że coś się zbliża od południa, ale jest jeszcze daleko... Jakaś potężna siła, coś strasznego.
Słońce musiało wychylić się ponad horyzont, bo usłyszała huk odsuwanych zasuw w furcie. Jednak brama pozostała zamknięta. No tak, ludzie byli ostrożni, gdyż nie było pokoju z krasnoludami. Wojny co prawda też nie, ale do potyczek dochodziło nader często. Czekała, mimo że słońce już wzeszło. Była cisza... niezwykła cisza... Świat jakby wstrzymał oddech, czekając na coś i jednocześnie zmroził wszystko dookoła. "...Pod zamrożonym niebem, ślady stóp zostawi..." czy jakoś tak... Nie pamiętała dokładnie.
Kroki na parapecie bramy, prawie tuż nad jej głową... W tej niezwykłej ciszy wszystko wydaje się głośniejsze... Znajome kroki... nigdy ich nie zapomni. To wtedy, gdy usłyszała ją w korytarzu... Nie, tego się nie da zapomnieć. Odruchowo spojrzała w górę, choć z tego miejsca i tak nie mogłaby jej zobaczyć. Ale zobaczyła parę z oddechu ponad bramą. A więc żyje... Spojrzała na syna... Patrzył w to samo miejsce, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Niesamowite... Jej własny syn był dla niej zagadką. Miał zadatki zarówno na kapłana, jak i wojownika. U jej rasy to bardzo cenione, ale niezwykle rzadkie zjawisko. Jednak nawet ona nie spodziewała się, jak brzemienne w skutki będzie zabranie go tutaj... do Siedmiu Łez.
Córka... stała teraz oparta o odrzwia bramy i wydawało się, że śpi. Niezwykle inteligentna, doskonałe zadatki na kapłankę - władczynię. Oboje pokazały, że stać je na wiele, bo jak sądziła, żadne z ludzkich dzieci nie dałoby rady podołać takiemu marszowi.
Przemogła się i otworzyła furtę. Na placu przed bramą stał dość pokaźny tłum ludzi, którzy wykrzykiwali coś w podnieceniu. Straż, wśród której najbardziej rzucał się w oczy potężny wojownik, usiłowała zaprowadzić jako taki porządek, ale nie najlepiej to wychodziło.
Zobaczyła, że do wielkiego wojownika podszedł człowiek w stroju elementalisty. Znała go: to Lyrius Dramm - dowódca i organizator. Ktoś w rodzaju władcy, choć Siedem Łez nominalnego władcy nie miało. Tutaj władzę sprawowali właściwie, właśnie Lyrius i Helga, doskonale znana jej mniszka. Postanowiła podejść do Lyriusa, ale wtedy właśnie zobaczyli ją ludzie.
Zapadła cisza. Cisza złowroga i nieprzyjemna. Nie wiadomo jakby się to skończyło, gdyby nie mała czarnowłosa dziewczynka, która podbiegła szybciutko do jej syna i córki i chwyciła za ręce.
- Och! - Zawołała. - Jesteście tego wzrostu, co ja, a przecież jesteście prawie już duzi... Chodźcie ze mną do przodu, będziemy widzieć, jak pójdzie pani Milla!
Ludzie roześmiali się.
- Tak, stańcie z przodu, a ty pani, stań obok swych dzieci. - Lyrius błyskawicznie wykorzystał sytuację. - Witamy pani Henrietto Anvill. Niech pokój będzie pomiędzy tobą, a nami.
- Niech będzie pokój. - Z powagą rzekł najbliżej stojący człowiek.
- Niech będzie pokój dla wszystkich. - Odrzekła Henrietta.
- Niech będzie. - Zawtórował ktoś inny.
Lyrius podszedł do Henrietty i pokłonił się.
- Wybacz pani, ale muszę cię tu zostawić pod opieką Dorothy... - wskazał na małą dziewczynkę. - ...i Brucea. - Głową wskazał na olbrzymiego wojownika, po czym odwrócił się i szybko pognał do domu stojącego trochę w głębi.
Henrietta wysunęła się nieco do przodu i odwróciła twarzą do tłumu.
- Przyniosłam wam coś! - Zawołała donośnym głosem. - Aby przypomnieć sobie i wszystkim tu obecnym, czego będziemy świadkami! - Sięgnęła do torby podróżnej i wyciągnęła z niej pożółkły ze starości zwój.
- Rolf... - Wskazała na syna. - ...przeczyta wam... Przepowiednię Michaela! - Wręczyła zwój Rolfowi, który uniósł go w górę, pokazując wszystkim.
Bruce kopnięciem przystawił szybko skrzynkę i postawił na niej Rolfa.
- Czytaj! - Zawołał. Odetchnął z ulgą, że znalazło się coś, co zajmie tłum chociaż na chwilę. Szybko na skrzyni postawił jeszcze jedną nieco mniejszą, zastanawiając się, czy mały krasnolud da sobie radę, ale nie docenił go.
Rolf stojący na dwóch postawionych na sobie skrzyniach, wystawał wraz z ramionami ponad tłum. Wzniósł w obu rękach zwój z tekstem do góry i zawołał mocnym głosem:
- Oto tutaj mam proroctwo Michaela, niechaj wszyscy posłuchają, czego będziemy świadkami!
Tłum umilkł i z wyczekiwaniem spoglądał na młodego krasnoluda. A on wskazał na najbliższego mężczyznę i zarecytował:

Czy słyszałeś?
To wiatru lament.

Wskazał innego i zapytał gromko:
Czy czułeś?
To deszczu płacz.
Czy widziałeś?
To błyskawicy krzyk.


Wzniósł palec w górę i rzekł wyjaśniająco:

To świat wspomina czas,
Gdy płakał Bóg.

Teraz wzniósł w górę zaciśniętą pięść i zaczął odliczać, odginając kolejno palce, patrząc poważnie na zebranych ludzi.

Jedna za duszę,
Następna za krew,
Trzecia za ciało,
Czwarta za przeszłość,
Kolejna za dziś,

Zwinął znów dłonie w pięść i odliczał dalej:

Szósta za jutro,
Siódma za życie
Zgaszone,
Nim światło ujrzało.

Popatrzył po zebranych i zaczął wyrzucać z siebie słowa cichym, lecz dobrze słyszalnym, dramatycznym głosem.
Siedem łez rozpaczy,
Siedem łez tortury,
Siedem łez pamięci,
Siedem łez przekleństwa,
Siedem łez bólu,
Siedem łez okrucieństwa,

Przerwał na chwilę i spuścił głowę, po czym podniósł ją i wykrzyknął:

I groźba zapłaty,
Za boskie siedem łez!


Teraz popatrzył po ludziach i cicho, ale z nadzieją czytał:

To, co łzy zabiły,
To, co żal unicestwił,
poprzez żal i łzy,
Do życia znów powstanie.
Boskie dziecię, przez siostrę śmiertelną
Wskrzeszone bowiem zostanie.
A więc płaczcie,
Bo łzy są wielkim skarbem,
Bogactwem pogardzanym.


Oderwał wzrok od tekstu i pytająco popatrzył po zebranych i jakby z lekkim zamyśleniem rzekł.

Płaczcie więc,
Dopóki jeszcze potraficie.


W oddali skrzypnęły drzwi. Wyszedł Lyrius, a za nim Helga i Akela. Rolf poczekał, aż ukaże się czarno odziana sylwetka nekromantki, wskazał na nią ręką i mówił dalej.

I oczekujcie, bo oto
z południa przybędzie.
W grobie narodzona,
Ze śmiercią przyjdzie
I dar przyniesie,
Nie wiedząc o wczoraj,
Żyjąca swym dzisiaj.
Nie znająca jutra,
Boskiej krwi kropelka.
Odejdzie...
I niosąc wam nadzieję,
Powróci.

Wskazał na ziemię pokrytą śniegiem...

Na białym śniegu,
Pod zamrożonym błękitem nieba,
Ludzkie ślady stóp zostawi.
W człowieczej duszy i ciele,
krew boska.
Za to, co było,
Dar niesie teraz.
I czekajcie, bo nadzieję,
Jutro wam przyniesie.

A więc wypatrujcie,
Gdy z południa nadejdzie.
I płaczcie...
Dopóki potraficie.


Zrobił przerwę i prawie szeptem dokończył:

Dopóki wciąż potraficie...


Reakcja tłumu była taka, jaką Henrietta przewidziała: nikt nie klaskał, wszyscy zamyślili się i patrzyli w skupieniu na zbliżający się kondukt. Rolf był wspaniały... potrafił nadać ową niewymuszoną wzniosłość, nie najlepszej poezji Michaela. Ludzie, którzy jeszcze chwilę temu wykrzykiwali w podnieceniu, teraz z zadumą obserwowali idącą nekromantkę. Nie uszło niczyjej uwagi to, że Milla szła z coraz większym trudem. Zatoczyła się... Jednak za chwilę ruszyła dalej, z natężeniem wpatrując się gdzieś w dal. Jednak po zrobieniu kilkunastu kroków zatoczyła się ponownie... Stanęła i uniosła nieco w górę twarz, po której spływały krople potu. Zrobiła jeszcze jeden krok, po czym nogi ugięły się pod nią... opadła na kolana, kręcąc głową, jakby chciała ją uwolnić z jakichś niewidzialnych więzów. Od tłumu oderwała się mała postać i szybko podbiegła do dziewczyny. Dorothy. Wyciągniętą z małej torebki chustę zanurzyła w śniegu i wytarła nią czoło i policzki Milli. Dało się zauważyć wyraźną ulgę na twarzy nekromantki. Milla z wysiłkiem wstała, po czym znów przyklękła na jedno kolano i upadła na bok, twarzą w śnieg. Tłum jęknął z zawodem.
- Co oni jej dali? - Szepnęła jedna z kobiet do męża. Było widać, że Milla jest pod wpływem działania jakichś środków odurzających.
Do dziewczyny podchodzą Lyrius z Sylvianem i podnoszą. Idą dalej trzymając ją pod ramiona, ale Milla ma kłopoty z utrzymaniem wyprostowanej postawy, głowa kiwa jej się na boki, kroki stawia sztywno i widać, że za chwilę nogi odmówią jej posłuszeństwa. Idą tak jeszcze chwilę, aż nagle dziewczyna wysuwa im się z uchwytu i ciężko opada na kolana. Klęczy chwiejąc się na boki i jasne jest, że już sama nie wstanie. Henrietta widzi, jak do klęczącej nekromantki podchodzi potężny Bruce i jak dziecko bierze ją na ręce. Idą dalej . Milla przestała kręcić głową i wydaje sie być zadowolona. Zbliżają się do świątyni i Helga otwiera ciężkie odrzwia. Wchodzą... Tuż przed wejściem Milla unosi rękę w górę, co tłum odbiera jako pozdrowienie skierowane do wszystkich. Nikomu nie przychodzi do głowy, że ona chce po prostu dotknąć nieba...
W świątyni znaleźli się Helga z Akelą, Lyrius z Sylvianem, Bruce niosący Millę, Henrietta z dziećmi i... Dorothy. Reszta nie śmiała wejść i pozostała na zewnątrz. Wrota świątyni zamknęły się, oddzielając tłum od mających zaraz nastąpić wydarzeń.
Rolf spojrzał na trójnóg i pytająco popatrzył na matkę, ale ona wzruszyła tylko ramionami. Dopiero gdy podeszli bliżej, Henrietta spostrzegła na poziomej belce skórzane pętle, a na centralnej belce wzmacniającej szeroki pas i zrozumiała. Milla miała klęczeć, a w tym stanie nie mogłaby tego uczynić o własnych siłach. Bruce delikatnie umieścił Millę w pozycji, a Lyrius z Sylvianem przypięli ją. Nekromantka ni to klęcząc, ni to siedząc na podkulonych nogach, ciężko zwisała na rękach, podtrzymywana przez szeroki pas. Głowę miała opuszczoną, a długie, czarne włosy zakrywały jej praktycznie całą twarz, opadając aż do bioder.
Wszyscy cofnęli się teraz, zostawiając klęczącą Millę w polu działania sił ołtarza.
Chwilę nic nie działo się. Po chwili powietrze przy ołtarzu rozświetliło się i włosy nekromantki zafalowały, jakby od wiatru. W centrum, tuż przed ołtarzem - posągiem pojawiła się świetlista postać, która powoli bladła, zamieniając się w stojącą naprzeciwko ukrzyżowanej Milli... Millę.
Nie, to nie Milla, choć podobieństwo jest tak bardzo uderzające. To Dwayna przybyła...
Nekromantka uniosła głowę, jakby patrzyła na stojącą w milczeniu boginię, ale oczy miała zamknięte. Nagle drgnęła, dłonie przymocowane do belki trójnogu zacisnęły się w pięści. Szarpnęła się do tyłu, a potem do przodu, jakby chciała się uwolnić, a potem jej głowa poczęła tłuc o wspornik poprzecznej belki, do której przywiązano jej dłonie. Nie krzyczała, słychać było jedynie uderzenia szarpiącego się ciała. Jej głowa kręciła jakiś opętany młyniec, tworząc z włosów czarną aureolę. Całe ciało wiło się jakby chciała wpełznąć pod posadzkę.
Helga zamknęła oczy. Lyrius bladł coraz bardziej, spoglądając co chwilę na Akelę, która z jakąś fascynacją wpatrywała się w cierpiącą nekromantkę.
Milla poruszała się coraz słabiej, aż w końcu znieruchomiała zwisając, tylko jej ciało drżało prawie niedostrzegalnie...
Dorothy z niezwykłym skupieniem i z dłońmi zaciśniętymi w małe piąstki, trwała z zamkniętymi oczami.
Rolf zrobił krok w stronę trójnogu, ale Henrietta pokręciła głową...
Kati stała cicho i patrzyła, a po jej twarzy spływały łzy.
- Przerwij to... - Lyrius potrząsnął Akelą. Jego wargi krwawiły, musiał je sobie bezwiednie przygryźć. - Słyszysz? Musisz to przerwać. To ją zabija...
- Nie można... - Lyrius z ledwością poznał głos Akeli, taki był chrapliwy i zduszony...
- To jest okrutne! - Lyrius ruszył w stronę Milli.
Dłoń Akeli spadła na jego ramię i ścisnęła je, jak w żelaznym imadle. Nigdy nie podejrzewałby jej o taką siłę.
- Wstrzymaj się... To musi nastąpić, niezależnie od wyniku. Zbyt wielkie siły zostały w to zaangażowane. Dwayna przygotowywała to od setek lat...
- Łatwo ci mówić...
- Nic nie wiesz... To JA jestem przyczyną jej cierpienia...
- Co takiego? - Lyrius wlepił zdumione i pełne grozy spojrzenie w Akelę. - Jakim cudem?
Milla znowu drgnęła. Widać było, że życie znowu w nią wstępuje. Ale cierpienie nie ustępowało.
Aż nagle zakrztusiła się niemal własnym oddechem, widać było, że siły jej wracają. Otworzyła oczy i zawołała:
- Ojcze... Nie opuszczaj mnie!
Jej twarz, wykrzywiona dotychczas w grymasie bólu, uspokoiła się. Nekromantka opuściła głowę i po jej policzkach wolno zaczęły toczyć się łzy. Kropla za kroplą spadały na ciemną posadzkę, a każde kapnięcie powodowało złocisty rozbłysk. Nad kroplami na posadzce pojawił się złoty blask, a z niego uformowała się świecąca złotem kula, rozsiewająca wokół łagodne światło.
W tej chwili wszyscy poczuli obecność czegoś potężnego na zewnątrz. Usłyszeli krzyki strachu przed świątynią, a potem jakaś ogromna siła wyłamała drzwi, które z hukiem wpadły do wnętrza, szorując po posadzce. Zatrzymały się dosłownie o krok od Akeli. Usłyszeli stukot kopyt potężnego konia, a w ich twarze uderzył wiatr... W tumanie mgły wjechał do wnętrza jeździec. Lyrius patrzył ze zdumieniem i strachem na odziany w strój elementalisty szkielet jeźdźca, od którego biła ogromna siła. Czerwono świecące oczy wbijały się w każdego z osobna, jakby kogoś szukając.
- Dokonało się... - Rzekła Milla.
Jeździec dłużej zatrzymał wzrok na Akeli, a potem na Dorothy. Wreszcie spojrzał na Millę przywiązaną do trójnogu. Zsiadł z konia, podszedł do Dorothy i położył jej na głowie swą kościstą dłoń. Dziewczynka wyglądała, jakby spała i śniła jakiś piękny sen.
- Konik... Pomogłeś Milli... - Szepnęła uszczęśliwiona i uśmiechnęła się.
Jeździec podszedł do nekromantki i chwilę się jej przyglądał, stojąc trochę z boku za nią, a następnie skierował się w stronę Dwayny. Ukląkł na prawe kolano, przyłożył rękę z różdżką ognia do piersi i pochylił głowę.
A ty Soho... - Odezwała się Dwayna. - ... znalazłeś się tu o czasie, tak jak to miało być. Twoja moc podtrzymała twą córkę, tak jak to zaplanowałam. - Dwayna obróciła się teraz w stronę Akeli, która leżała na posadzce na brzuchu, z głową osłoniętą splecionymi dłońmi, w geście całkowitego oddania. - Nie przewidziałam tylko, że ty będziesz miała czelność tu się zjawić.
- Pani... Tyle lat... Tyle lat żyłam z poczuciem winy... Wybacz mi. Teraz, gdy wszystko się skończyło... Wybacz mi. Nie odtrącaj mnie. Byłam młoda wtedy... Setki lat temu... Nigdy nie myślałam, że do tego dojdzie. Byłam dumna, że mogłam konkurować z Tobą... Ale gdybym wiedziała, że tak się to skończy, nie dopuściłabym do tego. Przez całe swe życie jestem samotna, odseparowałam się od wszystkich... Wzywałam cię tyle razy chcąc zadośćuczynić Tobie, ale Ty nigdy nie odpowiadałaś na moje prośby... To była dla mnie ogromna kara... I to niekończące się poczucie winy... Proszę... wybacz mi. - Akela mówiła nieskładnie, mając twarz niemal wtuloną w posadzkę.
- To się jeszcze nie skończyło. Został jeszcze... on. - Dwayna odpowiedziała, przyglądając się leżącej Akeli. - Czy będziesz miała dość siły? Pamiętaj, że to czym on był kiedyś już nie istnieje. Odeszłaś od niego, nie chcąc patrzeć na to, czym się staje... Aż w końcu stał się. Wiedz, że winię cię także i za to, że nie pozostałaś przy nim. Może nie doszłoby do tego. Popatrz na Soho. To przy nim wzór człowieczeństwa... Natomiast on jest pustą skorupą wypełnioną mocą. Nie jest ani nieumarłym, jak Soho, ani żywym. Jest niczym. Czy dasz radę, aby stanąć po stronie Milli, gdy wróci i pomóc jej? - Dwayna podeszła do nekromantki, która nieprzytomna zwisała ze swego trójnogu boleści i położyła dłoń na jej głowie. Przyklękła, zaglądając Milli w twarz.
- Los nie jest dla ciebie łaskawy... - Mruknęła cicho. - Ale potrzebuję cię do załatwienia jeszcze jednej sprawy...
- Pani... - Soho zwrócił się do Dwayny, patrząc w posadzkę. - Czy pozwolisz mi odejść?
- Nie ja sprawiłam, że taki jesteś. I nie mnie decydować, kiedy możesz odejść. Sam to uczyniłeś. Będziesz więc sam wiedział, kiedy możesz to zrobić. A więc, czy jesteś gotów?
Soho milczał chwilę, wciąż pochylony. - Nie pani... Jeszcze nie. - Odrzekł.
- Widzisz więc. - Nie ja jestem tym wampirem, który cię więzi. I cieszę się, że to zrozumiałeś w końcu. Mam nadzieję, że pomożesz córce w walce ze swym dawnym mistrzem.
- Pomogę.
Dwayna wstała i spojrzała w stronę Akeli.
- Nadal czekam na twą odpowiedź. Czy staniesz po stronie Milli?
- Tak pani... Pomogę jej... ile będę mogła.
- To mi wystarczy. - Dwayna spojrzała teraz w stronę Henrietty i uśmiechnęła się. - Twej pomocy też będzie mi trzeba.
- Co tylko rozkażesz pani...
- Ludzi w Siedmiu Łzach będzie za mało, aby dotrzeć do twierdzy. Twa rasa powinna ich wesprzeć.
- Tak się stanie - Henrietta skinęła głową.
- Pani... - Helga klęcząc z pochyloną głową zwróciła się do Bogini. - Czy Milla musi odejść? Nie może tu zostać i wypocząć?
- Są sprawy do załatwienia w jej świecie. Wróci gdy będzie gotowa. A więc oczekujcie, gdy nadejdzie z południa... - Dwayna uśmiechnęła się i zniknęła.

Po odejściu bogini, wszystkie twarze skierowały się na nieumarłego Soho. Z przerażeniem patrzyły na czaszkę, przyozdobioną złotym diademem. Na czaszkę, w której oczy paliły się złowrogim, czerwonym blaskiem. Airburn podszedł do nieprzytomnej Milli i tak, jak poprzednio Dorothy, położył swą dłoń na jej głowie. Potem wskazał na Brucea i Sylviana.
- Odwiążcie ją.
Sylvian z Brucem odwiązali Millę i położyli na podłodze. Bruce ściągnął z swych ramion obszerny płaszcz i złożywszy na pół, rozpostarł na posadzce, a następnie wespół z Sylvianem położył na nim nieprzytomną nekromantkę. Sylvian ściągnął swój płaszcz także i okrył nim Millę. Drzwi były wyłamane i dość silnie wiało z zewnątrz.
Soho podszedł do śpiącej na stojąco Dorothy, podniósł ją i podał Lyriusowi. Potem skierował swe kroki do Akeli. Akela zawsze tak dumna i ufna w swą moc, zdawała się kurczyć pod spojrzeniem gorejących oczu.
- Gdybym cię spotkał jeszcze wczoraj, zabiłbym cię...
- Soho...
- Zamilcz... Cały czas mnie to nie obchodziło, ale gdy zdałem sobie sprawę, że to Allima ma odpokutować za twe winy... i jego... Ale jego zabiję...
- Pozwól... To nie dar Milli cię tak złości naprawdę... To zmarnowane twoje życie i twej rodziny. A tu nie ja zawiniłam.
- Dlatego żyjesz... A Allima... ma dar od Dwayny. Jeszcze się nie zorientowała. Od czasu wskrzeszenia stale się zmienia... Gdy cierpi, jej moc i umiejętności wzrastają. Jest już potężniejsza od ciebie. A dar łez ją wzmocnił bardziej niż wskrzeszenie. Ale to ciągle mało.
- Nic do ciebie nie dociera... Cały czas widzisz tylko jego i mnie... Twój główny cel jest w Tyrii, a nie tutaj. To Świetlisty Krąg jest twoim celem... Zrozum to wreszcie. Rozpamiętujesz w sobie całe twe życie i mnie winisz za wszystko...
- Ja zbyt krótko żyję i nie mam tyle do rozpamiętywania, co ty, upadła królowo.
- Soho... Proszę...
- Miałem wybór... Mogłem pozostać w Południowych Górach i zezwolić na śmierć Allimy. Wtedy on by ją zniewolił i stałaby się liche. Wówczas razem uderzylibyśmy na Tyrię. I przyznam, była to kusząca wizja. Ale wiem, że ona by cierpiała z tego powodu. A ja widząc jej ból, cierpiałbym z nią. Zrozumiałem, że nie mogę zezwolić na jej śmierć i przeciwstawiłem się jemu. Dopiero wtedy zorientowałem się, kto mnie więzi... Do tej pory sądziłem, że to Dwayna. Ta, którą Świetlisty Krąg uważa za swą Boginię.
- To sztafaż. Wiesz o tym przecież. Przywódcy Kręgu Światła w nic nie wierzą. To Krąg jest ich bogiem. A tak po za tym... Milla miała tę samą wizję, co ty. Przebudziła się z krzykiem.
- Gdybym wiedział, że ona to zaakceptuje, zgodziłbym się... Straszliwa byłaby nasza zemsta...
- Straszliwa byłaby pustka w waszych duszach już po wszystkim. Zrozum to... Gdy zniszczysz wszystko, to nic nie zostaje. To przecież takie proste. I czym byś wypełnił swoje wieczne życie?
- Pamiętałbym. Każdy krzyk, każde przerażone spojrzenie... Każdy skowyt bólu...
- Soho... Nie musiałbyś pamiętać. Spojrzałbyś po prostu w świecące oczy swej córki... W oczy świecące w nagiej czaszce... Tam byś wszystko zobaczył, jak w zwierciadle... Dostrzegłbyś tam jeszcze pytanie: "Ojcze... Dlaczego?"
Soho milczał. Odwrócił się do ciągle nieprzytomnej Milli i patrzył na nią. Potem podszedł do Lyriusa, który odruchowo mocniej ścisnął Dorothy. Akeli wyrwało się z piersi westchnienie ulgi, ale głowę miała opuszczoną.
Soho wpatrywał się w śpiącą dziewczynkę. Wreszcie podniósł spojrzenie swych czerwonych oczu na Lyriusa.
- Nauczcie ją nekromancji. - Rzekł. - Niebawem przybędzie nauczycielka. Przyjdzie razem z Allimą, lub zaraz po niej. Będzie miała na imię Vienna.
Akela drgnęła. - Vienna? Vienna Shadowdust?
Soho odwrócił głowę i skierował wzrok na Akelę.
- Oczywiście Soho... - Akela skurczyła się znowu pod tym spojrzeniem. - Jeśli takie jest twoje życzenie... Milla wspominała o niej, ale jej nie powiedziałam.
- Soho... Powiedz mi, kim jest Dorothy? - Wszyscy ze zdumieniem odwrócili twarze w stronę... Rolfa. Mały krasnolud stał niewzruszenie z podniesioną głową i spokojnie patrzył na nieumarłego, oczekując odpowiedzi na swe pytanie.
Soho podszedł powoli. Henrietta chciała się cofnąć, ale tuż za sobą miała ścianę, więc została i czekała. Rolf ani drgnął. Ręka Airburna wzniosła się nad krasnoludem, który pobladł nieco, ale nie poruszył się nawet... i powoli opadła na jego głowę. Trwali tak przez jakąś chwilę, która Henrietcie wydała się wiecznością. Wreszcie nieumarły cofnął dłoń i przyklęknął na jednym kolanie, aby zajrzeć w twarz małemu Rolfowi...
- Do tej pory klękałem tylko przed Dwayną... - Czyżby uśmiech? Na twarzy nieumarłego nie sposób tego zauważyć, ale Rolf prawie widział, że nieoficjalny, były władca Orr uśmiecha się.
- Dorothy to ktoś specjalny... Jest jak ukryta w rękawie karta. A jest bardzo mocną kartą. I bardzo cenną. Niech to ci wystarczy na razie, młody synu gór. Reszta wyjaśni się później.



Milla stała przy oknie i patrzyła. Słońce było już wysoko i dzień rozpoczął się na dobre, a Mhenlo z dziewczynami nie wracał. Usłyszała kroki i Fergund stanął za nią.
- Chyba są problemy. - Powiedział.
- Zaczekajmy jeszcze chwilkę. - Mruknęła.
- Ciebie nie powinno tu być. - Rzekł krasnolud.
- Mnie już tu nie ma... Wyszłam jako Franceska. Nie mogę teraz po prostu wyjść.
- Musisz wyjść tylnymi drzwiami, bo... Idą!
Spojrzała. Nareszcie! Mhenlo i Cynn powolnym krokiem zmierzają w stronę gospody. Nie widać Franceski, ale to jeszcze nic nie znaczy.
Fergund zbiegł na dół i odsunął zasuwę w drzwiach. Chwila ciszy, wreszcie powolne, spokojne kroki i Mhenlo wraz z Cynn, wkraczają do gospody. Fergund zasuwa z hukiem skobel.
- Musimy wiać. - Spokojnie stwierdza Mhenlo. - Franceskę puścili i chyba wiedzą, że to nie ta sama osoba, która przybyła do Droknar i zemdlała na placu. Gregor był prawdopodobnie jednym z tych, którzy wnieśli Millę do środka. Sukinsyn napisał obszerny raport.
- Millę? - Fergund uśmiechnął się do nekromantki. - Alli, masz jeszcze więcej imion?
Nekromantka wykrzywiła się. - I całą konspirację szlag trafił.
- Moi świetliści bracia oczekują teraz na potwierdzenie od Gregora. - Kontynuował Mhenlo.
- Oczywiście nie dostaną go i wyślą ludzi, aby sprawdzili co i jak. Jako, że Gregor został tu skierowany prawdopodobnie po to, aby śledzić mnie i Cynn, będę podejrzanym numer dwa. Bo numerem jeden jest zawsze Milla.
- Dlatego, że mój ojciec był w trzecim kręgu? - Zapytała Milla.
- To skutek, a nie przyczyna. Ty naprawdę nic nie wiesz? Ojciec cię trzymał pod kloszem, dosłownie i w przenośni.
Milla zastanowiła się nad tymi słowami: ..."dosłownie i w przenośni"... Czy to znaczyło, że klosz magiczny został rzucony na nią, a nie na Viennę?
Ojciec ukrył to, że Vienna i Lukrecja rzuciły na nią magiczny klosz. To dlatego jeszcze żyje... Dlatego szukają jej według rysopisu. Zmiana imienia mogła nastąpić zbyt późno i mogliby ją znaleźć... choć niekoniecznie... Dość szybko stała się Allimą Od Brega, Alli Bregą. Ojciec nie chciał ryzykować. I jeszcze Viggo. Cały czas był z nią, był jej ochroną. Wszystko było zaaranżowane. Tylko dlaczego Viggo jej nie powiedział, choćby wtedy, gdy ranna Sita spała. Nie powiedział, bo by nie uwierzyła. Ale dlaczego to wszystko... Co ona zrobiła? Dlaczego ją właśnie... A ojciec... Ojciec umknął. Stał się nieumarłym i był nie do wytropienia. Wszystko stało się jasne. Po upadku Orr, albo tuż przed, ojciec rozmyślnie został liche, aby uniemożliwić odnalezienie go, a przedtem, w tym samym celu, rzucił magiczny klosz na swą córkę. Dlaczego nie rzucił na siebie? Może już nie zdążył. I jeszcze matka... Matka zginęła, gdy ona miała pięć lat. Ojciec powiedział, że to był wypadek, że testowano nowy czar, ale... wszystko wskazuje na to, że matkę zamordowano. Niecały rok później do pałacu przybyły dwie nekromantki, a jedną z nich była Vienna. Dlaczego nekromancja?... Bo Airburnowie byli zawsze elementalistami i szkoły elementalne były już inwigilowane przez Krąg Światła. Szkoły uzdrawiania z kolei, ze względu na swe powiązania z Dwayną, były często prowadzone przez przedstawicieli Kręgu, co oczywiście uniemożliwiało jej uczestnictwo w nauce, w tych szkołach.
Pozostawały studia mesmeryzmu, bądź nekromancji. Została wybrana nekromancja. Może powód wybrania nekromancji był inny, ale teraz domyślała się przynajmniej, dlaczego nie została elementalistką.
Myśląc o studiach elementalnych, Milla bezwiednie popatrzyła na Cynn, a elementalistka po raz pierwszy odwróciła spojrzenie i opuściła głowę. Nekromantka dojrzała jednak w oczach Cynn coś, czego wcześniej nie było. Szacunek? Niedowierzanie? Współczucie? A może wszystko razem? Ale jedno jest pewne... Cynn wiedziała... A ona nie... Dlaczego Krąg Światła chce ją zabić? Dlaczego awatar Dwayny w Tyrii jest jasnowłosą dziewczyną w sukience, a nie czarnowłosą, w skórzanym stroju nekromantki? Czy dlatego, aby ukryć prawdziwy wygląd Dwayny? Żeby ukryć to, że Dwayna wygląda tak samo jak... ona? Jak Allima Airburn? Jak to powiedziała Akela? ..."Bo ja wiem dlaczego... jesteś do niej podobna. A powód jest... Bo byłaś Allimą Airburn."... Milla rozkłada ręce i rzuca czar. Po poświacie nad jej głową Mhenlo rozpoznaje, że to magia krwi. Wie, że gdyby nie filtr tego świata, widziałby krew płynącą z oczu, uszu i ust nekromantki. Że widziałby jej twarz, jako krwawą maskę, ze świecącymi oczami, twarz jaką widzieli jej przeciwnicy: krasnolud, który oszalał, Thibo i najemnicy, którzy przybyli ją zabić. Twarz demonicy. Wzdrygnął się. Milla rzuciła Przebudzenie Krwi. Obrazy nakładają się szybko i... teraz już wie. Teleport z członkami jej rodu... To nie ona jest tam dwa razy... Jest tylko raz, bo ta druga to... Dwayna! Posąg bogini w przyklęku... Ta bezradność... Ludzki płód w eterycznej kuli z ludzkich łez. Nie wszystko jest jasne... Ale jedno staje się pewnością... Dwayna jest założycielką rodu Airburn! To znaczy że...
- Chcą mnie zabić, bo jestem z rodu Airburn... - Mówi Milla cichym głosem, pełnym jakiegoś niedowierzania, bólu i zdumienia, zupełnie jak dziecko ukarane za coś, czego nie zrobiło. - Bo jestem potomkiem Dwayny... Jestem niewygodna dla nich, bo żyję i jestem z rodu Dwayny...
Milla patrzy bezradnie na Mhenlo, na Cynn, na Fergunda, któremu oczy wyszły na wierzch ze zdumienia.
- Kiedyś... dawno temu, bogini związała się z człowiekiem, zakładając ród Airburnów. - Mhenlo skinął głową. - Jesteś ostatnim, znanym potomkiem tego rodu.
Podświadomość Milli Allimy Bregi Airburn pracuje na poziomie, podwyższonym przez rzucenie czaru... Dwayna zwracająca się z wyrzutem do Akeli... Akela tłumacząca się przed nią i Lyriusem... Coś się potem wydarzyło, po związaniu się Dwayny z człowiekiem... Akela była w to zamieszana... a ten człowiek jeszcze żyje... ale stał się kimś, czy raczej czymś odmiennym... nieludzkim. To on wydał zlecenie po tamtej stronie. Dlatego chcą ją zabić tu i tam. Ale Akela wiedziała, że gdy ona przejdzie próbę łez, stanie się potężniejsza i będzie mogła stawić mu czoła. I jeszcze... Gdy odzyskała przytomność, po złożeniu daru... Rozmowa z ojcem. Wraca pamięcią...




Już jest po wszystkim... Świadomość mi wraca. To koniec? Naprawdę już koniec? Żyję... naprzeciwko widzę ścianę, a leżę na... jakimś... płaszczu chyba... Poznaję... To płaszcz Brucea. Ciągle jestem w świątyni. Siadam i rozglądam się. Są wszyscy. Dorothy śpi na rękach u Lyriusa, a tam pod przeciwną ścianą... Henrietta z dziećmi. Skąd oni tutaj? Wstaję i czekam. Wszystko w porządku. Żadnych zawrotów głowy. Tylko ta cisza... Straciłam słuch? Nie, po prostu nikt nic nie mówi... Robię krok i odzywa się znajome echo. Wszyscy patrzą na mnie jakoś dziwnie...
- No, co jest? - Pytam. - Co tak milczycie?
Cisza... Zauważam strach w ich oczach, bo tam... jest ktoś jeszcze... Przy postumencie... Podchodzę bliżej i widzę wysoką postać, trzymającą rękę przyłożoną do kryształu. Obok stoi trwający w nienaturalnym bezruchu koń. Koń? Szkielet konia. Wysoka postać cofa rękę i odwraca ku mnie głowę z gorejącymi oczami.
- Allima... Jestem dumny z ciebie. Dokonałaś tego...
- Razem to zrobiliśmy. - Odrzekłam. - Gdyby nie ty i Dorothy, umarłabym.
- To teraz nie jest takie proste dla ciebie. - Odparł ojciec.
- Co nie jest proste?
- Śmierć. I nie poświęcaj się już... Nie trafisz bowiem w zaświaty. Ktoś potężny pragnie ciebie. Ciebie martwej. Gdy umrzesz, trafisz do niego i staniesz się nieumarłą... Staniesz się liche. Na jego służbie. Tak, jak ja... byłem. A bardzo trudno wyswobodzić się z tej służby.
- Dwayna? - Zapytałam ze zdumieniem.
- Nie. To nie ona... Myliłem się... On mnie oszukał. Wykorzystał mój strach o ciebie. Powiedziałbym, że musimy go zabić, ale przecież on już właściwie nie żyje... A więc musimy go zniszczyć. Nie jest żywy i nie jest martwy, ale inaczej niż ja...
- Teraz to zrobimy?
- Nie... Najpierw udaj się do Droknar. Przejdź teleport. Jest już dostępny dla ciebie. Musisz odszukać mnicha Mhenlo.
- Gdzieś już słyszałam o nim... Chyba go nawet spotkałam kiedyś...
- Opowiedz mu o wszystkim... Jest parę spraw, o których nic nie wiesz, a nie ma teraz czasu aby ci powiedzieć. Odszukaj pamiętnik Thaddeusa LaMounte. On ci wyjaśni część spraw. Potem wróć tutaj. Najlepiej z pamiętnikiem.
- Jest w nim coś specjalnego?
Jest. Ale przede wszystkim nie chcę, aby wpadł w niepowołane ręce.
- Gdzie go znajdę?
- Niedaleko Wrót Kryty jest zatopiony statek. Pamiętnik powinien być w skrzyni. Jest strzeżony, ale poradzisz sobie... Znajdź sobie kilku zaufanych ludzi i z nimi wróć tutaj. Swą moc staraj się ukrywać, na ile to będzie możliwe.
- Tak zrobię.
- I... Bądź ostrożna, bo jest zlecenie na zabicie ciebie...
- Nic mi nie będzie, wracam przecież do mojego świata. Naszego... Gdyby coś się stało, zostanę wskrzeszona.
- Niekoniecznie... Sprawdź, czy twa magia działa w osadach.
- Co takiego? To możliwe?
- Nie daj się zabić. Obiecaj mi...
Bogowie... Co się dzieje? O czym ja jeszcze nie wiem?
- Obiecuję... Ale... na arenach także?
- Tam jest tylko mniejsze prawdopodobieństwo. Postaraj się nie walczyć, lepiej nie kusić losu... Wróć jak najszybciej. Odszukaj Mhenlo, weź go z sobą, jeśli się zgodzi, a potem pamiętnik. Jak to zrobisz, wracaj...
- Czyli... mam już iść?
- Tak. Im szybciej, tym lepiej. Tylko... teleport za pierwszym razem... otworzy ci duszę... i przeżyjesz jeszcze raz to, co przed chwilą... ale przez mgnienie oka. I tylko ten jeden raz. Wytrzymasz...
Odwróciłam się i podeszłam do Akeli. Podała moją torbę, nie patrząc mi w oczy. Miałam do niej kilka pytań, ale będą musiały poczekać. Popatrzyłam na resztę zgromadzonych. Patrzyli na mnie, ale co chwilę zerkali z obawą w stronę mego ojca. To dziwne, gdyż ja nie wyczuwałam żadnej aury grozy. Spojrzałam na Sylviana.
- Wrócę! Oczekujcie mnie niebawem.
- Wiem. - Rzekł krótko.
- Bywajcie! - Przytroczyłam torbę do pleców i podeszłam do kryształu. Przytknęłam pierścień. Znów purpura z błękitem i magiczny wiatr rozwiewający mi włosy. Plejada postaci i potem... Droknar. Ma dusza otwarta... Bogowie, co za ból... Jak ja to wytrzymałam?... Przestrzeń zwinęła się i zawirowała wydzierając ze mnie jeszcze jeden szloch i jeszcze jeden ból, tak intensywny, że stając w Droknar's Forge, zemdlałam... Zdaje się, że ustanowiłam nowy rekord omdleń. Wróciłam do mego świata!


Jestem z rodu Dwayny... Ta myśl nieustannie powodowała moje zdumienie i strach. To między innymi dlatego zostałam wskrzeszona. To dlatego należałam do Dwayny. I dlatego, to właśnie moje łzy miały być użyte... Moi martwi przyjaciele byli nieważni dla Dwayny, mieli być tylko motywacją dla mnie. Ja miałam po prostu złożyć dar. Natomiast Świetlisty Krąg nie da mi spokoju... to wiem z całą pewnością. A więc trzeba go zniszczyć. To potwór mego świata, butny i dumny. Nie ma nic wspólnego ze swą nazwą, która jakoby czyni z niego źródło tego, co dobre i słuszne. Wszystko było fałszywe: historia, religia, bogowie. A tym, którzy mogliby wskazać właściwą drogę, wypowiedziano bezwzględną wojnę. Wojnę przeciwko memu rodowi i tym, którzy stali po jego stronie. Zabijano wszystkich, kobiety, dzieci, mężczyzn. Winnych i niewinnych. Dobrze mogłam sobie wyobrazić, co się teraz stanie. Będą mnie szukać i nie znajdą. A ci, którzy mnie znajdą - zginą, gdyż nie pozwolę się zabić, lub zniewolić. Nie ludziom z Kręgu Światła. A więc oskarży się zakony nekromanckie o jakieś paskudne praktyki. Wywoła to protest tych zakonów i nekromanckich uczelni świeckich. Wtedy się puści w ruch machinę dezinformacji. Będą się mnożyły relacje o przypadkach jakichś potwornych zbrodni, będących dziełem zakonów i szkół magii śmierci i krwi. Zakony i szkoły ponowią protest, a inne szkoły w strachu o to, że będą następnym celem, przyłączą się do protestu. W obawie przed wojną, Krąg Światła ogłosi, że zakony i szkoły są niewinne, że wina leży wyłącznie po stronie czarnowłosych dziewczyn, pozostających poza uczelniami i zakonami. Znów ruszy machina propagandy i dezinformacji. Łupem padną dziewczyny o czarnych włosach, nekromantki i nie tylko. Śmierć wyszczerzy zęby w uśmiechu. Kobiety będą ginęły od kamieni, wideł, mieczy. Od katowskich toporów i ognia stosów. A wampir będzie oblizywał swe ociekające krwią kły. Prawdziwy wampir naszych czasów. Z tej perspektywy nawet mój sen o liche miał w sobie nutkę satysfakcji - zemsta na wszystkich za wszystko. Ale nie mogę winić tłumu, za to, że jest tłumem. Winni są ci, którzy nim sterują. Trzeba ściąć łeb potworowi, zanim jeszcze urośnie tak, że nic nie będzie można zrobić.

Patrzę na Mhenlo i Cynn. Patrzę na Fergunda. A oni patrzą na mnie...
- Muszę iść. - Mówię. - Załatwcie sprawę gospody... Najlepiej ją spalić. Straty wynagrodzę Fergundowi... Mam odłożoną sporą sumkę.
- Gospoda jest ubezpieczona. - Fergund żachnął się. - Nie na moje nazwisko, ale pieniądze trafią do mojej kieszeni.
- Dobrze. - Uśmiecham się. - Spotkamy się jutro w południe w obozowisku najemników przy bramie.
- Będziemy. - Mówi Cynn.
- Mnie nie będzie. - Mruknął Fergund. - Ja wieję w góry. Może otworzę jakiś mały sklepik... Coś dla kolekcjonerów, a w zamian... nie wiem jeszcze.
- A więc do jutra. - Mówię do Mhenlo i Cynn. - A ty Fergundzie żegnaj. Miło mi będzie kiedyś wspomnieć dobrego i odważnego karczmarza... - Uśmiecham się.
- Żegnaj... Gwiazdeczko... - Mrugnął do mnie okiem.
- Milla... uważaj na siebie. - Mhenlo wycelował we mnie palec. - Jeśli Gregor wysłał raport w ten dzień, gdy przybyłaś, to w mieście mogą być już zabójcy.
- Poradzę sobie. - Odparłam.


Mieli błogosławieństwo Kręgu Światła, a ono ciążyło na nich jak klątwa. Tylko, ze oni nie wiedzieli o tym. Choć mimo wszystko powinni się domyślić. W obozie najemników butnie powiedzieli, czego chcą dokonać i jakie mają możliwości. Orion, wysoki elementalista roześmiał im się w twarz, a popiołowłosa łowczyni zrobiła ręką nieprzyzwoity gest.
To było niesłychane... najemnicy nie chcieli się przyłączyć...
Już samo to, powinno im dać do myślenia, ale postanowili sprawę załatwić mimo wszystko. Łamali reguły i wiedzieli o tym... Mogli zabijać w miastach. Nasłuchali się różnych opowieści i postanowili, że ofiarę najpierw zapakują do worka. Pomysł właściwie nie był zły, gdyby chodziło o kogoś innego... Rudy postanowił, że zarzucą worek na cel i załadują na wózek, walnąwszy parę razy pałką. Nie powinno być problemów. I nie byłoby ich rzeczywiście, gdyby chodziło o kogoś innego...

Skierowałam się do tylnych drzwi gospody i odsunęłam zasuwę. Pchnęłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Ledwo przekroczyłam próg, coś ciemnego spadło na mą głowę, oplątało ciało, krępując ruchy i spowodowało, że nie mogłam rzucać czarów. Worek! Cuchnący worek. Nigdy bym się czegoś takiego nie spodziewała. Wyobrażałam sobie, ze zostanę zaatakowana, tak jak do tej pory, przez assasinów lub wojowników. Albo, że jakiś mag będzie chciał mnie pokonać, ale nie tak...
Czułam się upokorzona i wystawiona na pośmiewisko. Ktoś wprawnymi ruchami zawiązywał worek, wiążąc mi jednocześnie nogi.
- Walnij ją pałką ze trzy razy. - Usłyszałam ciche polecenie.
Pierwsze uderzenie wywołało jaskrawy błysk pod czaszką, który spowodował, że wszystko wokół stało się czerwone... jak krew...


Rudy usłyszał pierwsze, tępe uderzenie pałką, a zaraz potem krzyk... Który przeszedł w wycie tak potworne, że Żyła robiący zamach, nie uderzył ponownie... Rudy z przerażeniem patrzył, jak mocny, przesycony magią worek, który utrzymałby niedźwiedzia w środku, pęka jak papier pod naciskiem uzbrojonej w pazury dłoni... a potem ze środka wyprysnęło to... i śmignęło w stronę Żyły, którego głowa już po ułamku sekundy toczyła się po śniegu, podczas gdy jego ciało stało jeszcze, wciąż ściskając pałkę w ręku. Zobaczył jeszcze spojrzenie strasznych, nieludzkich oczu, świecących jakimś niezwykłym światłem i potem nie było już niczego...


Mhenlo usłyszał krzyk Milli i ruszył biegiem, tuż za nim biegła Cynn, a na samym końcu, nieco spóźniony Fergund. Ale po usłyszeniu wycia, które dosłownie zmroziło im krew, zatrzymali się.
- Tylko nie to... Bogowie... - Wyszeptał zbielałymi wargami Fergund.
Cała trójka popatrzyła na siebie, nie kryjąc przerażenia. Mhenlo zacisnął usta i ruszył do tylnego wyjścia. Reszta za nim. Wybiegli i znów zatrzymali się... Dwa trupy pozbawione głów, leżały w śniegu. Głów nigdzie nie było widać. Po prostu zniknęły. Nigdzie nie było też Milli. Obok leżał duży, rozdarty worek, a nieopodal stał dwukołowy wózek. Mhenlo podniósł worek.
- Było ich tylko dwóch. - Fergund badał ślady. - Zarzucili na nią worek, ten który trzymasz... Ale wyszła z niego... Tylko, że...
- Co może rozerwać taki worek? - Mhenlo oglądał go przez chwilę i upuścił na śnieg.
- Nie słyszałem, aby to się kiedyś zdarzyło... - Fergund pokręcił głową. - Może to jakaś podróbka? Powinien utrzymać nawet trolla w środku, gdyby się zmieścił.
Mnich podjął decyzję.
- Za nogi ich i do środka... Spalimy gospodę... Teraz.
- Krzyk i tak było słychać wszędzie i jeszcze dalej... - Mruknęła dochodząca do siebie Cynn.
- Nie szkodzi. Trudno tak od razu zorientować się, skąd... - Mhenlo nie powiedział nic o tym, że nie widać na śniegu żadnych śladów Milli, oprócz tych przy drzwiach. Jeszcze raz podniósł rozdarty worek, używany przez łowców zwierząt i odwrócił go na lewą stronę. Znalazł to, czego szukał, ale też nic nie powiedział. Z fascynacją wpatrywał się w to co znalazł, a był to zwykły, ludzki włos. Po prostu, długi i czarny. Zwykły, ludzki włos.


Orion z uwagą nalewał sobie wrzątku do kubka. Wiał silny wiatr i łatwo było się poparzyć. Nie było późno, księżyc dopiero co wychynął ponad bramę, przy której jego grupa rozbiła obozowisko. Powoli, osłaniając kubek dłonią, wracał do reszty grupy. Noce zapadały coraz wcześniej i pomyślał, że znów trzeba będzie rozbić namiot zimowy. Będzie z tym trochę roboty, ale przynajmniej ognisko będzie można rozpalić wewnątrz. No i niestety opłata za miejsce będzie większa, ale miał już dość wiatru i śniegu, który dawał się we znaki, przy każdym przygotowywaniu ciepłego posiłku. Usiadł na pieńku, umieszczonym w specjalnie wybranym miejscu, osłoniętym od wiatru i zadaszonym przez grube płótno namiotu, które tworzyło tu małą werandkę. Odstawił kubek i zapalił fajkę. Przyglądał się Alesii, która przymierzała długowłosą rudą peruczkę, przed lusterkiem trzymanym przez łowczynię Reynę i stwierdził, że jest jej do twarzy w długich, rudych włosach. Nie miał pojęcia, co powodowało, że mniszka goliła głowę. Dziewczyny zamierzały iść na jakąś potańcówkę w dzielnicy kupieckiej i Alesia stwierdziła, że pójdzie jako rudowłosa piękność. Zainwestowała w stroje, a Orion musiał stwierdzić, że w spódniczce z Droknar i kurtce i butach z dalekiej Canthy, pofarbowanych na czarno, mniszka prezentuje się sexy. No i jeszcze te długie, falujące, rude włosy.
- Ales! Jakie ty właściwie masz włosy w naturze? - Zawołał.
- Rude! - Roześmiała się mniszka, odgarniając ogniste pukle z czoła i kręcąc biodrami. - A co, jak wyglądam?
Wojownik Stefan, wykonując nieprzyzwoite ruchy za plecami dziewczyn, pokazał jakie wrażenie robi na nim przemieniona mniszka i choć w ogólnej wymowie, było to jak najbardziej aprobujące, to lepiej, że ona tego nie widziała.
Orion uśmiechnął się więc tylko i wzniósł do góry kciuk.
- Super! - Zawołał.
W tym momencie, jego uwagę przykuła samotna postać, zbliżająca się do nich od strony dzielnicy kupieckiej. Pod światło zapalonych latarni widział tylko, że to długowłosa dziewczyna. "Wojowniczka". - Ocenił w pierwszym momencie. Nie; stwierdził po chwili. Dziewczyna poruszała się z gracją, której na ogół brakowało wojowniczkom. Łowczyni zatem. Dziewczyna podeszła bliżej i ze zdumieniem rozpoznał nekromancki strój. Co u licha? Zrozumiał, że w błąd wprowadziły go jej długie, czarne włosy, fryzura, jakiej nie nosiła żadna nekromantka, jakie widział do tej pory. Dziewczyna miała niewielką torbę na ramieniu i dwie żerdzie pod pachą, których końce były zakończone jakby kulkami, osłoniętymi małymi, płóciennymi torebkami. Wyglądało, jakby nekromantka niosła młode drzewka, które zamierzała gdzieś zasadzić. Wrażenie to zwiększyło się jeszcze, gdy dziewczyna, zrzuciwszy torbę z ramienia, zaczęła wbijać końce żerdzi w ziemię tak, że osłonięty płótnem koniec, był skierowany w górę.
"Niech mnie licho... Sadzi drzewka." - pomyślał.
Dziewczyna, uporawszy się z "drzewkami", podniosła torbę i skierowała się prosto w jego kierunku. Zbliżyła się tak, że mógł spojrzeć jej w twarz.
"Ładna" - ocenił w pierwszej chwili i spotkał się ze spojrzeniem jej oczu. Czym prędzej odwrócił wzrok.
"Do licha, co oni im dają do żarcia, w tych ich klasztorach?" - pomyślał.
Dziewczyna podeszła całkiem blisko i zatrzymała się. Stała w milczeniu, przyglądając się każdemu z osobna. Po kolei, każdy z najemników przerywał swe zajęcie i kierował wzrok na milczącą postać. W końcu nawet Alesia, pochłonięta bez reszty swym wyglądem, odłożyła lusterko, które chwilę przedtem, podała jej Reyna. Wszyscy podeszli do nekromantki, stając półkolem.
- Jakieś zlecenie? - Nie wytrzymał w końcu Orion.
- Nie. Wybaczcie, ale chciałam zobaczyć, jak wyglądają ci, którzy odmówili przyjęcia zlecenia od błogosławionych przez Krąg Światła. Chcę wam za to podziękować. A to dla was. - Wręczyła im torbę, zdjętą z ramienia.
Orion powoli zerknął do wnętrza, aby się przekonać, że jest tam pełno butelek mocnego, krasnoludzkiego Ale.
- Oo, dzięki. - Rzekł. - Jednak wytłumacz mi dlaczego?...
- Bo to ja... Byłam celem zlecenia. - Powiedziała dziewczyna. - Jeszcze raz dzięki.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem. Zatrzymała się jednak po chwili i spojrzała na Alesię.
- Świetnie wyglądasz! - Zawołała.
- Dzięki! - Uśmiechnęła się Alesia.
Orion z torbą podszedł do namiotu. Przeliczył butelki.
- Słuchajcie! Po trzy na głowę! Wszystkie to mocne, krasnoludzkie Ale. Skąd ona to ma?
- Nie wiem. - Mruknął Stefan. - A co to za drzewka posadziła?
Podeszli do żerdzi. Na płóciennych torbach był wymalowany symboliczny uśmiech: dwie kropy i pod spodem łuk. Do jednej żerdzi była przymocowana tabliczka. Orion ze Stefanem przeszli na drugą stronę, aby stwierdzić, że na tabliczce jest odręczny napis:
"Ktokolwiek przyjmuje zlecenie na zabójstwo Allimy Airburn, czyni to na własne ryzyko. Pamiętajcie, że nie ma wskrzeszenia dla zabitych w mieście."
Stefan i Orion popatrzyli na siebie i Orion zerwał torbę z pierwszej żerdzi. Ukazała się wbita na nią głowa rudego, z wybałuszonymi oczami, w których zastygł wyraz najwyższego przerażenia.
Stefan ściągnął drugą, by stwierdzić, że i na tej jest głowa, z wytrzeszczonymi ze strachu oczyma.
Znów popatrzyli po sobie.
- Ciekawe, co ich tak przeraziło? - Mruknął w zamyśleniu Stefan.
Orion pokręcił głową w milczeniu i spojrzał w kierunku, w którym oddaliła się nekromantka. Ale nie było już jej widać.
- Zginęli... w mieście. Rozumiesz? W mieście. - Orion patrzył ciągle w kierunku, w którym oddaliła się dziewczyna i mówił nie odwracając głowy, jakby bał się, że przeoczy coś, co powinien zobaczyć. Ale nic się nie działo...



Mhenlo ściskał rękę Fergundowi.
- I co? Dokąd teraz? - Zapytał.
- Najpierw do Lion. Muszę odebrać ubezpieczenie. Trochę to potrwa. A potem... Hmm wracam tutaj... W Południowe Góry. Założę jakąś faktorię handlową. Myślę o dobrych toporach i jednoręcznych różdżkach. Długie łuki może... Konkurencja prawie żadna.
Acha... Jedno mi nie daje spokoju. Ja byłem łowcą kiedyś i znam się na tropieniu. Alli wyszła z worka... tak mówią ślady... Ale to niemożliwe. Bo... Po pierwsze. Ten worek to nie podróbka... Sprawdziłem. Nic o jej wadze nie mogło z niego wyjść. Ani go rozedrzeć. Po drugie... Nie ma jej śladów... Rozumiesz? Ona nie dotknęła śniegu w żadnym miejscu. A jednak jakoś zabiła ich obu i zabrała głowy. Może to nie ona była? W takim razie... Ech... Gadam bzdury.
Mhenlo patrząc mu w oczy, położył dłoń na jego ramieniu i sięgnął do kieszeni swej bluzy. Wyjął coś z niej i podsunął na dłoni przed oczy Fergundowi. - Poznajesz? - Zapytał.
Fergund zerknął. Na dłoni leżał zwinięty w pierścień czarny, ludzki włos.
- Poznaję. Jej włosy?
- Jeden długi włos, taki jak jej, nie wiem czyj, ale był wewnątrz worka. Powtarzam: taki jak jej, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście jej.
- Nie musisz się tak asekurować. Wiadomo, że jej, no bo czyj? Czyli wyszła z worka...
- Fergundzie... Ona go rozerwała... A ja widziałem głowy...
- Ja też... - Fergund skinął. - Jest wystawa u najemników... Na co zwróciłeś uwagę?
- To przerażenie?
- Właśnie... i jeszcze... głowy nie są odcięte. One są... urwane.


Teleport przeniósł mnie błyskawicznie. Obiecałam sobie, że nigdy tu nie przyjdę, ale stwierdziłam, ze jednak muszę. I z pewnością jeszcze nie raz tu trafię. Aby zapewnić sobie spokój, aktywowałam aurę wielkiego mistrza kartografii. Powolnym krokiem ruszyłam przed siebie, przedzierając się przez tłumy gladiatorów. Byłam w wielkim przedsionku Heroes Ascent. Gladiatorzy dobierali się w drużyny, prezentując swe osiągnięcia. Przenikały mnie nakładające się na siebie obrazy wilków, tygrysów, jeleni. Ktoś miał nawet feniksa. Ludzie przeciwko ludziom. Jak wszędzie, ale tu miało to wymiar większy. Dawało sławę i chwałę. Raz po raz, któryś z nich zerkał na mnie, chcąc prosić do drużyny, ale rozpoznawszy mą aurę, z pogardą odwracał się plecami.
Otaczali mnie sami wykwalifikowani zabójcy, wojownicy spędzający tu całe miesiące, czy nawet lata. Ciągle arena. Zaczyna się to jak najszybszym pokonaniem duchów strzegących wejścia. Duchów, którymi nie tak dawno byli, między innymi, moi polegli towarzysze. Potem dopiero przychodzi czas na walkę z innymi grupami gladiatorów.
Jednak ja pamiętam inne miejsce. I inną nazwę. Wielki grobowiec, gdzie na walczących skupiała się uwaga pierwotnych królów. Były to pojedynki na arenach, do których wejścia, także strzegły duchy nieśmiertelnych wojowników. Nieśmiertelnych, gdyż ich sława nigdy nie przemijała. A jednak... Dziś już nikt o nich nie pamięta. Odeszli w zapomnienie, tak jak tamto miejsce, zamieszkałe teraz przez potwory.
Tomb Of Primeval Kings, któż dzisiaj wie, co to znaczy? I co znaczyło przed laty? Ja jednak pamiętam. A wy gladiatorzy, czy myślicie, że wasza sława nie przeminie? Wszystko przemija...

Dochodzę do końca i staję w miejscu, skąd mogę widzieć cały przedsionek, który stanowi ta gigantyczna jaskinia. Przyglądam się gladiatorom. Wielu z nich nigdy nie opuściło aren. Zastanawiam się jak można żyć, nie poczuwszy na twarzy topniejącego śniegu, czy gorącego oddechu pustyni. Albo wiatru, rozwiewającego włosy. Ale może tu jest esencja tego wszystkiego, Może ten świat jest właśnie dla tych gladiatorów, walczących na arenach. Widzę kolejną grupę ruszającą do walki. A więc powodzenia w boju.
I obyście nie spotkali swych poległych towarzyszy, jako duchów, strzegących wejścia.

Podchodzę do małej niszy i zdejmuję torbę. Wyciągam siedem świec, których długo szukałam w Droknar, ale w końcu otrzymałam takie, jakie chciałam. Wszystkie miały symbol zamkniętej powieki, a pod spodem symbol kropelki. Wody lub łzy. Rozstawiam świece: pięć dla tych, którzy jeszcze niedawno bronili wejścia jako duchy, jednej dla Svena... i jednej dla mnie... Zapalam. To moje siedem łez, dla was i dla mnie. Siedem ogni zapalonych w świątyni Balthazara. Nigdy was nie zapomnę. Jesteście dla mnie, jak nieśmiertelni królowie sprzed lat.
Niechaj wasze dusze świętują teraz w krainie bohaterów. Radosnych pieśni, pełnych chwały, wam życzę!




Czara krwi i łez





Potwór obudził się w Droknar's Forge. Był mrokiem, złowieszczymi szeptami o zmierzchu, ukradkowymi spojrzeniami, pełnymi nienawiści i złości. Był zgrzytem stali i świstem pętli w ciemnościach. Z początku był niewielki, ale szybko rósł w siłę. Zabrakło mu miejsca w Droknar, więc wyruszył na północ, wschód i zachód. Skierował się też na południe. Miał nozdrza, które węszyły, pazury, które rozdzierały, uszy, które nasłuchiwały i oczy, które wypatrywały. A jego celem było światło. Parł niepowstrzymanie, rozlewając się po całej Tyrii. Swą drogę znaczył spalonymi osadami i zniszczonymi miastami. Był stosami płonącymi po nocach, krzykiem mordowanych, pijaństwem triumfujących. Był pochodniami, wrzucanymi poprzez powybijane okna, wywlekanymi ze swych domostw rodzinami i samosądem. Był niesprawiedliwymi rozprawami sądowymi i bezpodstawnymi wyrokami. Był armią, która zabijała wszystko na swej drodze, był straszny, bo był ludzkim tłumem. Był niepowstrzymany. Był nieprzewidywalny i był dla mnie poczuciem winy bo... to ja go zbudziłam.

Owego pamiętnego dla mnie wieczora, gdy wróciłam z Heroes Ascent, skierowałam swe kroki w jedno z najmniej odwiedzanych miejsc w Droknar's Forge. Jest tam wykonany z krasnoludzkiej stali posąg, przedstawiający stylizowanego smoka. Klęknęłam przed nim i po chwili moim oczom ukazał się awatar Glint. Półprzezroczysty, świecący srebrzyście łeb smoczycy, wpatrujący się we mnie tymi swoimi niezwykłymi oczami.
- Achh... - Westchnął łeb. - Ty... Jak mam cię teraz nazywać? Allima, czy może Milla?
- Witaj Glint. - Odrzekłam. - Allima zginęła po drugiej stronie przejścia w Południowych Górach. Jestem ta, która powstała... Jestem Milla.
- A więc Milla... Milla Brega... Ta, która wylała łzy... - Na chwilę umilkła, jakby się w siebie wsłuchiwała. - Czyli nie wszystko stracone... Jeszcze tylko ciało... Bo chyba ty nie wyraziłaś zgody?
- Na co?
- No tak... ty nic nie wiesz... Ale się dowiesz. Teraz ty jesteś dla Niej najważniejsza... Wezwałaś mnie. Czego potrzebujesz?
A więc myliłam się myśląc, że moc mego ojca jest większa. Mocy Glint po prostu nie dało się wyczuć. Ukazywała jej tyle ile chciała, ale to ona miała wpływ na losy Tyrii. W istocie, jej moc była niemal boska. Teraz zastanawiam się, czy nie jest większa od mocy każdego z bogów.
I znowu jest coś, o czym nie wiem. Na co miałam wyrazić zgodę? Na ciało? Czyli potrzebne jest ciało... dla tego płodu, który wniknął w Dwaynę?
Skłoniłam głowę.
- Pozwól... zanim powiem, o co chcę cię prosić... Wyjaśnij, na co miałam wyrazić zgodę? Na moje ciało?
- Dokładnie! Ale nie martw się. Jesteś bardzo ważna dla Dwayny i jeśli ci tego nie zaproponowała, to znaczy, że nie bierze ciebie pod uwagę. I bądź spokojna. Ona nic nie zrobi bez twej zgody. A więc ponawiam pytanie: Czego potrzebujesz?
Zaczerpnęłam powietrza. Jeśli się mylę, ośmieszę się tylko, ale jeśli nie... Spojrzałam prosto w oczy smoka i powiedziałam:
- Krąg Światła wydał zlecenie na zabicie mnie. Możesz to anulować? - Uff powiedziałam to... Czekałam. Obawiałam się różnych reakcji... Najbardziej chyba śmiechu, bo to by oznaczało, że nie ma sposobu na cofnięcie tego, ale smok mnie nie wyśmiał.
- Anulować... ot tak sobie. Mam anulować zlecenie jednej z najstarszych organizacji tego świata... Bo nie podoba to się celowi zlecenia. Dlaczego przyszłaś z tym do mnie? Ty, która pozbawiłaś mnie życia. Dla zabawy, można powiedzieć, bo przecież nie byłam dla ciebie zagrożeniem. Na całe szczęście dla ciebie, mnie nie można tak po prostu zabić.
A więc trafiłam! Ona może to zrobić.
- Wybacz Glint... Sporo czasu upłynęło od tamtej pory i wiele się nauczyłam przez te lata.
- Nauczyłaś się zabijać jeszcze lepiej i szybciej, ot co! Ale jest jeszcze coś... Ty też zginęłaś... Poświęciłaś siebie, by ratować przyjaciół. Można powiedzieć, że zrobiłaś to dwukrotnie. Dar omal cię nie zabił. Pytam jeszcze raz. Dlaczego przychodzisz z tym do mnie?
- Wydaje mi się, że to ty jesteś odpowiedzialna za losy Tyrii. To ty przewidziałaś wszystko, co nastąpiło.
- Ja po prostu widzę zagrożenia i próbuję je likwidować.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
- To znaczy, że ja jestem zagrożeniem?
- Jesteś. - Powiedziała poważnie. - Ale większym zagrożeniem będziesz po śmierci, niż za życia. A Tyria i tak zapłonie jeszcze raz...
- Czy w takim razie anulujesz? - Zapytałam cicho.
- Nie jest to takie proste... Trzeba wyznaczyć zastępstwo. I wiedz, że ci, którzy przyjęli zlecenie, będą je mieli nadal. A więc powiedz, kogo wyznaczasz na swoje zastępstwo? Przynajmniej jedną osobę.
- Czy dobrze rozumiem? Ktoś ma być celem zamiast mnie? Mam wyznaczyć cel zastępczy?
- Właśnie tak. Wtedy równowaga nie będzie zachwiana. Na kogo się decydujesz?
- Mam wyznaczyć jakąś niewinną osobę, aby zginęła zamiast mnie? Kogoś z przyjaciół? Tego nie zrobię! - Zawołałam.
- Nie powiedziałam, ze masz wyznaczyć niewinną osobę, albo kogoś z twych przyjaciół. - Wpatrywała się we mnie i miałam wrażenie, że drwiąco się uśmiecha.
- Milla... Możesz wyznaczyć kogo chcesz... to może być nawet kilka osób. - Mruknęła. A gdy jeszcze milczałam, dodała:
- Nawet cały krąg...
Cały krąg... chodzi jej o Krąg Światła oczywiście. Jedno mogę rzec: Glint z pewnością nie była tak bezstronna, jak udawała... Była po mojej stronie.
- Co się stanie, gdy będzie zlecenie na Krąg Światła? - Spytałam.
Patrzyła na mnie, gdy mówiła:
- Ludzie wezmą zlecenie i będą szukać członków Kręgu. Jednych znajdą od razu, innych nie. Sąsiad będzie donosił na sąsiada, wytworzą się grupy, dokonujące samosądu na podejrzanych. Zapłoną stosy i staną szubienice. Stworzy się w końcu armia, która pod twoim sztandarem ruszy na Tyrię.
- Nie mam sztandaru... Ten z Orr już nieaktualny. Nie ma Allimy Airburn.
- Ale jest Milla. Ta, która przelała krew i wylała łzy. I jak to brzmi... jak część zaklęcia, lub modlitwy. Będziesz miała sztandar.
- Czyli wojna i samosądy. Nie chcę tego. A co będzie, jeśli nie anulujesz?
- To samo... Tylko ofiary będą inne... Przynajmniej z początku. Jeśli przeżyjesz.
- A jeśli nie?
Milczała chwilę.
- To najgorsza opcja. - Rzekła w końcu. - Zostaniesz liche i z ojcem ramię w ramię, zniszczycie całą Tyrię.
To znaczy, że nie była po mojej stronie. Wybierała po prostu, tak zwane, mniejsze zło.
Wpatrywała się we mnie w milczeniu.
- Wygląda to tak... - Rzekła w końcu. - Jeśli utrzymam zlecenie, będą cię szukać, ale szansa na znalezienie będzie niewielka. Zaczną umierać kobiety. Z początku tylko te podobne do ciebie, ale później już wszystkie, na które padnie podejrzenie. Wywoła to bunty, które przerodzą się w powstanie. Pewne grupy opowiedzą się za Kręgiem inne przeciw, a potem wybuchnie wojna pomiędzy nimi. Jeśli pojawi się zlecenie na likwidację kręgu, będzie to samo, ale potrwa krócej. Jeśli natomiast zginiesz ty... Przeżyją tylko ci, którzy uciekną. Tyria zginie.
Ciarki mi przeszły po plecach.
- Glint... Dlaczego... Jak do tego doszło?
- Starałam się to opóźnić. Zagłada Orr, najazd charrów, ale nie można było tego powstrzymać. Zawsze było wiele dróg, a każda gorsza od poprzedniej. To przeznaczenie, które powstało, gdy Dwayna związała się z człowiekiem. A właściwie wcześniej, gdy bogowie przybyli tutaj. Związek z człowiekiem, bitwa bogów przeciwko... - Przerwała. Ale po chwili mówiła dalej: - Można to było opóźniać, ale nie można zatrzymać. Może ty to zakończysz. Poprzez Dar jesteś przygotowana. Może już nie być drugiej szansy.
Bogowie... Kim lub czym oni są? Potęgami świata? Czy czymś innym? Jakim cudem możliwy był związek z człowiekiem?
Patrzyłam na Smoczycę. Oczywistym jest, że nie chciała mi powiedzieć wszystkiego. Ale to Henrietta mówiła, ze był czas, gdy bogowie byli między nami... ciało z ciała i krew z krwi...
- Glint... Powiedz, ile jest prawdy w tym, że bogowie stworzyli nas... na SWÓJ OBRAZ i SWOJE PODOBIEŃSTWO?
- Wszystko, co zawiera się w tych słowach jest prawdą. Nie byłoby ludzi, gdyby nie oni. - Odpowiedziała.
Wrócę do tego tematu później, a teraz... Trzeba zakończyć sprawę.
- Glint, a więc proszę cię, abyś zastąpiła zlecenie zabicia mnie, zleceniem na zniszczenie Kręgu Światła. Oby było mniej ofiar, niż przewidziałaś.
- Niech się stanie! - Rzekła Glint.


Nie było mniej ofiar.
Może mogłoby być ich więcej, ale trudno to sobie wyobrazić. Armia przewaliła się przez góry, idąc na północ i dotarła do wrót Kryty. Ginęły krasnoludzkie i ludzkie osady. Ci, którzy się zdecydowali przyłączyć, szli z nami, ci którzy zdecydowali się bronić, zostawali za nami. Martwi.
Często napotykaliśmy regiony, w których mieszkańcy już wybrali strony, zanim się pojawiliśmy. Witały nas wtedy puste osady, przyozdobione wbitymi na pale zwłokami tych, którzy wybrali inaczej, niż większość. Zwłokami, leżącymi na ulicach, w domach i obejściach. Wszędzie tam, gdzie spotkała je śmierć. Mężczyźni, kobiety, dzieci, zwierzęta... Wojna nie oszczędzała nikogo. Moje siedem łez wyzwoliło demony, mieszkające w ludzkich duszach, a one zawyły złowieszczo... I popłynęły łzy. Nie siedem, ale tysiące, setki tysięcy łez. Była to wojna z potworami, które nie przybyły z zewnątrz, lecz mieszkały w każdym z nas. I to było najbardziej przerażające.


- Odejdźmy stąd! Zostawmy ją samą, nie widzisz czym się stała? - Cynn, korzystając z nieobecności Milli, mówiła podniesionym głosem do Mhenlo, który stał z opuszczoną głową.
- To już nie jest człowiek! To potwór! Cholerny wampir! Ta jej przeklęta moc rośnie z każdym dniem, ba z każdą minutą. To ona była na tych obrazach, o których wspominała. Błoniaste skrzydła i wystające kły... Ten jej niby dar przemiany. I trupy... Wszędzie zabici... Bogowie... ja już tego nie zniosę. - Podeszła do Mhenlo blisko, bardzo blisko, tak, że czuł na sobie jej oddech i wyczuwał ciepło jej ciała.
- Mhenlo... Zostawmy ją... Niech krzyczy przez sen daleko od nas. Niech nas nie miesza w swoje życie.
Mhenlo powoli, bardzo powoli podniósł głowę i spojrzał w oczy Cynn.
- Zostanę. - Powiedział. - Obiecałem jej ojcu, obiecałem Viggo, a w myślach obiecałem jej. A kiedyś złożyłem w Orr przysięgę pomocy rodowi Airburn. I dotrzymam jej. I proszę cię... zostań ze mną... podtrzymuj mnie. A przede wszystkim ją... Bo jest już na granicy. To nie jest jej wina, bogowie nie pozwalają jej ani umrzeć, ani żyć... - Opuścił znów głowę. - Rozmawiałem z nią wczoraj...
- I co? Prosiła abyś został? Obiecywała złote góry?
- Zaproponowała, abym odszedł... Abym zabrał cię jak najdalej stąd, abyśmy nie musieli tego wszystkiego oglądać... Ani uczestniczyć w tym. Widzi przecież, jak na nią patrzysz...
Cynn opuściła głowę.
- Bo to już nie jest Milla... - Rzekła cicho. - To jest żywy trup Allimy Airburn, razem ze swoim przekleństwem, które nie wiadomo dlaczego, wszyscy nazywają darem. Ona i to jej przeklęte boskie dziedzictwo. Ludzie są opętani przez nią. Giną z jej imieniem na ustach... To wszystko jest ukartowane, przesądzone z góry, ty tego nie widzisz? - Znowu mówiła podniesionym głosem. - Ten puchar na jej sztandarze... czarny z błękitnymi zdobieniami. Kiedy powstał sztandar? Trzy miesiące temu. A tydzień temu znalazłeś dla niej taki sam puchar... prawdziwy. Z takimi samymi zdobieniami. Uważasz, że to przypadek? Mhenlo... ja się boję.
- Ja też. - Skinął głową Mhenlo. - Ale wiem, że najbardziej boi się ona... I to nie o siebie. Widzi, co się dzieje wokół niej i to ją przeraża.


Wrota Kryty padły. Udaliśmy się na południe w stronę fiordu. Część armii ruszyła na północ aby szerokim łukiem obejść Lwie Wrota i zaatakować właśnie stamtąd. Była jeszcze noc, gdy kołysząc się na falach, opływaliśmy wielkimi łodziami półwysep Lwich Wrót. Miasto płonęło. Widać było łunę pożarów, które wybuchły w stolicy Kryty. Nasza armia jeszcze tam nie mogła dotrzeć, widocznie więc wewnątrz rozgorzało powstanie. A więc kolejne miasto jest nasze. Tu się przegrupujemy i uderzymy na kolejny cel: Twierdzę chroniącą wybrzeże D'Alesio.


Z Północnej Prowincji część ludzi dołączyła do nas, a część została w osadach. Na palach i szubienicach. Armia stanęła na przedpolach D'Alesio. Po porannych manewrach wzięłam do plecaka butelki ale i z niewielką ochroną ruszyłam do najbliższej osady.
Ciemny dym walił w niebo gęstymi kłębami i nie było wiatru, który by go rozwiewał. Słyszałam potrzaskiwanie płonących drewnianych ścian. Cicho pomrukiwały liny z zawieszonymi na nich ciałami wisielców. Ich wytrzeszczone oczy patrzyły na mnie z uwagą, pytając dlaczego musieli umrzeć. I kto jest za to odpowiedzialny.
Wypijam pierwszą butelkę.
Zrywa się lekki wiatr. Idę alejką, którą kiedyś, tak dawno temu przemierzałam, szukając bezpiecznej drogi dla kupieckich towarów z Nebo.
Stoją w szeregach po obu stronach alejki. Ręce założone za plecy, z czcią pochylone głowy. W okolicach karków wystają ostrza pali na które są nabici.
Druga butelka ląduje w krzakach.
Przechodzę szpalerem, który tworzą. Spoglądają na mnie z wyrzutem.
- Dlaczego? - Pytają.
Nie odpowiadam.
- Czy to ty? - Naciskają.
Idę dalej nie reagując. Przechodzę przez całą osadę i wspinam się na wzgórze. Była tam kwatera kapitana, którego znałam kiedyś. Zapomniałam jego imię... Chyba na P. Jakoś tak...
Trzecia butelka.
Kapitan rozpoznaje mnie i uśmiecha się na mój widok. Stoi oparty o drzwi swej kwatery i wyciąga do mnie rękę na powitanie. Podchodzę bliżej... Wiatr wzmaga się i uchyla odrzwia, pomagając kapitanowi przywitać się ze mną. Trzeszczy włócznia, którą ktoś przybił go do drzwi.
- Witaj. - Mówię. Ale on nie odpowiada i patrzy już w innym kierunku. Wiatr przesunął odrzwia. A może się na mnie gniewa po prostu.
- Pozwól, że się napiję... - Mruczę. Przyzwalająco kiwa głową, w rytm poruszeń drzwi, kołysanych wiatrem.
Zostawiam mu połowę czwartej butelki, aby się też napił i zataczając się wracam. Wiatr opowiada różne historie gałęziom drzew. Liście szepczą do siebie. W sieni tańczy dziewczynka, obserwując swe kołyszące się stopy na tle podłogi. Nie... ona patrzy na lalkę, leżącą pod jej stopami. Podchodzę i podnoszę lalkę. Lalka jest uszkodzona... Ktoś jej wbił nóż w korpusik, rozcinając sukienkę i teraz wiórki drewna wysypywały się. Podnoszę wzrok i spoglądam na umorusaną twarz dziewczynki, na której łzy pozostawiły jaśniejsze smugi.
- Zabili mi lalkę... - Cichutko szepcze dziewczynka, spoglądając na mnie z wysokości swej małej, dziecięcej pętelki, tworzącej małą, dziecięcą szubieniczkę, która sprowadziła małą, dziecięcą śmierć.
To tu. Tu jest granica... Nie zaglądam już do domostw, bojąc się tego, co zobaczę. Powolutku ściągam rękawicę i silnie gryzę swą dłoń. Ból powoduje, że odrobinę trzeźwieję, ale to nic nie zmienia. Wiatr nadal cicho szepcze, a dziewczynka tańczy w jego podmuchach, wpadających do sieni.
- Pozwól mała, że zaopiekuję się twoją lalką. - Mówię.
Wracam. Moja ochrona stoi tam, gdzie kazałam im zostać.
Porucznik Roth spojrzał na mnie i coś zobaczył. W oczach, albo w twarzy... Nie wiem...
- Wracamy? - Zapytał.
Milczałam. Wskazałam pale i trupy na nich.
- Buntownicy, pani...
- Buntownicy... - Szepnęłam.
- Tak, pani.
- A więc chodź... Pokażę ci buntowniczkę... - Nadal mówiłam szeptem, bojąc się przerwać historię, którą wiatr opowiadał gałęziom.
Poprowadziłam ich do sieni i pokazałam ręką.
- Buntowniczka... Zwolenniczka Kręgu Światła zapewne... - Wyszeptałam.
Widziałam, że jednak ich ruszyło. Roth zagryzł wargi i spojrzał na mnie bezradnie.
- Na co czekacie, do cholery? Odetnijcie ją. I pochowajcie. - Krzyknęłam, aż wiatr przestał opowiadać i zaczął nasłuchiwać.
Po chwili było po wszystkim. Wracamy do obozu. Wiem, że to pusty gest, że takich bezimiennych, małych grobów są tysiące, ale miałam to szczęście i nie natknęłam się na nie dotychczas.
Wchodzimy do obozu.
- Dowódcę grupy, odpowiedzialnej za pacyfikację tej osady przyślijcie do mnie. - Mówię do Rotha.
- Tak jest. - Krzyknął. Wiedział co będzie.
Mhenlo i Cynn patrzyli na mnie z przestrachem. Byłam pijana, ale coś we mnie było widać, czego alkohol nie potrafił stłumić. Wypijam więc kolejną butelkę. Roth wraca z jakimś gburowatym sierżantem, patrzy na mnie i staje za mną nieco z boku, podtrzymując mnie, bo chwieję się lekko...
Kieruję wzrok na sierżanta.
- Twoi ludzie?
- W obozie, pani...
- Zbierz ich na placu.
- Tak jest. - Wyszedł.
Odwróciłam się do Rotha.
- A twoi?
- Już są na placu. Wraz z oficerem straży i jego ludźmi.
- Dobrze... Prowadź mnie na plac.
Pomógł mi iść, aby nie było widać, jak się zataczam.
Doszliśmy. Mam pijane ciało, ale umysł trzeźwy... Zabójczo trzeźwy.
Przybył sierżant, prowadząc swych ludzi. Policzyłam. Piętnastu. Razem z sierżantem szesnastu.
- W szereg! - Zawołał sierżant.
- Złóżcie broń! - Wydał rozkaz dowódca straży.
Czekałam, aż całe żelastwo zostało zabrane i złożone na stos.
Uniosłam dłoń. Zapadła cisza... Wolno sięgnęłam pod kurtkę i wyjęłam lalkę. Wepchnęłam kilka wiórków do korpusiku. Z lalką w dłoni podchodzę do sierżanta. Zbladł jak płótno. Spoglądam na niego i pytam:
- Czy wiesz, czym różni sie nasza armia od ich armii? - Wskazuję twierdzę.
Milczy.
- A czy któryś z was wie? - Pytam jego ludzi.
Cisza. Tylko wiatr szepcze mi na ucho. Zataczam się lekko, ale Roth stoi obok.
- W naszej armii nie ma morderców, a już morderców dzieci w szczególności. W naszej armii są żołnierze, nie mordercy. Jaka jest kara dla morderców dzieci? - Podnoszę w górę lalkę.
- Śmierć! - Krzyknął dowódca straży.
- Śmierć! - Krzyknął Roth.
Kiwnęłam głową. - Dla dowódcy pal, resztę ściąć.
- Tak jest! - Dowódca straży dał znak swoim.
Sierżant wyrwał się i rzucił do mnie. Myślałam, że chce mnie zaatakować, ale on przyklęknął i pochylił głowę.
- Pani... do tej pory dobrze tobie służyłem, każ mnie ściąć... Proszę...
Popatrzyłam na Mhenlo, na Rotha i na dowódcę straży. Dowódca kiwnął głową.
- Zgódź się pani. - Szepnął Roth.
- Zgoda sierżancie. - Rzekłam. - A więc ściąć wszystkich...
Zostałam na placu z nimi. Czekałam. Podchodzili po trzech. Trzy jednoczesne cięcia toporami i trzy trupy. Ciała są odciągane, podchodzi trzech następnych i to samo... Ja wydałam wyrok i jestem im to winna, bo to moi żołnierze. Słońce chyli sie ku zachodowi, a ja stoję między nim a skazanymi. Dzięki temu mogą mnie widzieć tylko jako ciemną sylwetkę i nie widzą mojej twarzy. To zdumiewające, ale oni nie czują do mnie nienawiści, tak mi się zdaje przynajmniej. Tuż po uklęknięciu, zanim pochylą głowy przed toporem, kładą zaciśniętą pięść na piersi, oddając mi cześć. Uważają, że zawiedli. I to wszystko. Ostatni był sierżant. Swobodnie podszedł do miejsca wyroku, popatrzył na słońce, popatrzył na mnie. Ukląkł, przyłożył pięść do piersi i skinął mi głową.
- Tnij chłopcze... - Mruknął do swego kata i po chwili jego głowa potoczyła się po ziemi.
Otarłam twarz i odwróciłam się przodem do słońca, które jak co dzień, zmierzało w dół, aby schować się za horyzontem. Wkrótce nadejdzie noc, podsumowując zakończony dzień. Wielu ludzi zakończyło dziś swe życie, a wśród nich, pewna mała dziewczynka, która jeszcze na chwilę przed śmiercią płakała, bo ktoś zepsuł jej laleczkę. Małej nawet do główki nie przyszło, że znajdzie się ktoś, kto będzie chciał ją zabić.
Dawno bym już zakończyła ten koszmar, ale nie wolno mi, bo to zwiększy ilość ofiar... Jestem więźniem własnego życia. Dlaczego znowu trzeźwieję?... Odejść... Nic nie pamiętać... Nie żyć...
Za pazuchą mam butelkę...
Powoli wracałam do namiotu. Roth trzymał mnie pod ramię, bo rzucało mną raz w lewo, raz w prawo.
- To byli dzielni ludzie... - Powiedziałam.
- Tak, pani... - Wiedziałam, że odgadł, kogo miałam na myśli.
- Co powoduje, że z dzielnych żołnierzy tworzą się zabójcy dzieci?
- Nie mam pojęcia, pani...
- Ta wojna jest przeklęta. - Mruknęłam.
- Nie, pani. Wszystkie wojny domowe tak wyglądają. Bo nie wiadomo, kto jest właściwie wrogiem. Czy ten, kto nie jest z nami jest przeciwko nam? Czy on tylko nie jest z nami? Ale nie można zostawiać nikogo niezdecydowanego za plecami. Bo przyjdą ci inni i przekonają go... W różny sposób. Zabijając żonę, męża lub dziecko. Albo zabijając całą rodzinę sąsiadów. Albo paląc sąsiednią wioskę. Wtedy pojawiają sie nagli zwolennicy. Metody są różne. A potem się zapomina, co jest dobre, a co złe... A na wojnie właściwie wszystko jest złe. Tylko w pieśniach wojny są pełne chwały. Tak naprawdę są tylko pełne trupów, kalek, i bezdomnych. I sierot. Nie ma o tym nic w pieśniach, prawda?
- Prawda... Któż by chciał słuchać takich pieśni? Lepiej słuchać o mieczach, śpiewających pieśń śmierci, niż o wiszących w sieniach własnych domów, dzieciach.
- Co dalej pani?
- Dalej? Czas na pieśni naszych mieczy... Niech śpiewają pieśń śmierci. Ruszymy po zachodzie. Acha, dopilnuj by mieszkańcy z tej osady ruszyli w pierwszym szeregu...
- Tak jest pani.
Wchodzę do namiotu i sięgam po ale, bo czuję, że znów zaczynam trzeźwieć. Dlaczego ten alkohol tak krótko działa?
Wypijam i czuję, że wszystko zaczyna wirować. Jeszcze jedna... Nic już nie pamiętam, wszystko zgasło.

Przez sen słyszę głosy. Ja zawsze słyszę jakieś głosy... Ale te są znajome. I na dodatek z tego świata. Dobrze jest tak się upić, bo nie mam koszmarów i nie krzyczę...
- Co z nią? - To Roth.
- Upiła się i śpi, pijana jak świnia... - Cynn.
- Nie mów tak... - Znowu Roth.
- A jak mam to nazwać? Pije więcej, niż twoi zabójcy.
- Czasami jest tak zamroczona, że nie wie gdzie jest, a już za minutę potrafi trzeźwo prowadzić odprawę. - Mhenlo.
- Jak jest pijana, to nie krzyczy przez sen... - Roth
- Może dlatego pije... - Mhenlo.
- Co jej właściwie jest? - Znowu Mhenlo.
- Przecież to ty jesteś lekarzem... - Roth.
- Ale ja leczę ciało, a nie umysł...
Podnoszę się, celowo wywołując hałas. Umilkli. Jest już ciemno, gdy wynurzam się z namiotu. Podchodzę do wiadra z wodą i wylewam je sobie na głowę. Opuszczam twarz, wyżymając włosy i odrzucam je na plecy ruchem głowy.
- Czy ludzie już są gotowi? - Pytam.
- Tak, pani... Czekają. - Odpowiedział Roth.
Idę naprzód i po chwili wchodzę w obręb światła, rzucanego przez pochodnie. Wiatr łopocze proporcami w kolorze czerni i błękitu. To moje kolory. Ponad proporcami faluje sztandar. Czarne tło rozświetlone płomieniem, a na jego tle słońce Orr. Pod spodem dwie krople: jedna niebieska, druga czerwona. Obie wpadają do czarnego pucharu z błękitnymi zdobieniami. To mój sztandar.
- Czara! Czara! - Krzyczą ludzie. Ja jestem czarą. Jestem czarą, jestem pucharem krwi i łez. To ja jestem tą, która rozlewa krew i łzy. Podnoszę rękę i zapada cisza. Wyraźnie słyszę teraz szybkie trzepotanie proporców i powolny, dostojny łopot sztandaru. Skwierczenie płonących pochodni i potrzaskiwanie ognisk, których iskry przelatują nam nad głowami. Budzi to wspomnienia Askalonu po "spopieleniu" i jego obozowych ognisk... namioty ze skór... Dość! Jestem tu i teraz! Nabieram powietrza w płuca.
- Po co tu przyszliśmy!? - Krzyczę.
- Zgasić Krąg Światła! - Woła Roth.
- Zgasić Krąg Światła!! - Krzyczą ludzie.
- Co nam będzie do tego potrzebne? Co zgasi Krąg!?
- Krew! Krew i łzy!
Roth podaje mi puchar, który wznoszę wysoko w górę.
- Ja jestem czarą krwi i łez!! Ja rozlałam krew i ja uroniłam łzy!! Teraz kolej na nich!! Niech krwawią i wylewają łzy, niech napełni się czara!! Niech będzie pełna krwi i łez!!
Czyjej krwi?!
- Ich Krwi!! - Zawył tłum.
- Czyich łez?!
- Ich łez!!
- A więc po co tu przyszliśmy?
- Po krew i łzy!!
- Po co?!! - Wrzeszczę.
- Krew i łzy!! Krew i łzy!!
- W imię Allimy! - Intonuje Roth
- Krew i łzy!! Niech napełni się czara!! Czara!! Czara!! W imię Allimy!! Krew i łzy!!
- Tam! - Pokazuję ręką. - Za murami tej twierdzy ukryli się ci, którzy myślą, że nie wyleją ani krwi, ani łez, po które przyszliśmy!! Co nam dadzą?!
- Krew i łzy!!
- A więc naprzód!! - Krzyczę. - Po ich krew! I po łzy!!
Ruszamy.
Oczywiście nie byłam tak głupia, aby po prostu frontalnie atakować przygotowaną do obrony fortecę. Dziś rano urządziłam na przedpolu fortecy pozorowane manewry. Inżynierowie kopali jakieś niby tunele, przygotowywali pozorowane machiny oblężnicze. Miały po prostu być duże i groźnie wyglądać. I miały odwrócić uwagę. W tym samym czasie starannie wybrani przez Rotha zabójcy zostali dobrani w pary ze starannie wyselekcjonowanymi przeze mnie nekromantami. Pary niepostrzeżenie ulokowały się w określonych miejscach, pod murami fortecy i czekały. Czekały na mnie. I teraz właśnie nadszedł czas. Dar od Dwayny okazał się bardzo przydatny. Nie rzucałam czaru. Po prostu w jednej chwili stałam się skrzydlatą furią. Cichą i szybką. I śmiertelnie groźną. Zmieniło się moje widzenie świata. Spektrum barw przesunęło się w stronę czerwieni i od tej pory widziałam wyraźnie, jak w dzień, choć trochę inaczej. Wzbiłam się w górę, staranie unikając spoglądania w stronę księżyca, który mnie oślepiał swym jaskrawym światłem. Wiatr szumiał mi w uszach i rozwiewał włosy. Poniżej, trochę z przodu była forteca, widziana, jako kombinacja barw, od ciemnego fioletu murów, po biel ognisk. Ludzie byli w barwach łagodnego pomarańczu i delikatnej czerwieni. Uderzyłam w starannie wybrane miejsca. Pojawiły się ciała... Żadna z ofiar nie zorientowała się, że śmierć nadchodzi. Jedno... Dwa... Dziesięć ciał...
Wybrani nekromanci rzucili swe czary i pojawili się w obrębie twierdzy, a za nimi znaleźli się tam, teleportujący się do nich zabójcy. Widziałam ich, szybując ponad twierdzą. Dobrze wykonywali swoją robotę. A ja zabijałam... Zabijałam szybko. Obrońcy niczego nie zauważyli i z zawodową precyzją naciągali swe łuki, czekając, aż szturmująca armia wbiegnie w zasięg ich strzał i świateł pochodni, umieszczonych na długich żerdziach. Chowam się w cieniu i rzucam czar. Po nim drugi i trzeci. Dopiero po siódmym obrońcy zorientowali się, że coś jest nie tak. Ci, którzy odwrócili się i spostrzegli, co się dzieje, stanęli sparaliżowani ze strachu i wcale się im nie dziwiłam. Widok około dziesięciu kilkumetrowych minionów, co sekundę wypuszczających dwa pociski wielkości włóczni, przeraziłby każdego.
Tymczasem zabójcy otworzyli już bramy, zabijając przedtem nieliczną i nieprzygotowaną na atak z wnętrza, ochronę wrót.
Obrońcy na murach ostrzeżeni krzykiem, starali się powalić miniony, ale te zabijały zbyt szybko i co chwilę powstawały nowe. Gdy moja armia wbiegła w zasięg strzał, nie było już komu strzelać. Wyjąca tłuszcza wtargnęła przez otwarte wrota i z okrzykiem "krew i łzy", uderzyła na nielicznych już obrońców. Rozpoczęła się rzeź. Po chwili w niebo runął triumfalny wrzask moich ludzi.
Twierdza D'Alesio została zdobyta. Droga do serca Kryty stanęła otworem.
Podchodzę do Rotha, który mi wręcza puchar pełen ale. Jako furia, z czarą w rękach starannie wybieram miejsce. Musi być oświetlone przez ogień i wysokie, ale nie za bardzo, bo muszę być dobrze słyszana i doskonale widoczna. Ląduję na bramie oświetlonej przez płomienie i powracam do swej zwykłej postaci.
W ciemnościach nocy, rozświetlonych płonącymi budynkami, rozlega się mój zew. Wszyscy nieruchomieją i spoglądają w moją stronę. Wznoszę wysoko puchar z ale.
- Krew i łzy!! - Wrzeszczę.
- Krew!! Krew!! Łzy!! Łzy!! - Odpowiada tłum.
Wypijam duszkiem, trzymając puchar oburącz, a potem wznoszę obie ręce w górę, w jednej puchar, druga zaciśnięta w pięść. Odrzucam głowę do tyłu, spoglądając w niebo.
Moje wycie płynie do gwiazd.
Po chwili, gdy umilkło, słyszę z dołu ochrypły, spazmatyczny ryk tłumu. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, kim dla nich jestem...



Wiatr targał gałęziami drzew, które szumiały natrętnie, nie pozwalając mi zasnąć. Było już późno, a ja ciągle przewracałam się z boku na bok, oczekując na sen. Może dlatego nie mogłam spać, bo byłam trzeźwa? Wyciągnęłam rękę w bok i namacałam torbę, ale nie było w niej nic do picia... I jeszcze ten niepokój. Wokół ciągle coś szeleściło i szumiało, nietłumione przez ściany namiotu, w którym leżałam.
Coś było w pobliżu. Coś lub ktoś... Już od kilku dni czułam na sobie czyjąś skupioną uwagę. To dlatego nie piłam. W aurze tej istoty było... coś znajomego. Zetknęłam już się z nią kiedyś. Musiało to być spotkanie na tyle istotne, że rozpoznawałam TO, jako coś znajomego i na tyle błahe, że nie pamiętam, CO to było. Albo było to bardzo dawno temu...
Istota bardzo delikatnie usiłowała wejść w mój umysł. Robiła to powoli i bardzo ostrożnie. Zablokowałam te usiłowania ostro i bezceremonialnie, komunikując tym samym: „czuwam i nie pozwalam”. Czułam jak to coś powoli wycofało się, a potem zniknęło. Po chwili nie wyczuwałam już niczego w pobliżu. Cokolwiek to było, odeszło.
Wiatr śpiewał nadal swą nocną pieśń, a gałęzie akompaniowały mu, potrząsając liśćmi. Sen nadchodził, przeciskając się pomiędzy drzewami, wsłuchany w śpiew wiatru. W końcu przyszedł.

...Ciemny dym walił w niebo gęstymi kłębami i nie było wiatru, który by go rozwiewał. Słyszałam potrzaskiwanie płonących drewnianych ścian. Cicho pomrukiwały liny z zawieszonymi na nich ciałami wisielców. Ze wszystkich stron słychać było ochrypłe krakanie wron. Siedziały wszędzie: na ramionach, głowach, były wczepione w ubrania. Miałam wrażenie, ze wisielcy ciągle żyją, bo wszystko poruszało się. Ciała powoli okręcały się, kierując twarze w moją stronę.
- To TY! Ty nas zabiłaś... Strasznie nas zabiłaś. Kim jesteś? Kto dał ci prawo?...
- Nie... To nie tak... – Usiłuję się tłumaczyć. – To i tak musiało nastąpić...
- Zabiłaś nas... Zabiłaś...
- Morderczyni! Wampir!
Zbiegam na drogę w panicznej ucieczce, bo ciała wisielców spadają na ziemię i koślawo podnoszą się. Pełno ich wszędzie. „Jestem nekromantką.” – Powtarzam ciągle sobie. - „Umarli nie robią na mnie wrażenia.” – Jednak to tylko puste słowa. I wtedy go ujrzałam.
Stał na drodze, blokując mi przejście. Był jak marzenie: wysoki, dobrze zbudowany. Miał lekko wijące się, ciemne włosy i jasne oczy, kontrastujące z opaloną twarzą. Ubrany w przepiękny strój elementalisty, w kolorze złota i błękitu. Zza pasa wystawały mu rękawice z szerokimi mankietami.
- Chodź do mnie. Ja cię obronię. – Wyciągnął ku mnie dłoń, na której krwawo zalśnił pierścień.
Znam ten pierścień. Jest taki sam, jak mój.
- Kim jesteś? – Pytam.
- Chodź! Już są blisko!
Oglądam się. Wisielcy poruszają się powoli, ale nieubłaganie prą naprzód, w chmurach much i z kraczącymi nad głowami wronami. Jednak są jeszcze dość daleko.
Odwracam się do mężczyzny.
- No chodźże... - Ciągle trzyma wyciągniętą dłoń i patrzy na mnie tymi jasnymi oczami. Błysnęły zęby w uchylonych w uśmiechu ustach. Ale czułam w nim jakiś fałsz... te oczy... zimne jak lód.
Coś było nie tak.
- Nie... – Powiedziałam, trochę na przekór sobie.
- Jak chcesz... – Mruknął. I odrzucił maskę dobroci i piękna. Twarz zmieniła się w czaszkę obciągniętą skórą, jasne oczy zapłonęły czerwienią. – I tak trafisz do mnie! – Zawołał. – Wcześniej czy później... Trafisz...
Zawracam i lawirując pomiędzy niezgrabnymi, byłymi wisielcami, biegnę drogą pod górę, w stronę centrum osady.
Stoją w szeregach po obu stronach alejki. Ręce założone za plecy, z czcią pochylone głowy. W okolicach karków wystają ostrza pali, na które są nabici. Z widocznym trudem unoszą twarze i kierują na mnie spojrzenia.
- Już nigdy... Nigdy nam nie uciekniesz... Zabiłaś nas... My... Zabijemy cię także. Kawałek po kawałku. Zabijemy twą duszę. Nie uciekniesz... NIE UCIEKNIESZ JUŻ NAM!!
Boję się. Strach powoduje, że czuję każdy włos na głowie. Wiem, w którym miejscu jest każda cebulka. Czuję ją. Mam gęsią skórę na dłoniach i plecach. Nogi mi się plączą i upadam.
- „To sen” – Pocieszam się. – „To tylko sen”.
Ale wiem, że to nie do końca jest prawdą. Coś zawładnęło mą istotą, mymi myślami. COŚ weszło w me sny. I zabija mnie.
Podnoszę się czym prędzej na czworaki i wstaję, a wtedy dopada mnie pierwszy, silny podmuch.
Wiatr... Wzmaga się. Wyje. Ale nie rozwiewa mgły, która jest cieniem, albo cienia, który jest mgłą, a która pojawiła się jakieś kilkanaście kroków przede mną.
Wszystko znieruchomiało i czekało. Nawet wrony przestały krakać i to spowodowało, że odwróciłam się na moment. Nieumarły w stroju elementalisty zatrzymał się i czekał, a wraz z nim czekała jego armia wisielców. Znów spojrzałam przed siebie. Mgła opadała, aż wreszcie opadła odsłaniając... kobietę. Miała dziewczęcą figurę i była niewielkiego wzrostu. Na głowie miała demoniczną maskę, skrywającą jej twarz., ale nie zasłaniającą kosmyków długich, czarnych włosów, opadających na ramiona. Kobieta była nekromantką, a ja rozpoznałam w jej aurze owo coś, co chciało ukradkiem wejść w mój umysł, zanim zasnęłam. To ona była tym czymś znajomym, które powodowało, że nie piłam i śniły mi się koszmary.
Wyciągnęła rękę w mym kierunku i delikatnie dała znak, bym ją ominęła i pobiegła dalej. Maska była skierowana w stronę mężczyzny – liche.
- Nie dostaniesz jej! – Usłyszałam jej głos.
Mężczyzna jakby westchnął, ale nie oglądałam się, tylko biegłam, starając się powiększyć, dzielącą nas odległość. Zdałam sobie sprawę, że głos kobiety też był mi znany.
- Ty... Śmiesz mi się przeciwstawić? – Mężczyzna mówił donośnie, z odrobiną lekceważenia.
Rozległ się śmiech kobiety, pełen rozbawienia i pewności siebie.
- Chcesz spróbować swych sił? Tutaj, w jej śnie? Zacznij tylko!
Czułam, że mężczyzna zrezygnował. Powoli wycofywał się z mej osobowości.
- Zobaczymy się jeszcze! – Zawołał do kobiety i do mnie, po czym zniknął.
Nagle aż podskoczyłam ze strachu, tak mnie to zaskoczyło... Ktoś chwycił mnie za rękę.
Koło mnie stała dziewczynka, ta sama, którą odcięliśmy od pętli i pochowaliśmy. To ona mnie chwyciła.
- Nie bój się. – Powiedziała. – Ona... – Wskazała w stronę kobiety. -... Poprosiła mnie, bym ci powiedziała. Dziękuję ci, że zaopiekowałaś się lalką. Ty nie jesteś zła. Może nie jesteś też dobra, ale zła na pewno nie. Widzisz... – Pokazała mi. -... Mam teraz całą lalkę. A co z tamtą?
Odetchnęłam kilka razy.
– Naprawiłam ją i przymocowałam do mojego focusa... Takiej magicznej tarczy. – Odrzekłam. Usiłowałam się uśmiechnąć, ale nie bardzo mogłam.
Mała poważnie skinęła głową.
– Teraz mogę już iść. Mama i tata czekają.
Ruszyła w stronę kobiety, stając się coraz bardziej przezroczysta, ale zatrzymała się jeszcze i obejrzała na mnie.
- Jak ci na imię? – Spytała.
- Milla.
- Ja mam na imię Inga. Nie jesteś zła, Milla. – Powiedziała i zniknęła.
Patrzyłam na kobietę, usiłując odgadnąć kim jest, ale nie bardzo mogłam się skupić.
- Zapamiętaj to. – Zawołała kobieta i zniknęła także.
Te słowa... i ten gest dłonią... Trafiło to we mnie jak cios, spowodowało, że zadrżałam. Znam ją! To może być tylko... O bogowie... To ona.

Obudziłam się drżąc. To sen... Ale to nie był zwykły sen. Można powiedzieć, że to wydarzyło się naprawdę. Obszarem pierwszej konfrontacji była moja podświadomość. I nie było to dziwne. Na studiach wiele razy ostrzegano, aby nie eksperymentować w ten sposób, bo można otworzyć drogę do własnego jestestwa siłom niepożądanym. Na szczęście okazało się, że na tym terenie mam obrońcę.
Drgnęła płachta wejścia do namiotu. Była zasznurowana, ale ten, co był na zewnątrz nie tracił czasu na odwiązywanie. Widziałam jego cień na ścianie namiotu, bo na placyku zgromadzeń płonęły ogniska. Jednym cięciem noża rozciął sznur i wszedł. Roth. To Roth wtargnął do środka z nożami w dłoniach. Zaraz za nim weszło dwóch innych zabójców. Jeden z nich miał pochodnię. Roth rozejrzał się wokół i wskazał lampę na podłodze. Ten z pochodnią zapalił ją. Obaj stanęli przy drzwiach, a potem na znak Rotha wyszli.
- Słyszałem szamotanie wewnątrz. – Roth popatrzył na mnie uważnie.
- Zły sen. – Mruknęłam. – Chociaż nie... On nie był zły... Był dziwny raczej.
Opowiedziałam mu. Cały czas słuchał uważnie, a gdy dotarłam do momentu pojawienia się kobiety, drgnął. Wreszcie skończyłam.
- Niewiele wiemy o sobie samych. Czasami bliscy, spotkani w snach, nam coś wyjaśnią, a czasami zagmatwają wszystko. Znasz tę kobietę i mężczyznę? – Spytał.
- W pierwszej chwili myślałam, że ta kobieta, to moje drugie ja. Mówi się, że trzeba spotkać swoje drugie ja i stawić mu czoła... Zaakceptować je... Wtedy staniemy się pełnią.
- Za dużo powieści czytałaś na studiach... – Uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową z uśmiechem. – Tak... Za dużo... Ale teraz podejrzewam, że spotkałam tę kobietę dawno temu... Gdy była jeszcze dziewczyną.
- A mężczyzna?
- Sądzę, że to mój ostateczny cel. Największy wróg. Jeden z moich przodków... Opowiadałam ci...
- Powiem tak: Mężczyzna, jak dla mnie, jest postacią zbyt nierealną, jest postacią ze snu i opowieści. Ale kobieta... Widziałem wczoraj nekromantkę, w masce okrywającej całą głowę. I to w naszym obozie. I jeszcze... Stała po kolana we mgle... A maska była maską demona.
- Jest tutaj?! – Zawołałam. – Ona jest tutaj?
- Nie wiem czy to ona. Po prostu widziałem nekromantkę noszącą maskę, która stała po kolana w szarej mgle... I tylko koło niej była ta mgła. Myślę, że to MOŻE być kobieta z twego snu.
- Gdzie ją widziałeś? – Zapytałam gorączkowo.
- Koło zagajnika. – Wskazał ręką kierunek. – Uspokój się... Jeśli to ta ze snu, to spotkasz ją. Ja się cieszę jednak z tego, czego się o tobie dowiedziałem.
Zerknęłam na niego ciekawie.
- Czego mianowicie?
- Wiem już, dlaczego krzyczałaś przez sen i dlaczego tyle piłaś... Koszmary, wywołane tym, że myślisz o sobie, jako o kimś złym. Pozwól, że powtórzę za Ingą: nie jesteś zła.
- Uważasz, ze potrafisz to obiektywnie ocenić?
- Dobro i zło nie są pojęciami obiektywnymi... Tak naprawdę, to nawet nie sposób ich zadowalająco zdefiniować. Nie można na przykład darować życia komuś, o kim wiemy, że będzie jeszcze nas próbował zabić, bo to nie dobroć, lecz głupota. Gdy zabijamy kogoś, kto pragnie śmierci i na nią zasługuje, to jest to nie dobroć, lecz łaska...
- Podoba mi się pojęcie ”zasługuje”, w twoim wywodzie... – Przerwałam.
- Co? Ach... Jeśli ktoś pragnie śmierci, oznacza to, że nie chce żyć, wtedy pozostawienie go przy życiu jest najgorszą karą... Musi sobie zasłużyć na śmierć. Ale ktoś też mógł być tak wredny, że nie powinien żyć, a chce... Wtedy karą powinna być śmierć.
- Życie jako kara i łaska? Śmierć tak samo?
- Tak. Po prostu.
- Jesteś zabójcą... Gdybyś miał mnie zabić... Czym by była moja śmierć? Karą czy łaską?
Wpatrywał się we mnie długo... Bardzo długo... i... opuścił głowę.
- Roth?...
- Nie zabiłbym cię... Nie mógłbym...
- Skąd ty to możesz... – Wiedziałam już. – Czekasz aż „zasłużę”?
- Powiedziałem przecież, ze nie mógłbym cię zabić.
- Ale wziąłeś zlecenie...
- Wziąłem.
- I...? – Patrzyłam pytająco.
- Złożyłem rezygnację...
- Roth... Co ty bredzisz? Nie możesz złożyć rezygnacji, bo cię zabiją. Zlecenie się wykonuje, albo samemu jest się trupem.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie jakoś tak...
- Ja jestem Roth Nirr, jeden z najlepszych zabójców, niełatwo zrobić ze mnie trupa, gdy ja tego nie chcę. Złożyłem rezygnację wszystkim, którzy wiedzieli, bądź mogli wiedzieć o zleceniu. Pozostawiłem za sobą kilkanaście trupów, ale rezygnację złożyłem. Nie ciąży na mnie żaden obowiązek i żaden wyrok. Ochraniam ciebie z przekonania i jest to praca, której zawsze zazdrościłem innym. Robię to i chcę to robić. To najlepsze, co może się nam przytrafić.
- Czym by była moja śmierć? Karą czy łaską? – Powtórzyłam.
Zrezygnowany pokręcił głową.
- Jeszcze tydzień temu, powiedziałbym, ze łaską. Ale dziś... Szczególnie po twoim śnie... Ktoś wlazł tobie w umysł i zobaczył, co się dzieje... I postanowił pomóc. Myślę o tej kobiecie... To ona ci pomogła.



Zastanawiam się nad jego słowami... Tak to ona mi pomogła. Wrażenie realności tego snu, powodowało, że włosy jeżyły mi się na karku. Czym oni są, że mogą wejść w cudze sny i toczyć tam walkę, jak na jawie? Po raz pierwszy zetknęłam się z takim rodzajem magii. A ta kobieta... Muszę ją odnaleźć.
- Pani? – Roth dotknął mnie lekko, zaniepokojony tym, że siedziałam bez ruchu, wpatrując się w jakiś punkt za jego plecami.
- Tak? Przepraszam. Zamyśliłam się. – Przyjrzałam mu się uważnie. Oto siedział przede mną człowiek, który przybył do Tyrii po to, by mnie zabić. Co spowodowało, ze zrezygnował? Nie wiem. Kiedy to nastąpiło? Też nie wiem... Potem musiał zawrócić i stawić czoła zleceniodawcom, gdyż w przeciwnym wypadku, straciłby własne życie i coś, co dla niego było najcenniejsze... Reputację zabójcy. Potem znowu zawrócił i przyjechał do Droknar, opowiadając się po mojej stronie, w wyprawie przeciwko Kręgowi Światła. Los zesłał mi niezwykłych przyjaciół i powinnam to docenić. I po raz pierwszy zwracał się do mnie przez Ty... Ciekawe, co spowodowało, że się zapomniał...
- Roth...
- Słucham, pani.
- Przyszedłeś tu, bo słyszałeś, że się rzucałam przez sen?
- Nie tylko.
- Czyli... Coś się stało.
- Stało się już dawno, ale teraz zaczyna być niebezpieczne.
- Co takiego? – Spytałam zaniepokojona.
- Dawny sierżant, a aktualnie pułkownik, Tom Ross... Nie... Teraz hrabia Thomas z... skądś tam... z Rosenberg.
- Ani z niego pułkownik, ani hrabia... A reszta dowódców? Generał Ribbon? Pułkownik Shmidt? Przecież armia nie zaakceptuje dowodzenia przez...
- Pani... Nie ma już armii... Po raz pierwszy jesteś trzeźwa i może umknęło twej uwadze, że została nam zbieranina bezdomnych i jakieś grupki maruderów i przestępców, których pozbierał Ross. Oni słuchają jego rozkazów, a bezdomni modlą się do boskiej Allimy, aby poprzez Czarę Łez i Krwi wysłuchała ich próśb o pokój i szczęśliwe zakończenie wojny...
- Co takiego? – Nie mogło mi się to pomieścić w głowie.
- Ano tak... Do panteonu dołączyła Allima... Jest boginią Zemsty Za Krzywdy, czy jakoś tak... A Ty pani jesteś jej emisariuszem na ziemi. Jej karzącą ręką... Czarą przepełnioną niewinną krwią i łzami sierot i wdów. To trwało już dość długo, ale wyszło na jaw dopiero, kiedy Ribbon i Shmidt zebrali armię i odeszli... Prawie miesiąc temu... Chcesz zobaczyć, jak wyglądasz? Miesiąc ciągłego picia... I nikt nie mógł do ciebie dotrzeć... Porozumieć się... Milla... Wyglądasz fatalnie... Cuchniesz... Nie przypominasz Czary Łez i Krwi, tylko... – Zamilkł na chwilę, szukając innego słowa, niż to, które cisnęło mu się na usta.
- Inne naczynie... Z inną zawartością. – Dokończył wreszcie.
Miesiąc... Miesiąc bez pamięci, bez poczucia winy... Może wrócić do tego? To tak dobrze... Nie być... Nie mieć ciągle przed oczami tych zabitych, leżących bezładnie tam, gdzie zginęli... Nabitych na pal... Powieszonych... I te spojrzenia... Tych, którym ptaki jeszcze nie wydziobały oczu...
Me ręce... drżą... Gardło ściska ból...
- Muszę się na... wykąpać. – Poprawiam się szybko. Opanowuję się jakoś.
Roth popatrzył na mnie z uwagą i powoli skinął głową.
- Nie pokazuj się w tym stanie. Załatwię wszystko. – Rzekł i wyszedł.
Rozejrzałam się po wnętrzu namiotu. Czy muszę mówić, co znalazłam? Myślę, że u zamkniętego w klatce zwierzęcia byłoby czyściej... i mniej by śmierdziało... A tu... Puste kabury po assasyńskich sztyletach... I porozrywane sznury. Co się ze mną działo? Czyżbym...
Dwóch zabójców wniosło balię i bez słowa wyszło. Słyszałam, jak na zewnątrz jeden powiedział do drugiego:
- Rzeczywiście... Jest trzeźwa. Niesamowite...
Niezwlekając, wykąpałam się i umyłam włosy. Następnie ubrałam się w czystą odzież. Tę od Akeli. Długo szukałam mego woreczka z przyborami, ale wreszcie znalazłam. Zajrzałam do środka: grzebyk od Helgi, pomadka od kupca z Droknar... Puder, czernidło... Jest wszystko. Lusterko... Nigdzie go nie ma. Szukam wszędzie i wreszcie znajduję kawałki, porozrzucane przy maszcie namiotu. Wybieram ten większy... Nada się. Znajduję świecę i odpalam od lampy. Stawiam na skrzyni stojącej przy maszcie i klękam obok. Jeszcze chwila... Dłuższa chwila i jestem gotowa. Z zadowoleniem przeglądam się w kawałku lusterka: Znowu jestem kobietą.




Zwierciadło





Usłyszałam chrząknięcie przy wejściu. To Roth powrócił. Miał doskonałe wyczucie czasu.
- Można? – Zapytał.
- Oczywiście. – Z uśmiechem spojrzałam na niego. Uśmiechnął się także.
- Warto było zostać, by ujrzeć cię taką, jak teraz właśnie. – Zauważył.
- Dziękuję, to miłe, co mówisz. Powiedz mi... Kto dostarczał gorzałkę?
- Nie daliśmy rady ustalić. Zabraliśmy ci ale i wszystko, co miałaś, lecz to nie pomogło. Zawsze rano znajdowałem resztki gorzałki, nawet, gdy nie wychodziłaś nigdzie. Nawet zostawaliśmy z tobą w nocy, a ty nie pijąc stawałaś się coraz bardziej pijana. Ten twój sen... Nierzeczywista rzeczywistość. Piłaś we śnie, śniąc taki właśnie sen – nie sen, jak ostatnio. Ta kobieta w masce jest kluczem do zrozumienia tego. Bo sądzę, że ona to powstrzymała. – To powiedziawszy sięgnął za pazuchę i wydobył moje dwa sztylety.
- Sądzę, że mogę już je tobie oddać. – Powiedział cicho. – Próbowałaś się zabić. Lecz wyglądało to tak, jakbyś walczyła ze swoimi własnymi rękoma. Straszny to był widok i nie zapomnę tego do końca życia. A te twoje oczy... I tak są niesamowite, ale wtedy... To wówczas Cynn wpadła w histerię i uciekła. Potrzeba było sześciu mężczyzn, by cię powstrzymać... Milla... Nie pij już nigdy... Ani na jawie, ani we śnie. Szczególnie we śnie. – To mówiąc delikatnie położył przede mną moje ostrza.
Dotknęłam ich. I wtedy przez chwilę krótką, jak uderzenie serca, przypomniałam sobie... Ten ból... I ten sukinsyn, ta zboczona świnia... Moje dłonie zaciskają się na rękojeściach sztyletów, aż bieleją kostki. Widzę twarz tego s***iela, jak uśmiecha się, gdy pluję na nią i ostrza mych sztyletów, kierujące się w moją stronę. I ten ból, rozsadzający czaszkę, sprawiający, że wszystko zaczyna wirować...
Roth cofnął się, jakby uderzony mym spojrzeniem. Zamykam oczy... Wyciszam się... Powoli odkładam sztylety na skrzynię i przymocowuję kabury do butów. Sięgam po ostrza i zdecydowanie chowam je do kabur. Dopiero potem spoglądam na Rotha, patrzącego na mnie z niepokojem.
- Już nigdy nie napiję się we śnie. – Mówię stanowczo. Widziałam, jak odetchnął z ulgą.
- To dobrze. – Powiedział ostrożnie. – Coś ci się przypomniało? – Zapytał po chwili. – Gdy dotknęłaś sztyletów?
- Tak... – Znieruchomiałam na chwilę i zamknęłam oczy. – Ale to tylko sen... Bardzo zły sen... – Mówię cicho.
Trwam tak przez chwilę z pochyloną głową, oparta oburącz o skrzynię, aby powstrzymać to, co czuję, że nadchodzi i udaje mi się. Tylko jedno ciepłe kapnięcie na mą dłoń. Tylko jedno.
Czuję, że Roth przygląda mi się, ale nie mam odwagi na niego spojrzeć.
- Zabijesz go. – Mówi wreszcie. – Zabijesz go na jawie i we śnie, tyle razy ile zechcesz...
- Nie... nie zabiję... Będzie błagał o śmierć, ale ta nie nadejdzie... Będzie skomlał i wył... Będzie pazurami darł własne ciało, by dostać się do swych wnętrzności, ale śmierć nie nadejdzie... A potem dostrzeże nadzieję zwycięstwa. I gdy będzie sądził, ze już wygrał, pojawi się wolno idąca śmierć... Znowu będzie wył i szamotał się, wyciągając ręce po nadzieję, która będzie o włos poza jego zasięgiem. A śmierć niespiesznie nadejdzie i zabije, gdy będzie zaciskał ręce na swej nadziei. Ja będę tą śmiercią... – Podniosłam głowę, spoglądając wprost w oczy Rotha, który nadludzkim niemal wysiłkiem zmuszał się, by nie odwrócić wzroku. – Bo on zasłużył na śmierć, wiesz? On nie może żyć. W żadnej formie.
I nie będzie. – Uwolniłam jego oczy od swego spojrzenia i odetchnęłam głęboko.
- To co teraz? – Zapytał.
- Teraz... O świcie złożymy wyrazy uszanowania hrabiemu Thomasowi skądś tam. I udamy się zakończyć sprawę Kręgu. Sami. Czyli Ja, ty i twoi ludzie i Mhenlo z Cynn, jeśli są w pobliżu. Spróbujemy odnaleźć też tę nekromantkę w masce.
Ledwo to powiedziałam, usłyszałam dźwięk rozcinanego płótna namiotu. Zewsząd. Chyba w dziesięciu miejscach naraz pojawiły się miecze i sztylety, rozcinające ściany, a po chwili poprzez otwory wtargnęli do środka uzbrojeni ludzie. Roth został w jednej chwili otoczony, widziałam, jak walczył sztyletami, które niewiedzieć skąd pojawiły się w jego dłoniach. Nie miałam czasu na dalsze obserwacje, bo wokół mnie także pojawili się ludzie. W mgnieniu oka zamieniłam się w furię.
Wszystko wokół zwolniło i zrobiło się jaśniejsze. Zauważyłam, że wojownicy porzucili miecze i mieli w rękach pałki i młoty. Uchyliłam się przed pierwszym uderzeniem i na oślep trzasnęłam pazurami. Czułam, jak zatapiają się w czymś miękkim i ciepłym. Wojownik przede mną zniknął, jakby go nigdy nie było. Tego, którego miałam na plecach, chwyciłam za kręgosłup i przerzuciłam ponad głową. Walnął w maszt namiotu i upadając zahaczył o lampę, przewracając ją. Rozlana oliwa poczęła płonąć. Wtedy poczułam straszliwy ciężar. Każdy ruch kosztował mnie mnóstwo wysiłku i był niezwykle powolny. Przyklękam, unikając w ostatniej chwili ciosu młotem w głowę. Szukam... Jest! Za plecami tych przede mną. Łapię jego spojrzenie wprost w moje oczy... Mesmer! Uchwycony spojrzeniem cofnął się, potknął i upadł wprost w płonącą oliwę, od której natychmiast zapaliła się jego droga odzież. Wycie bólu wypełniło wnętrze namiotu. Światło, które przedtem na moment przygasło, teraz spotęgowało się, kiedy żywa ludzka pochodnia wstała, by instynktownie szukać drogi ucieczki. Jego oczy upiekły się od gorąca i płonący mesmer nie odbierający już żadnych bodźców, prócz bólu, wykonał trzy kroki i upadł zaplątany w coś pod ścianą namiotu. Milczał już, widocznie ogień wypalił mu drogi oddechowe, powodując uduszenie. Namiot zaczął płonąć. Przedarłam się do Rotha i wyrzuciłam go na zewnątrz przez dziurę w namiocie, sama zaś wyskoczyłam za nim.
Pierwsze uderzenie trafiło mnie w kark, zmuszając do przyklęku. Tu też byli wojownicy z młotami. Wyprostowałam się i kopnęłam w krocze kogoś przed sobą. Nie poleciał do góry, tak jak się spodziewałam, tylko rozdarłam go po samą szyję. Drugie uderzenie, otrzymane w skroń, spowodowało, że przestałam słyszeć. Na oślep machnęłam w tył ręką, zaczepiając pazurami o coś, co zostało mi w dłoni. Mimowolnie spojrzałam; trzymałam czyjąś dolną szczękę. Zaklęcie mesmera przestało działać i mogłam teraz swobodnie rozdzielać ciosy.
Trzecie uderzenie trafiło z tyłu w nogi na wysokości kolan. Uklękłam i natychmiast otrzymałam kolejne w głowę. Wszystko zatrzęsło się, a potem zaczęło rozmywać, gdy usiłowałam wstać. Potem już nie liczyłam. Uderzenia młotów spadały na mą głowę jak na kowadło, powodując jaskrawe rozbłyski przed oczami. Potem nastała ciemność.

Namiot dopalał się. Sierżant spoglądał na powaloną Czarę Krwi i Łez oraz Wódki, jak dodawali złośliwi.
- Ręce najpierw okręcić łańcuchem, a dopiero potem do sztaby! – Wrzasnął, patrząc jak jego podkomendni zabierają się do unieruchomienia Milli. – Dobra! Teraz całe ciało łańcuchem. Mocno! I szybciej! Nie chcecie chyba, by odzyskała przytomność?!
Tuż obok stał młody wojownik i ze zdumieniem i strachem patrzył na nekromantkę, która powróciła już do swej zwykłej postaci, choć ciągle była nieprzytomna. Sierżant przyjrzał się uważniej chłopakowi. Młody woj drżał całym ciałem, usiłował podnieść upuszczony młot, ale ten najnormalniej nie pozwalał się złapać. Woj zachlipał i usiadł, chowając twarz w dłoniach.
Sierżant pochylił się nad nim.
- Co ci jest synu? – Zapytał, kładąc mu swą ciężką rękę na ramieniu. Od razu wyczuł, jak mocno drży młody wojownik.
Chłopak podniósł głowę. Wskazał nieprzytomną.
- Jest taka ładna i młoda... i taka mała. A Stevena trafiła tylko przypadkiem... I od razu urwała mu głowę. Nawet tego nie spostrzegła... Widziałem jak Rob walnął ją młotem. Z całej siły... Kowadło by rozwalił... a ona nic... I jeszcze to... – Wyciągnął w kierunku sierżanta ręce, całe czerwone od krwi i jakiejś masy. – Co to jest na bogów?
- To jest krew chłopcze. Krew i mózg. Jak się dobrze rozejrzysz, to znajdziesz też
flaki. – Westchnął. – Filtr przestał działać już kilka miesięcy temu... Przyzwyczaisz się.
- Ale ja nie chcę... – Chłopak kręcił głową jakby chciał, by oczy przekazywały mu inny obraz, niż ten, który oglądał.
- Tak... Nie chcesz. Ale i tak się przyzwyczaisz. Chcesz, czy nie... Bez różnicy. Dobra! Starczy! – Krzyknął do ludzi okręcających Millę łańcuchem. – Teraz to. – Podał najbliższemu wielką kłódkę z kluczem. – Zamknąć, a klucz do mnie! Dobra! Na wóz ich i na plac! A ty... – Odwrócił się do chłopaka. – Podnieś ten młot wreszcie i w drogę! Nie jest przecież daleko... Całe dwie minuty marszu, do cholery! Ty! Daj mi to! Ale już! – Wrzasnął do wojownika, który wsadził sobie za pas różdżkę, a w prawym ręku trzymał fokus z przymocowaną lalką.
- Ty co? Czarodziejem teraz będziesz?
- Nie, ale...
- Żadne ale... Dawaj to! – Wsadził różdżkę do torby, a fokus przez chwilę oglądał. Pod lalką był napis.
„Mała śmierć jest straszniejsza od dużej” – Przeczytał. I zrozumiał.
Pokręcił głową. – „ Znowu nie po tej stronie jestem, co trzeba” – Pomyślał. I wtedy poczuł. Zawsze czuł, gdy ktoś mu się przyglądał. Na wozie, spomiędzy ogniw łańcucha zasłaniających twarz, błyszczały dwa białe ogniki. Czara była przytomna!
Podszedł do wozu, chowając fokus do torby.
- Twój towarzysz żyje, pani... – Powiedział. – A ta lalka, to od kogoś z bliskich?
Palące spojrzenie jakby złagodniało, ale i tak jeżyło mu włosy na karku.
- E-e. – Usłyszał. No tak... w tych łańcuchach nie była w stanie ani mówić, ani poruszyć głową.
- Prezent? – Zapytał. Oczy znowu zapłonęły, wwiercały się w niego, zaczynało mu brakować tchu... W głowie mu coś eksplodowało i wtedy... usłyszał głos... wewnątrz.
- To lalka pewnej powieszonej dziewczynki.
- Powieszonej?
- Tak. Jej lalkę pocięto, a ją powieszono... Miała kilka lat i miała na imię Inga.
- Nosisz to by o tym pamiętać? – Zapytał.
Powolne mrugnięcie oczu oznaczało potwierdzenie. Oczy jeszcze raz zapłonęły, a potem zniknęły za parawanem powiek.
Dotarli na plac zgromadzeń.


Czekali już tam na nich. Nieopodal namiotu dowodzenia, w niedbałym szeregu stał oddział łuczników, a w pewnym oddaleniu stała grupka odzianych w charakterystycznie zdobione szaty mężczyzn i kobiet. Mesmerzy. Nieco dalej stał w milczeniu tłum ludzi.
Sierżant zdecydowanym krokiem skierował się do namiotu.
- Przekażcie, że zadanie wykonane. – Powiedział do dowódcy warty.
Ten skinął głową i odwrócił się na pięcie, ale nie musiał wchodzić, bo oto uchyliła się płachta wejściowa i przed namiotem stanął wysoki mężczyzna w bogatym stroju mieszczańskim. Patrzył bez słowa na wóz stojący na placu, na którym leżała skrępowana łańcuchami nekromantka i związany grubą liną, nieprzytomny zabójca. Powiódł wzrokiem po eskorcie.
Sierżant zrobił krok w jego stronę i zasalutował.
- Panie... Zadanie wykonane. – Zameldował.
Mężczyzna kiwnął głową. Miał szlachetną, orlą twarz, którą okalały długie, ciemne niegdyś, przyprószone już siwizną włosy.
- Gdzie reszta oddziału? – Spytał spokojnie.
- To wszyscy panie. Reszta pozostała tam... – Sierżant spojrzał w stronę dymiących resztek namiotu, doskonale stąd widocznych, w promieniach wschodzącego słońca.
Mężczyzna wolnym krokiem podszedł do wozu.
- Czyżby Wiadro Szczyn i Rzygowin umiało się bronić? – Zagadnął drwiąco, patrząc uważnie na skrępowaną czarodziejkę. Oczy dziewczyny zapłonęły nagle wściekłym blaskiem i wpiły się w niego, jak płonące kolce. Mężczyzna zachwiał się. Szybko odwrócił spojrzenie i uśmiechnął się.
- Jest trzeźwa... Trzeźwa jak niemowlę. Nie patrzcie jej w oczy! – Zakomenderował. – Nie patrzcie, bo powypala wam mózgi, jeśli jeszcze je macie!
Wyciągnął rękę i bezceremonialnie odwrócił Millę na brzuch, twarzą do dna wozu. Fachowo zbadał łańcuchy, okalające jej ciało. Chwycił kłódkę i nie oglądając się, wyciągnął dłoń w stronę sierżanta. Chwycił podany mu klucz i odsłonił twarz nekromantki. Przeciągnął łańcuch niżej i zapiął kłódkę.
- Ja cię pamiętam. – Mruknął do Milli. Odwrócił ją bez wysiłku na plecy i posadził tak, że opierała się plecami o ścianę wozu. Cały czas pilnował się, by nie patrzeć dziewczynie w oczy.
- Pamiętam cię jeszcze z Askalonu. Dwayna mi świadkiem, że nie było osoby, do której bym czuł więcej wdzięczności, niż do ciebie. Byłem jednym z więźniów u tych psich kundli, charrów. Nie wiem, co by z nami zrobili, ale wtedy przybiegliście wy, dowodzeni przez tego durnia, Rurika. Jeden z wojowników uderzył toporem w kratę wmontowaną w szałas, nadłamując ją, ale przerwał mu jakiś charr i wtedy nadbiegłaś ty. Kopniakiem wyłamałaś kratę do końca i nożem rozcięłaś mi więzy. Wyszedłem na zewnątrz i zginąłbym, gdyby nagle z jakiegoś ciała nie wylazła ta poczwara z mięsa i kości, którą przywołałaś. Zasłoniła mnie przed kundlem, który chciał mnie zabić, a ja miałem czas, aby podnieść miecz i wbić go mu w kark. Zawdzięczam tobie życie. Każdy, kto przeżył wojnę w Askalonie zawdzięcza komuś życie... Ja tobie, ty komuś innemu... – Mężczyzna w zamyśleniu patrzył gdzieś w dal, ponad głową Milli.
Na krótką chwilę spojrzał na jej twarz, ale odwrócił wzrok, zanim zdążyła wpić się w niego spojrzeniem.
- Chciałem cię potem odszukać i podziękować... – Kontynuował. – Ale nie mogłem cię nigdzie znaleźć. Pytałem, ale wszyscy pokazywali mi tylko martwe nekromantki... Ich imiona znali... Żywych nie... Pamiętałem, że nazywali cię Alli... Potem usłyszałem, że Rurik zginął, a wraz z nim jego grupa. Nigdy nie odnaleziono ich ciał. Dałem za wygraną. Uznałem, że nie żyjesz. Wojna zrobiła ze mnie innego człowieka, twardszego. Ale coś we mnie umarło. A potem było zlecenie na zabicie niejakiej Allimy Airburn, a mnie ogarnęło przeczucie, że to ty.
Więc wziąłem zlecenie, aby dostać o tobie jakieś informacje. Wraz z informacjami uzyskałem świadomość, że tak naprawdę to pragnę zapomnieć o tamtych czasach, wymazać je z pamięci.
I że uzyskam to pozbywając się ciebie na zawsze... Widząc, jak umierasz będę miał świadomość, że tamte dni bezpowrotnie minęły. Mój dług wdzięczności umrze wraz z tobą.
- Jesteś szalony. – Syknęła dziewczyna. – Nie pamiętam cię... Mam na imię Milla, byłam w Askalonie, ale nigdy w grupie Rurika. I nikt mnie nie nazywał Alli...
- Nie mogę się mylić... – Rzekł cicho mężczyzna. – Dobrze cię zapamiętałem. Gesty, sposób chodzenia... Wszystko wryło mi się w pamięć, a tu miałem dość czasu, by cię obserwować. Tam nie... – Przerwał, bo wśród tłumu stojącego dalej od namiotu nastąpiło jakieś poruszenie.
Ludzie, którzy zaintrygowani i zaniepokojeni sytuacją, stali trochę z dala, bojąc się podejść bliżej, odwracali się, przyglądając się temu, co działo się za ich plecami.
Łucznicy, stojący przy namiocie napięli łuki, mesmerzy rzucili na siebie zaklęcia. Wszystkich ogarnął jakiś nieokreślony strach... Coś nadchodziło zza zasłony tłumu...


Beznamiętnie obserwowała walkę, jaka rozgorzała w szarości poranka. Rozpoznawała urywki myśli walczących i wiedziała, że nie musi interweniować. Widziała upadek Milli i przygotowania do transportu. Potem patrzyła za odchodzącymi żołnierzami. Wsłuchiwała się w drgania mocy... Przyswajała odczucia i niektóre myśli istot w jej otoczeniu. A kiedy już miała w myślach mapę stworzeń w zasięgu jej umysłu, wyzwoliła energię. Kilkanaście kroków za tłumem mała mysz, szukająca pożywienia nagle upadła, a jej ciałko spowiła szara mgła...


Muszę coś wymyślić, by mi uwierzył. Nie mógł mnie przecież tak dokładnie zapamiętać. Wszystko toczyło się zbyt szybko: Kopnięcie, ruch nożem i wyskok na zewnątrz... Potem rzucenie przywołania i... tyle. Ile to mogło trwać? Pięć sekund? Dziesięć? Rurik gnał jak szalony i nie było czasu, by się zatrzymywać... Tę gonitwę myśli przerwał mi nieokreślony niepokój. Coś się działo...
Thomas z Rosenberg, bo to on był niewątpliwie choć się nie przedstawił, spoglądał nieco na prawo ode mnie, zaniepokojony. Spojrzałam tam także. Siedząc, z głową wystającą ponad burtą wozu, miałam dobry widok. Obok mnie poruszył się Roth i zwijając się w kłębek, to znowu prostując, usiadł wreszcie, podobnie jak ja, oparty o burtę. Był w tej dobrej sytuacji, że nie był związany łańcuchem. Zerknął na mnie bez wyrazu, a potem skierował wzrok w stronę tłumu.
Gapie rozstępowali się gwałtownie, robiąc przejście dla kogoś, kto nadchodził niespiesznie, idąc alejką utworzoną przez cofających się ze strachu ludzi. Wreszcie osoba ta wyszła przed tłum i powoli zaczęła zmierzać w naszą stronę.
Usłyszałam, jak Thomas z Rosenberg wciąga gwałtownie powietrze, a Roth mruczy:
- To niemożliwe...
Bo oto od strony tłumu, krok za krokiem, kołysząc swobodnie biodrami, szła... Milla Brega.
Lekki wiatr rozwiewał jej czarne włosy, a jej twarz... Twarzy nie było widać, bo zasłaniała ją demoniczna maska, ale to przecież nieistotne, bo każdy natychmiast rozpoznał w nadchodzącej postaci Czarę Krwi i Łez, kroczącą leniwie w ścielącej się u jej stóp mgle. Wszyscy milczeli, bo nadchodząca dziewczyna roztaczała wokół siebie aurę piękna, strachu i podziwu.
A ja patrzyłam... Patrzyłam i czułam, że oczy wychodzą mi z orbit ze zdumienia i lęku.
Bo oto widziałam tam siebie... Siebie teraz i siebie z przed lat... I widziałam siebie w przyszłości, a to ostatnie, niewiadomo czemu, budziło w mym gardle skowyt przerażenia. I wspomnienia... Dziesiątki wspomnień.
Tymczasem zamaskowana dziewczyna podeszła do wozu i zatrzymała się o trzy kroki od Thomasa z Rosenberg. Skłoniła się dworsko, a następnie stanęła swobodnie, z jedną ręką opuszczoną, a drugą na biodrze.
Pamiętam, gdy ćwiczyłam to godzinami przed lustrem... Podejście, ukłon i teraz najtrudniejsze: jedna ręka wzdłuż ciała i ta noga trochę odstawiona w bok, a druga ręka w tym samym momencie ląduje na lekko wysuniętym biodrze. Całość ma sprawiać wrażenie swobody i niewymuszonego wdzięku...
Pamiętam jej głos gdy mówiła: - Alli, nie tak nogi... Jedna przed drugą... O tak... Stawiasz jedną przed drugą, lekko na skos. Lekko! Zwróć też uwagę, po czym idziesz... To ma spowodować, że ktoś, kto na ciebie patrzy, przestanie myśleć. Kobiety ze złości, a mężczyźni z pożądania. I teraz stajesz... Ukłon... Od razu, to ma być jeden ruch... Jedno wypływa z drugiego... I noga w bok... Biodro i ręka... Nie tak! Tak to robią dziwki, a ty masz być damą... Jeszcze raz...
- Witaj kapralu Tomie Ross. Miło cię znowu spotkać. – Głos dziewczyny przerwał moje wspomnienia, głos miły i lekko zachrypnięty.
– Pamiętasz to? – Dziewczyna błyskawicznym kopnięciem znokautowała stojącego obok strażnika, wskoczyła na wóz, lądując obok Rotha i wyciągniętym nie wiadomo skąd sztyletem, rozcięła mu więzy. Trwając w przyklęku, schowała sztylet do cholewki buta, po czym zeskoczyła z wozu, tuż obok Toma. Rozłożyła ręce i rzuciła czar. Mój łańcuch rozsypał się w proch... Czym prędzej zeszłam z wozu i stanęłam przy Rothu, ale nikt nie zwracał na nas uwagi.
Tom, jak rażony piorunem stał i gapił się na nią, po czym cofnął się jak pijany kilka kroków i opadł na kolana...
- Ty... To ty... Bogowie... To jesteś ty... A ona... – Wskazał na mnie.
- Ona jest kimś innym... Jest nieistotna dla ciebie. Tobie chodzi przecież o mnie.
Czułam wszędzie pulsującą energię. Potężna magia spowijała dziewczynę i promieniowała od niej na srażników, na Toma, na łuczników i mesmerów... Na cały tłum. I na mnie. Tak jak i reszta, opadłam na kolana i pochyliłam głowę przed...
Spojrzałam jeszcze raz. Nie myliłam się... Przede mną stała jak zawsze swobodna i triumfująca... Skazana na śmierć za zdradę stanu...
Vienna Shadowdust. Moja dawna nauczycielka. Vienna Shadowdust obdarzona niesamowitą wprost mocą i umiejętnościami, których nie miała, gdy ostatnio ją widziałam. Teraz, gdy na nią spoglądam wygląda na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, a przecież jest starsza ode mnie o całe dziesięć lat. Miała szesnaście, gdy przybyła na dwór mego ojca.
- Czy ja dobrze słyszałam? – Zanuciła cichutko do Toma. – Chcesz mnie zabić, aby zapomnieć?
- Chciałem... – Tom gapił się na nią, widziałam, jak jego oczy błądziły od opiętych obcisłymi, skórzanymi spodniami bioder, do obszernego dekoltu, w który jednak nie mógł zajrzeć, gdyż klęczał.
Vienna położyła obie ręce na biodrach i pochyliła się w stronę Toma, który natychmiast zaczął się slinić
- To znaczy, że już nie chcesz? – wyprostowała się, lekko kołysząc biodrami.
- Nie... Nie chcę. – Bełkotał Tom.
- Wiesz, to dobrze... – Mruczała śpiewnie Vienna. Jej obszerny dekolt zniknął w jakiś sposób, zastąpiony przez zapiętą pod samą brodę kurtkę.
Do licha, przecież ona nie miała dekoltu, gdy podchodziła... Uświadomiłam sobie, że Vienna rzuciła czar iluzji podczas rozmowy z Tomem. I jeszcze coś mi nie pasowało. Jej głos... Był taki jak trzeba, ale nie słyszałam go... To znaczy słyszałam go, ale wewnątrz, w umyśle... I ta maska...
- To bardzo dobrze... – Głos Vienny lekko zmienił się. Był teraz rzeczowy i stanowczy.
- Co?.. – Tom nie mógł jakoś skupić myśli.
- Bo to jest niemożliwe. – Niemal widziałam jej uśmiech pod maską.
- Co? Co jest niemożliwe?
- Moja śmierć. - Vienna wskoczyła na wóz i odwróciła się do tłumu.
- Ja jestem Allima Airburn! – Wrzasnęła niesamowitym głosem i jednym ruchem zerwała z twarzy maskę.
Zamiast niezwykłych, ale przecież ludzkich oczu Allimy, patrzyły na tłum świecące jaskrawą zielenią oczy, osadzone w pokrytej wysuszoną skórą, czaszce.
Vienna Shadowdust była lichem!


Widziałam, jak Roth gapi się na mnie z niedowierzaniem. Patrzyłam, jak ludzie z tłumu niżej pochylili głowy, jak szara mgła wpełzała w grupkę mesmerów, obejmując każdego... Namawiając do snu...
Nie widziałam natomiast łuczników, gdyż wszyscy zniknęli w szarym tumanie.
- Odejdźcie teraz. – Usłyszałam głos w głowie. – Kieruj się do Wiecznej Świątyni, ale nie wchodź do niej. Nie atakuj nieumarłych... Nic ci nie zrobią. Wiedzą, że przyjdziesz. No idźcie już...
Podeszłam do klęczącego sierżanta i z torby, którą miał przewieszoną przez ramię wyjęłam różdżkę i fokus. Jeszcze coś tam było... Moje sztylety! Odzyskałam swoją broń.
Roth zawahał się... Widziałam, jak się rozglądał, po czym podszedł do pierwszego z brzegu żołnierza z grupy sierżanta.
- Tutaj, panie... – Inny żołnierz wyciągnął w jego stronę sztylety.
Assasin skinął mu głową i wziął swoje ostrza. Ruszyliśmy. Obejrzałam się jeszcze i zobaczyłam, jak Vienna pokazuje ręką, by grupa sierżanta przyłączyła się do tłumu.
- Szybciej… - Mruknęłam do Rotha. Wiedziałam, co teraz się stanie.
Weszliśmy na ścieżkę, wiodącą do lasu i po chwili już byliśmy wśród pierwszych drzew. Za plecami usłyszałam krzyki. Znowu spojrzałam za siebie. Ludzie uciekali w panice, znikali mi z oczu, wbiegając w ścianę lasu po przeciwnej stronie mego punktu obserwacyjnego. Na placu zgromadzeń była tylko mgła… Gęsta, szara mgła, pokrywająca wszystko złowieszczym całunem, którego nie mogłam przebić wzrokiem.
Wbiegliśmy głębiej między drzewa i w tym momencie usłyszałam… śpiew. Dobiegał zza naszych pleców, z placu zgromadzeń. Piękny, kobiecy głos śpiewał coś tęsknego, ale nie mogłam zrozumieć słów. Głos wabił, sprawiał, że chcieliśmy pójść w jego kierunku, aby już zawsze móc go słuchać, aby nigdy…
Chwyciłam za ramię Rotha, który już wracał w stronę obozowiska, zauroczony śpiewem.
- To czar. – Syknęłam. – Nie idź tam.
Szarpnęłam go za sobą, prowadząc w gęstwiny, byle dalej od placu, byle dalej od śpiewu.
Me ramiona pokryły się gęsią skórą i miałam dreszcze. Z lęku i z tego, co nazywamy przeczuciem zrozumienia, bo gdzieś na krawędzi świadomości rysował mi się obraz tego, co działo się za nami. Przypomniały mi się wierzenia ludów północy o boginkach, które chodzą po polach bitew i zabierają tych, którzy zginęli śmiercią pełną chwały, z bronią w ręku. Gdyby te wierzenia powstały na podstawie tego, co działo się za nami, czy raczej tego, czego się domyślałam… Strach pomyśleć.
Śpiewu nie było już słychać. Albo wydostaliśmy się poza obszar, w którym był słyszalny, albo po prostu skończył się.
Przypomniało mi się coś dziwnego…
…”Dwayna, zbierająca kwiaty”… Znany obraz dziewczyny w bieli, pośród czerwonych kwiatów na łące. Trwa w przyklęku, lewa ręka ściska bukiet czerwonych kwiatów, ale prawa nie wyciąga się po następne… Prawa dłoń trzyma miecz.
…”dusze ludzi, jak czerwone kwiaty”… Fragment wiersza…
Te myśli przyszły mi do głowy zupełnie nagle, a przyczyną tego był słyszany przed chwilą śpiew. Nigdy nie interesowała mnie żadna forma sztuki, ale o niektórych dziełach usłyszałam od moich nauczycieli, podczas domowych lekcji. Inne poznałam w czasie studiów. Pamiętam różne interpretacje dotyczące faktu trzymania miecza przez Dwaynę… Teraz sądzę, że może żadna nie była właściwa. Może po prostu artystom jest dane zobaczyć coś, czego inni nie widzą. Może w ich podświadomości tkwi prawdziwy obraz świata, którego sami nie potrafią wytłumaczyć, ale potrafią go pokazać w postaci symbolu?
„- Jak tylko znajdę chwilkę czasu, kupię sobie jakąś kopię tego obrazu.” – Pomyślałam.
Ta myśl zaraz sprowadziła następną… Mój obraz… Ten od kolekcjonera. Nie mam go przy sobie, a jak pamiętam w namiocie też go nie było…
- Roth… - Zawołałam cicho i spojrzałam przez ramię.
Assasin przystanął i popatrzył na mnie pytająco.
- Czy Mehnlo lub Cynn wzięli jakieś moje rzeczy, gdy odeszli?
- Nie wiem… Odeszli dość nagle… Miałem dość problemów, by cię chronić przed tobą samą i nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi… - Jego wzrok uciekał na boki… Coś się zmieniło.
- Co się stało? – Zapytałam.
- Ty się pytasz co się stało? – Zaszeptał. – Miałem grupę ludzi, którzy mi zaufali, którzy zostali przy mnie, a ja ich zawiodłem. Bo postanowiłem dalej cię chronić. A teraz żaden z nich nie żyje. A ty… pytasz się, czy ktoś nie wziął twych cennych drobiazgów. Ani słowa o zmarłych? Poświęcili dla ciebie życie.
Wiatr szumiał w gałęziach, potęgując ciszę, która nastała po tych słowach. Niemal słyszałam trzepot skrzydełek motyla przelatującego nieopodal. Rozejrzałam się… Tam.
- Chodź – Kiwnęłam ręką. – Coś ci pokażę.
Ruszył za mną. Skierowaliśmy się w lewo, na widoczne wzniesienie terenu, z którego można było spojrzeć na przebytą przez nas drogę.
Kilkanaście minut milczenia i oto byliśmy na szczycie, z którego roztaczał się widok na dolinę. Widziałam skraj lasu, miejsce naszego obozowiska, teraz już pozbawione mgły. Z tej odległości nie sposób było zobaczyć, leżących tam ciał, ale dym ciągle palących się jakichś resztek namiotu, nadal unosił się w powietrzu.
Pokazałam ręką.
- Stamtąd przyszliśmy. Cała nasza droga jest poznaczona leżącymi ciałami. A one wszystkie są ciałami ludzi, którzy opowiedzieli się po mojej stronie, lub chcieli mnie zabić. Rozumiesz? Dziesiątki, jeśli nie setki tysiące istnień. Wszyscy w taki, czy inny sposób oddali życie z mego powodu. Był moment, gdy chciałam usunąć to z świadomości, zakończyć to raz na zawsze…Skok z klifu, ofiarowanie energii, kosztem życia… To takie proste przecież… Wiem, bo już to kiedyś zrobiłam. Ale wiem, że po mojej śmierci to się nie skończy. Powód zostanie ten sam… Ja. Ciągle ja. Żywa, czy martwa będę przyczyną śmierci innych. Bo jestem, kim jestem… I nic tego nie zmieni. Więc pozwól, że niekoniecznie będę w każdej sekundzie swego życia przepraszać, za swą odpowiedzialność za śmierć tysięcy ludzi. A gdy już zakończę to, co zaczęłam, po co się na powrót… Hmm… narodziłam, wtedy poproszę właśnie ciebie, byś zrobił to, z czego się kiedyś wycofałeś. Poproszę cię o dar śmierci, dar zapomnienia… - Zerknęłam na niego. Wpatrywał się w dolinę.
-Jeśli na to zasłużę… - Dokończyłam zgryźliwie.
- Nie to miałem na myśli… - Zaczął.
- Jeśli nie ty, to ja to zrobię. – Patrzyłam na niego poważnie. Bo mówiłam poważnie. Wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam.
- Śmierć twoich ludzi to kolejny kamyk, który umieszczam na szali wagi. A szczególna to waga, bo na drugiej szali jest moje życie. I wiesz, te kamyki już dawno przeważyły. Wszystko jest już zważone, tylko moment zapłaty jeszcze nie nadszedł. Ale nadejdzie… Później.
Patrzył na mnie bez odwracania wzroku, ale…
- Kim ty jesteś? Ale tak naprawdę… Bez oszukiwania. Bez głodnych kawałków o Allimie Airburn… - Kiwnął głową w stronę obozowiska.
- Nie oszukałam cię. Jestem… Byłam Allimą Airburn.
- Doprawdy? A ona? – Znów kiwnął głową w stronę doliny. – Jej jakoś bardziej chyba wierzę.
- Bo bierzesz pozory za rzeczywistość. – Cichy głos zabrzmiał wyraźnie w naszych głowach.
Obejrzeliśmy się. Stała tam, w demonicznej masce, z rozwianymi na wietrze włosami, cała w czerni. Vienna.
Podeszłam i objęłam ją, jak dawniej, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką…
- Tyle lat… - Mój głos zadrżał ze wzruszenia. Wlepiłam spojrzenie w jej maskę…
- Dlaczego? – Delikatnie dotknęłam „policzka” maski. Ze zdumieniem odnotowałam też fakt, że jej ciało w dotyku sprawia normalne wrażenie.
- Wiele, bardzo wiele wydarzyło się od czasu, gdy udzieliłam tobie ostatniej lekcji. – Jej głos był taki, jak zawsze: rzeczowy i w jakiś sposób wymagający uwagi słuchającego.
- Przyszłam do ciebie troszkę wcześniej, bo chcę ci coś pokazać. Naprawdę chciałam się z wami spotkać dopiero koło Wiecznej Świątyni.
- Co mi chciałaś pokazać?
Vienna cofnęła się dwa kroki.
- Patrzcie uważnie. Oboje. – Po tych słowach powoli sięgnęła do maski i zdjęła ją…
Naszym oczom ukazał się znajomy już widok czaszki, obciągniętej żółtawą, wysuszoną skórą trupa. Muszę przyznać, że widok nie należał do przyjemnych. Świecące jaskrawą zielenią oczy tylko potęgowały to wrażenie. Całe życie była dla mnie wzorem, który zawsze starałam się naśladować, ale teraz…
- Alli… Powiedz, co widzisz.
Zmieszałam się.
- Śmiało.
Milczałam. Patrzyłam na resztki jej oblicza, usiłując rozpoznać pamiętane rysy, ale na próżno. Przede mną stał żywy trup, jeśli tak to można określić. Za nic nie mogłam doszukać się niczego w jej twarzy, co przypominałoby tamtą Viennę. Viennę, którą znałam.
- Widzę… - Nie potrafiłam dokończyć.
- Widzisz trupa. – Dokończyła za mnie. – I to jest prawda. Jestem trupem. Jestem nim, bo nie żyję, bo sięgnęłam po moc, która jest niedostępna dla żywych. I wiesz co? Mam tę moc, zdobyłam ją… Ale czy to było warte poniesionej ofiary? Powiedziałabym tobie, że nie, gdyby nie to, że nie miałam wyjścia. Ale ty… Ty masz.
Wyciągnęła rękę i dotknęła mego policzka, tak jak ja przed chwilą dotknęłam jej maski.
- Póki żyjesz, masz wszystko… Po śmierci masz tylko moc. A to za mało. O wiele za mało. Wiem… Domyślam się, co zamierzasz, więc postanowiłam porozmawiać z tobą teraz. Nic po śmierci nie jest takie, jakie wydaje się nam za życia. A powrotu już nie ma… Wiem, co się tobie przytrafiło, wiem, że przywrócono cię do życia, więc wykorzystaj to. Pamiętaj, że nie jesteś mną… Nie idź w me ślady. Nie musisz. Nie jesteś moim odbiciem, jesteś czymś więcej. Popatrz na mnie… Czy tego, właśnie tego chcesz?
Popatrzyłam… Nie, tego nie chciałam. A Vienna kontynuowała.
- Od początku mnie naśladowałaś, odbijałam się w tobie, jak w lustrze, ale czas już je stłuc. Bądź teraz sobą… Prawdziwą… Stań się Millą i zapomnij o Allimie. Nie jesteś już nią… Już nie. A wspomnienia niech to w tobie umacniają. Od czasu, gdy zakończyła się wojna z charrami, jesteś już kimś innym, nie czujesz tego? Proszę cię… Żyj. Bo wielu za to oddało swe życie. Abyś ty żyła. Więc jeśli inaczej nie możesz, to potraktuj to jak dług, który musisz spłacić. Życie, jako dług. Spłacisz go żyjąc. Milla… Nie wiesz o tym, ale jesteś mi to winna. – Odwróciła się w stronę Rotha i wskazała go ręką. – Jemu też. I jego ludziom. – Skinęła dłonią.
Na ten znak zza jej pleców, z nicości, z mgły, wyszły na wpół materialne postacie. Ludzie Rotha! I inni. Rozpoznałam u niektórych mesmerskie stroje, widziałam oddział łuczników… Teraz wszyscy należeli do Vienny.
Podeszła do Rotha i wskazała jego ludzi.
- Chcę cię uspokoić. W przeciwieństwie do wielu innych, są ze mną, bo takie było ich pragnienie. Jeśli zechcą… odpocząć, zwolnię ich. Są ze mną z własnej woli.
Roth patrzył na swoich ludzi, jak odchodzą w nicość. Każdy z nich gestem pożegnał swego dawnego przyjaciela i przywódcę.
Assasin stał z kamienną twarzą, ale widziałam, że jest wzruszony.
I jeszcze jedna zwiewna postać zwlekała z odejściem. Wyraźnie oczekiwała aż zwrócę na nią uwagę. Ze zdumieniem rozpoznałam w niej sierżanta, skazanego przeze mnie na śmierć. Podeszłam bliżej…
- Witaj Pani. – Skłonił się. – Śmierć pokazuje nam życie z innej perspektywy i chcę ci powiedzieć, że byłaś kiepskim strategiem, ale dobrym przywódcą. I cieszę się, że królowa jest po twojej stronie. – Wskazał Viennę. – Żegnaj więc i przeżyj swych wrogów.
Rozwiał się, tak jak inni. Znów byliśmy we troje.
Vienna odwróciła się do mnie.
- Zapamiętaj to. – Rzekła i zmieniła się w mgłę, która prawie natychmiast zniknęła.
Zostaliśmy sami.




Droga





A więc Vienna stała się lichem. Coś spowodowało, że odepchnęła od siebie życie i wszystko, co ono ze sobą niesie i stała się nieumarłą… Jak mój ojciec… Tylko, że Vienna była niezależna… Mój sen… To oczywiste, że ona była tą nekromantką ze snu. Ale czy to był sen? Sięgnęła po moc, niedostępną dla żywych i stała się królową nieumarłych w Krycie. Skąd miała wiedzę, skąd wiedziała jak to uczynić? To zdumiewające, jak mało wiedziałam w rzeczywistości na jej temat. Kim była? Wyglądała na siedemnaście, lub osiemnaście lat, gdy zjawiła się w moim życiu, lecz naprawdę miała szesnaście. Jak to możliwe, że taka młoda dziewczyna posiadała tak olbrzymią wiedzę, aby być nauczycielką? I to nie byle kogo, lecz córki doradcy króla, który miał dość wpływów i środków, aby wybrać najlepszą instruktorkę dla swego dziecka. I wybrał, uświadomiłam sobie. To znaczyło, że Vienna BYŁA najlepsza. A więc Vienna była lepsza nawet od nauczycieli, uczących mnie na studiach. W jakiś sposób tak też o tym myślałam, ale sądziłam, że to tylko sentyment.
„… Moc, aby mieć możliwość. Silna wola, aby to uczynić. Silna psychika, aby nie oszaleć. Tego potrzebujesz, jako nekromantka, reszty się możesz nauczyć…”
– Mawiała.
Aby nie oszaleć… Pamiętam ten dzień.
Mieliśmy po siedemnaście, osiemnaście lat, gdy zaczynaliśmy studia. Żarty i śmiech były na porządku dziennym, ale stopniowo te zjawiska zanikały, tłamszone przez pracę wkładaną przez nas w przyswojenie wiedzy i twardą dyscyplinę. W nekromancji momentem przełomowym, jest uzyskanie władzy nad umiejętnością, zwaną Wydarciem Duszy. Dopiero po opanowaniu tej dyscypliny wiedzy, rozpoczynaliśmy naukę magii krwi. Po uczelni krążyły legendy o tym jak bardzo człowiek się zmienia, po przekroczeniu tego progu. Że taki nekromanta, to nie człowiek już, a żywy trup, istota bez uczuć, kierująca się niezrozumiałymi pobudkami w swym dalszym życiu. Oczywiście większość tych opowieści, była wyssana z palca, ale jedno było pewne: Wielu nekromantów miało fizyczne zmiany, objawiające się w różny sposób. Zazwyczaj była to utrata pigmentu, lub zmiany gałek ocznych. Nierzadko też, szczególnie u mężczyzn pojawiały się rany na twarzy, zabliźniające się w szczególny sposób i nadające ich fizjonomiom nieatrakcyjny, trupi wygląd. Ten okres studiów to niekończące się wizyty na cmentarzach i w miejscach kultu. To czas, w którym nasza wytrzymałość psychiczna była wystawiona na ciężką próbę, podczas wizyt w szpitalach i prosektoriach. Gorzknieliśmy i stawaliśmy się nerwowi. Źle spaliśmy. Część rezygnowała, a część… trafiała do uzdrowicieli. Jednak większość z nas zdawała kolejne egzaminy i parła dalej. Potem przyszła kolej na Magię Krwi - ukoronowanie naszej pracy.

Miała na imię Sylvia i była drobną niebieskooką blondynką. Została do nas przeniesiona na własną prośbę. Pierwotnie miała studiować na kierunku mesmerskim, ale w początkowym okresie studiów zmieniła zdanie. To się czasami zdarzało. Spotykałyśmy się w czasie wolnym od nauki i rozmawiałyśmy o niczym. W miarę, jak ją poznawałam, stawało się coraz bardziej oczywiste, że coś ją dręczy. Czasami zwierzałyśmy się sobie i wtedy dowiedziałam się o jej narzeczonym, który zginął w jakimś wypadku na polowaniu.
- To dlatego przeniosłaś się na nekromancję? – Spytałam ją wtedy z niepokojem. Taki powód nie wróżył niczego dobrego i pozwalał przypuszczać, że jej odporność psychiczna pozostawia wiele do życzenia.
Nie odpowiedziała mi nigdy na to pytanie. Pomimo wszystko lubiłam ją. Nauka szła jej nienajgorzej i w końcu razem stanęłyśmy do egzaminów z Wydzierania Duszy. Obie zdałyśmy z wyróżnieniem, ale gdy ja świętowałam z przyjaciółmi, ona gdzieś zniknęła. Prawdopodobnie chciała zostać sama. Rozpoczął się ostatni okres studiów: Magia Krwi.
Sylvia znikała zaraz po zajęciach, przyzwyczajając mnie już do tego, że się izolowała. Toteż, gdy zobaczyłam ją na ławce w parku, koło budynku biblioteki, zawahałam się. Jednak w końcu przemogłam się i podeszłam. Nie słyszała, że nadchodzę, tak była zajęta czytaniem jakiegoś arkusza. Gdy podeszłam bliżej spostrzegłam kałamarz, stojący na ławce, a w ręku Sylvii małe pióro. Czyli pisała coś, a nie czytała. W ostatniej chwili usłyszała mnie i drgnęła, odruchowo zasłaniając tekst ręką.
- O, cześć Alli. – Rzekła zmieszana.
- Cześć, coraz trudniej cię spotkać… Piszesz list? – Odpowiedziałam.
Zawahała się, ale po chwili podała mi kartkę.
- Przeczytaj…
Chwyciłam kartkę i zaczęłam czytać…

Księżyc ręką wiatru chmury porozganiał,
By okiem srebrnym spojrzeć na grób świeży,
Gdzie ciało młode, życiu odebrane,
Samotnie w ziemi, w głuchej ciszy leży.

Srebrzyste światło grób otacza kręgiem,
A w jego blasku widać postać ciemną,
Jak dłońmi, magią mogiłę naznacza,
I przywołuje z głębi, formę zwiewną…


Spojrzałam na nią z niepokojem sponad kartki. Ten wiersz był dowodem, że z jej psychiką coś szwankowało… I nie o formę tu chodziło, choć rymy były zbyt nachalne, a metrum trochę kulało… Temat nawiązywał do śmierci jej narzeczonego, z której jeszcze się nie otrząsnęła, pomimo, że minęło już kilka lat od tamtej pory… W powiązaniu z jej zachowaniem i kierunkiem studiów, dawało to bardzo niebezpieczną mieszankę.
- I co? – Spytała z niepokojem.
- Co?... Aha… No nieźle… A jak dalej?
- Tu utknęłam… Miało być, że… Nieważne. – Machnęła ręką. Zabrała kałamarz z ławki i wyjęła mi kartkę z ręki. – Pójdę już… Prawie pobiegła alejką, znikając za narożnikiem biblioteki.

Następnego dnia były zajęcia w prosektorium. Jak zawsze byłyśmy podzielone na kilkuosobowe grupy, które kolejno wchodziły do sal. Rozpoczynał się ostatni tydzień ćwiczeń z anatomii. Widziałam Sylvię, wchodzącą wraz ze swą grupą do środka, a następnie drzwi zamknęły się. Sylvia wydawała się być w lepszej kondycji niż dotychczas, co mnie trochę uspokoiło.
Nagły wrzask, który zabrzmiał zza zamkniętych drzwi prosektorium szarpnął mną, a następnie chwycił za gardło lodowatymi szponami strachu. Słychać w nim było nie tyle przerażenie, ile jakąś nieludzką rozpacz i cierpienie. Ustał na chwilę potrzebną na złapanie oddechu, po czym rozległ się znowu ze zdwojoną siłą. Jakimś sposobem wiedziałam, kto to krzyczał. Krzyk urwał się nagle i wyraźnie było słychać łoskot upadającego na podłogę ciała. Po chwili drzwi otworzyły się i z sali wyszedł asystent.
- Zdarzył się wypadek. – Powiedział. – Proszę się rozejść. Dziś już zajęć w prosektorium nie będzie. – Powiódł po nas wzrokiem i wskazał na mnie.
- Alli, ty chodź ze mną.
Przepuściliśmy wychodzącą z prosektorium grupę studentów, wśród których nie było widać Sylvii…
Leżała wprost na podłodze, z jakimiś szmatami podłożonymi pod głową. Jej jasne włosy i blada twarz silnie kontrastowały z ciemną podłogą, cuchnącą środkiem dezynfekującym. Uklękłam przy niej i odruchowo przyłożyłam dłoń, wyczuwając tętnicę szyjną. Tętno było wyraźne, choć wolne.
- Poprosiłem ciebie, bo wiem, że się przyjaźniłyście. – Odezwał się asystent z wyraźnym zakłopotaniem w głosie.
- Co się właściwie stało? – Zapytałam, gładząc Sylvię po głowie.
- Nie wiem… - Odrzekł z wahaniem. – Przystąpiliśmy do ćwiczeń, ona wzięła ostrze i nacięła skórę… - Wskazał na zwłoki, leżące na stole. – I nagle zaczęła krzyczeć. Musiałem rzucić na nią ogłuszenie.
Podniosłam się i podeszłam do zwłok. Młody mężczyzna, który zginął na skutek rany w piersi. Włócznia lub miecz. Może wrażenie było trochę niesamowite, gdyż miał otwarte oczy i wydawało się, że wpatruje się we mnie z uwagą.
- Powiedziała coś w rodzaju: „To ty”, albo „Tylko nie ty”… i zaczęła krzyczeć. - Asystent w zakłopotaniu pocierał policzek.
Otworzyły się drzwi i wszedł profesor Brego z czterema mnichami. Ukląkł przy Sylvii, zbadał puls i zajrzał w źrenice.
Następnie wstał i wskazał ręką:
- Zróbcie okład i zanieście do pokoju. Nic jej nie będzie…
Żadne z nas nie miało pojęcia, jak bardzo się mylił.

Noc minęła spokojnie, ale rano… rano obudził mnie krzyk. Zerwałam się z łóżka i rzuciłam do drzwi, prawie zderzając się z Kathy, z którą dzieliłam pokój. Obie wypadłyśmy na korytarz i stanęłyśmy jak wryte.
Ruth, współlokatorka Sylvii biegała po korytarzu z krzykiem od jednych drzwi, do drugich i tłukła w nie pięściami.
Dojrzała nas i osunęła się na kolana.
- Pomóżcie… - Jęknęła.
Dziś już wiem, dlaczego Ruth nie mogła zareagować wcześniej. Nie mogła, bo działał filtr, założony przez bogów. Filtr, który nie pozwalał zobaczyć, że pokój Ruth i Sylvii tonie we krwi. Filtr, który nie pozwalał nam zobaczyć Ruth usmarowanej krwią Sylvii niemal od stóp do głowy, gdy usiłowała odszukać jakieś oznaki życia, u leżącej bez ruchu dziewczyny. Ale teraz, wspominając tę chwilę, widzę krew wszędzie: na ścianach, podłodze, suficie… Na rękach Ruth, jej koszuli, na podłodze korytarza i na drzwiach, w które waliła, szukając ratunku dla Sylvii. Widzę, gdyż teraz jest jasne, że to nie na świat był założony filtr, lecz na nasze umysły.

Jak do tego doszło? Czy Sylvia popełniła samobójstwo, czy był to wypadek, podczas zakazanego w pokojach treningu czarów Magii Krwi? Oficjalnie ogłoszono, że był to wypadek. Że Sylvia ćwiczyła w pokoju, choć to było zakazane i dlatego zginęła.
Ja wiem jednak, że było to samobójstwo. Sylvia nie mogła pogodzić się ze stratą ukochanego i oszalała. Oszalała, gdyż strata ukochanej osoby i obciążenie psychiczne, związane ze specyfiką studiów skumulowały się. Co myślała w tę ostatnią noc? Nie wiem… Być może wyobrażała sobie, że idzie spotkać się z ukochanym… Coś na kształt sceny z tego wiersza, który pisała. Może poczucie winy… Widziała swego narzeczonego wszędzie, także w tych zwłokach, które zaczęła badać na ostatnich zajęciach…

Pochowano ją na cmentarzu uniwersyteckim, obok zasłużonych nauczycieli, więc sądzę, że tak naprawdę, to wszyscy wiedzieli, że to nie był wypadek. I wszyscy odczuwali poczucie winy.
Na jej nagrobku umieszczono cytat z poematu „Liche”:
„… I niech światło gwiazd u mych stóp się ściele,
Gdy na świat będę wracał po tęczowym moście…”




- Milla… - Roth wołał mnie, zniecierpliwiony już trochę moim zamyśleniem.
- Tak… Już. – Odwróciłam głowę w jego kierunku, budząc się ze wspomnień. Dyskretnie otarłam policzek.
– Chodźmy…
Zatrzymałam się wpół kroku i rozejrzałam dokoła. Nie powodowało mną żadne przeczucie, ani nic takiego. Po prostu nagle sobie zdałam sprawę, że nie wiem, gdzie jesteśmy i chciałam odszukać jakieś znane mi punkty ukształtowania terenu, specyfikę roślinności, cokolwiek, co pozwoliłoby ustalić nasze położenie.
I wtedy…
To było, jak szara plamka, widziana samym kątem oka. Nigdy bym nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie to, że nagle zniknęło, powodując że krzew, na którego tle było, stał się wyraźniejszy. Wyglądało to tak, jakby sprzed krzaka zabrano niewidoczną zasłonę. Jest! Widzę to znowu… Jest jak cień, przemieszczający się z niewiarygodną prędkością w dół zbocza. Zadrżały liście i zakołysała się gałązka… To coś było materialne.
Kiwnęłam na Rotha i popędziłam nieco w dół i na lewo, tam, gdzie miałam czyste pole widzenia. Mam! Mrużę oczy, w nadziei, że to poprawi mi ostrość wzroku i widzę… Widzę to… Co prawda nie dlatego, że zmrużyłam oczy, ale dlatego, że się zatrzymało i zaczęło stawać się coraz wyraźniejsze… To człowiek… Człowiek w płaszczu z obszernym kapturem… Wygląda jakby… No właśnie nie wiem co. Jakby pokazywał coś przed sobą, wyginając dziwnie ciało. Zupełnie jakby… Malował? Czyżby przed nim stały, niewidoczne dla mnie sztalugi? Stawał się coraz bardziej wyrazisty i nagle… zniknął. Po prostu zniknął, jakby go nigdy nie było.
- Widziałeś? – Łapię spojrzenie Rotha i wiem już, że on też widział. – Co… Kto to mógł być?
- Sprawdźmy. – Roth pobiegł w dół zbocza, a ja za nim. Po chwili byliśmy na miejscu, tuż przy rozłożystym drzewie, gdzie po raz ostatni widzieliśmy tajemniczą postać. Ślady… Niewiele ich. Ot złamana gałązka, poszarpany listek, trochę pogniecionej trawy. Ale najważniejsze były trzy dobrze widoczne zagłębienia w ściółce. Wyglądały zupełnie jak po…sztalugach. I specyficzna aura, podobna do tej, spotykanej przy ołtarzach Dwayny za przejściem… W okolicach Siedmiu Łez. Aura powodująca iskrzenie odzieży, podnosząca włosy na głowie i która zresztą, bardzo szybko zaczęła zanikać.
- I co teraz? Nic tu nie ma. – Roth był wyraźnie zawiedziony.
- Tobie też wydał się… Malarzem? – Upewniałam się.
- Tak... – Kiwnął głową. – W habicie, albo płaszczu z kapturem.
- No właśnie… W habicie. – Potwierdziłam.
I właśnie wtedy, po raz kolejny tego dnia poczułam, jak moje ciało na ramionach i plecach pokrywa się gęsią skórą… Bogowie, ja przecież… ale to niemożliwe. Stoję i patrzę na Rotha wytrzeszczonymi ze strachu oczami. A on spojrzawszy na mnie, przeraził się jeszcze bardziej.
- Wyglądasz strasznie. – Bardziej szepnął, niż powiedział.
- Ja… Ja go już spotkałam. – Wydusiłam z siebie.
- Co? Gdzie?
Milczałam. To było wtedy… Wrażenie kołysania, a potem przebudzenie zmysłu wzroku, czy jak to nazwać. Nie sposób tego określić, bo przecież wtedy… Byłam martwa. Olbrzymia postać w kapturze, odpychająca długim drągiem łódź, od dna Rzeki Zmarłych. To on był przewoźnikiem wtedy. I to jego aura jest wszędzie… Malarz… Czy to możliwe? Czy to obraz przez niego namalowany oglądałam? Kim jest w takim razie? Jakimś sługą bogów, czy jednym z nich?
Czy kimś ponad nimi?
Roth patrzy na mnie, oczekując odpowiedzi.
- W innym… życiu… po śmierci. – Odrzekłam.
Widziałam, jak oczy Rotha powoli powróciły do zwykłego wyrazu.
- Bredzisz. – Mruknął wreszcie. - Skończ z tymi historyjkami dla czcicieli Allimy. Jesteśmy tu sami. Opowiastki o narodzeniu w grobie są chwytliwe, jeśli się w nie wierzy, ale teraz nie potrzebujesz legendy. Ja po prostu chcę od ciebie informacji. Jeśli nie chcesz, nie mów.
Patrzyłam na niego. Miał taki wyczekujący wyraz twarzy. Ot po prostu: Człowiek oczekujący informacji. Najlepiej szybkiej i pewnej.
- Chcesz informacji… W takim razie informuję cię, że straciłam życie w pewnej walce, daleko stąd. Że pierwszą rzeczą, którą pamiętam po tym fakcie, była podróż łodzią, którą kierowała potężna istota w habicie, przemawiająca wprost do mego umysłu. Ta łódź płynęła nurtem rzeki, jakiej próżno byłoby szukać w naszym świecie. Istota dowiozła mnie do przystani, na której oczekiwali mnie moi zmarli towarzysze. Byli duchami. I ja też byłam duchem. I mam wrażenie, że to tę istotę teraz spotkaliśmy.
Powiedziano mi, że przywrócą mnie do życia… Pamiętam ból ciała, gdy zaczęło żyć na powrót, pamiętam moc, która rozrzuciła ziemię mego grobu, ukazując gwiazdy na niebie. Pamiętam światło księżyca, gdy wdarło się w me źrenice. Co jeszcze mam ci powiedzieć? Powrót do życia jest bolesny i odczuwasz żal po stracie czegoś, czego nie potrafisz nazwać. Patrzysz na swój grób i widząc, że to nie sen, że sam nie potrafiłbyś tego dokonać… znaczy wydostać się, czujesz strach… Czujesz, że to nie mogło się wydarzyć, a jednak stoisz o własnych siłach… Potem w ciemnościach słyszysz głosy tych, którzy przybyli, by cię uśmiercić na powrót. Zaczynasz odczuwać gniew tak straszny, że we wspomnieniach nie możesz uwierzyć, że to byłeś ty…
Potem… godzisz się z tym. I nic… Nic już nie jest takie, jak przedtem. Wszystko jest inne. Najgorsze jest to, że nie masz wrażenia, że obdarowano cię życiem na nowo. Za to masz wrażenie, że nie wpuszczono cię do innego. To coś podobnego do tego twojego „zasłużył, nie zasłużył na śmierć”. Jakich chcesz jeszcze informacji? WSZYSTKO to jest prawdą, bo mogłabym wymyślić kłamstwa bardziej prawdopodobne. Wiem, że sądziłeś, że to tylko historyjka dla tłumów, ale ja nie muszę wymyślać historyjek. Bo to wszystko jest prawdą, czy tobie się to podoba, czy nie. Bo… - Zmrużyłam złośliwie oczy. – Ja byłam Allimą Airburn. Ja jestem tą, która zginęła i powróciła. Ja jestem Milla Brega, narodzona w grobie Allimy, daleko stąd na leśnym wzgórzu. Ja jestem pochodnią, która nie gaśnie, Czarą Krwi i Łez, jeśli jeszcze tego nie wiesz. To właśnie ja.
Odwróciłam się plecami i popatrzyłam w dolinę.
- Ale nawet ja nie wiem, gdzie dokładnie teraz jesteśmy. – Mruknęłam, odwracając się do niego z uśmiechem.
- Jesteśmy w Nebo. – Mówił szybko, jakby chciał zagłuszyć wszystkie niewypowiedziane myśli, okazać, że już wszystko w porządku, że wierzy w to, co powiedziałam i nic się nie stało.
- Na południe stąd są Gorące Źródła przy Bergen. – Podszedł bliżej i pokazał ręką na zachód. – Przed nami Beetletun. Zaraz za tym wzgórzem. – Popatrzył mi w oczy… - Przepraszam. – Rzekł. – Nie wiedziałem… To nie jest proste, ale wierzę ci. Co i tak nie wyjaśnia, kim jest ta istota.
Wierzył mi… Właściwie od jakiegoś czasu było mi obojętne, czy ktoś wierzy w to, co mówię, czy nie. Ale jeśli o Rotha chodziło, to chciałam, by mi wierzył. A co do tej istoty, to… Zastanowiłam się przez chwilę. Czyżbyśmy spotkali twórcę obrazów? Czyżby to był Szalony Michael? I kim, lub czym był? Bo, że twórca obrazów, tych szczególnych obrazów, nie był człowiekiem, lub miał dostęp do nadludzkich mocy, domyślałam się od dawna. Tylko… Kto oprócz nieumarłych może żyć tak długo? I znowu… Co prawda to nic nie wyjaśnia, ale przecież znam kogoś kto, jak sądzę, żyje kilkaset lat. Akela. Pamiętam wizję z teleportu i obraz dziewczyny. Nie mam pewności, ale po prostu wiem. To była ona, a przecież nie jest nieumarłą.
- Roth, czy ja mówiłam tobie o obrazach? – Zapytałam.

W swym trwaniu przechodził liczne metamorfozy, głównie związane z jego stanem umysłu i potrzebami. Nie pamiętał, ale wiedział, że pierwszą jego potrzebą, była potrzeba trwania. Trudno tak powiedzieć o nim, ale być może wtedy, po raz pierwszy świadomie zaistniał. A potem były pierwsze myśli i powstałe z nich słowa. I wiersz, w którym nazwał, a tym samym stworzył. Był to okres poezji, okres słów. Potem spostrzegł, ze łatwiej mu nazywać to, co już stworzył niż stwarzać za pomocą nazywania. To był okres kreowania za pomocą uczuć, które trudno mu było określić. Był wtedy muzykiem. Gwiezdne sfery kołysały się i wiły w kosmicznym tańcu. Po jakimś czasie stwierdził, że lepsze wyniki uzyskiwał za pomocą kombinacji tych dwóch czynników i wtedy wszechświat rozbrzmiewał głosem jego śpiewu. Połączenie poezji z muzyką dało temu, co czynił, niezwykłe piękno, które cieszyło go niezmiernie i prowokowało, aby jakoś uwiecznić to, dla samej radości uwieczniania. Wtedy odkrył malarstwo. A kiedy spostrzegł, że może stwarzać malując, uśmiechnął się. Mógł tworzyć zarówno rzeczy, jak i sytuacje. Nauczył się tworzyć dzieła złożone, w które wplecione były zarówno realistyczne aspekty obiektu, jak i abstrakcja jego istoty. Czasami pozwalał sobie na to, by ręka malowała sama, bez ingerencji jego woli i planowania. W ten sposób właśnie stworzył te istoty…
Przyjrzał się im na obrazie… W osobliwy sposób piękne i smutne. Wpatrywał się w nie, szukając prawdopodobnej historii ich trwania… Wymyślił jej początek, a potem ona zaczęła już toczyć się sama, bez potrzeby jego ingerencji. Tak było, aż urodziła się Ta-Która-Napisała-Proroctwo.
Budziła w nim podziw swą siłą i walką, prowadzoną do samego końca. A kiedy w jedną noc napisała Proroctwo, uwzględniając w nim prawie wszystko, co może się wydarzyć, poczuł wzruszenie.
Obserwował rozwój wydarzeń, z zadowoleniem stwierdzając, że Proroctwo się spełnia. Ale powoli zaczęły pojawiać się rysy i spękania w delikatnej strukturze przyczyn i skutków. Nie ingerował jednak. Czekał. Powoli rzeczy zbliżały się do finału, ale spękana rzeczywistość, zaczęła wymykać się spod kontroli.
Poddał analizie przyczyny i stwierdził, że Ta-Która-Napisała poniesie klęskę.
Zaingerował i stworzył oczekiwanie na tę, która miała być narzędziem…
Potem urodziło się Narzędzie, ale umarło przed czasem i nie mogło wypełnić swej roli.
Wtedy postanowił zareagować osobiście, gdyż przestał być bezstronny. A przestał być bezstronny, gdyż podziwiał i lubił Tę-Która-Napisała…
Teraz obserwował wszystkie części układanki i z zadowoleniem stwierdzał, że wszystko łączy się w całość: Samotnie dryfujący w czarnej pustce wielki korab z bezdusznym ciałem wewnątrz, wstające grobu Narzędzie, obdarzone przez niego potężnymi mocami, Wyjąca Wściekłość, wędrująca w ciałach swych nosicieli i Ten-Co-Powinien-Umrzeć, wypatrujący swej zguby w snach i w rzeczywistości.
Kości zostały rzucone i toczyły się… Ci, którzy potrafili patrzeć zatrzymali się, oczekując na wynik.




CDN

Milla Brega

GuildWars.comTeenArena Net