Witamy! Jest czwartek 08.12.2016, godzina 23:02
Guild Wars 2 Fansite
News
Forum
> Guild Wars <
Download
Lore
Gra
Dodatkowe Informacje
PvE
PvP
Społeczność
> Guild Wars: Beyond <
Wojna w Krycie
> Guild Wars 2<
Informacji o Guild Wars 2 szukaj na nowym portalu
FAQ
Kontakt
...Patronowi podczas używania Zaśpiewów wyrastają skrzydła?
Partnerzy:

Kup Guild Wars
klient
Kroniki Tyrii: Oblężenie

Spis treści:

1. Prolog
2. Rozdział
3. Rozdział 2
4. Rozdział 3

PROLOG - Góra -

Tyria - kraina spokoju, urodzaju, pokoju i szczęścia, która zmącona wojnami między Gildiami musi stawić czoła nowemu zagrożeniu nadciągającemu z północy. Charrowie, nieco ponad dwumetrowe, krwiożercze i wojownicze bestie, chcą zagarnąć krainę w swoje łapska. Podobne są do krzyżówki lwa z wilkiem, gdyż charakteryzują się grzywą na szyi, długimi kłami i wilczym ryjem. Chodzą wyprostowane, czczą bóstwo ognia. Na jego cześć wznoszą wielkie świątynie ognia na podbitych już terenach. Tam, całą dobę, nieustannie czuwają Podsycacze Ognia, najwyżsi stopniem Charrowie. Układają dziesięciometrowe stosy i zapalają je oddając w ten sposób cześć swemu bóstwu. Specjalizują się w magii ognia i walce toporami. Posiadają wyspecjalizowanych Łowców mających przerażająco skrzypiące podczas naciągania strzały penetrujące pancerz. Mimo wszystkich zalet swej rasy, Charrowie nie mogą przebić północnego muru Ascalonu - stolicy królestwa ludzkiego. Trwa więc oblężenie, w którym znaczące straty ponosi najeźdźca.
Był środek zimy, śnieżyło codziennie i bardzo obficie. W tym okresie otwarty był sezon na niebieskie smoki budzące się ze snu letniego. W twierdzy Deldrimor, położonej wysoko w górach Shiverpeaks i chronionej masywną Mroźną Bramą, a władanej przez wielbianego króla Jalisa Ironhammera i jego brata Brechnara (strażnika Bramy), trwała naprawa umocnień obronnych. Góry były granicą między Ascalonem a Krytą - położoną w dżungli, drugą stolicą ludzi, więc były one zagrożone najazdem Charrów. Lecz król bardziej obawiał się walki z buntowniczymi krasnoludami z klanu Stone Summit, które dążyły do obalenia władcy i jego brata.

ROZDZIAŁ I - Góra -

Do karczmy na obrzeżach Deldrimoru zawitali wędrowcy. Gdy wchodzili, zimno wtargnęło jak szalone do ciepłego i przytulnego pomieszczenia, w którym gościły gwar i zabawa.. Wielkie, żelazne buty przybyłych głośno uderzały o dębową podłogę. Przybysze byli stałymi ązimowymią klientami karczmy ąPod Białą Łuskąą, położonej u stóp góry zwanej Smoczą Łuską. Wędrowców było dwóch - Targmus Luros - człowiek, i Fuor Jonmun - krasnolud. Pierwszy okuty był w srebrną zbroję płytową z mosiężnym piorunem pośrodku. Dzierżył dwumetrowy miecz wykuty w Kuźni Droknara, stolicy Południowych Shiverpeaks. Drugi natomiast cały okryty był krasnoludzkim pancerzem, a w ręku trzymał młot. Za pasem zaś wisiały żelazne toporki. Wojownicy, choć z początku budzący lęk i przerażenie, byli w doskonałym nastroju. Było po nich widać zmęczenie, toteż usiedli przy stoliku w rogu, przy jednej, słabej lampce, której światło ledwie osmalało ich brody. Szynkarz od razu przyniósł cztery kufle piwa. Targmus zaprosił go do stolika i wyjął z torby jakiś przedmiot owinięty chustą, przez którą sączyła się krew. Po rozwinięciu jej, klientom ukazał się wielki łeb smoczy odcięty toporem Fuora (gdyż miecz takiej siły nie posiada). Było to kolejne trofeum dla karczmy. Wojownicy zarobili 10 platyn (to 10 000 złotych monet w lokalnej walucie). Rozprawiali jeszcze o jednym ważnym wydarzeniu, ale już tylko we dwoje.
- Fuorze, myślisz, że nasze domysły są prawdziwe ? Nie możemy się obawiać gdy nie posiadamy pewnych informacji.
- Z pewnością mój przyjacielu dobrze myślimy. Wiesz przecież, jacy są Charrowie.
- Tak! Są inteligentni, a żadna inteligentna istota nie szykowałaby ataku na Deldrimor.
- Ciszej!!! Nikt nie może o tym wiedzieć!!
- Ale ktoś musi. Idziemy do zamku.
Zapłacili jak zwykle z dużym napiwkiem i udali się w górę, ścieżką stromą i krętą, która przechodziła powoli w wielki dziedziniec wykutego w skale zamku Deldrimor. Minęli posąg królewski i weszli przez gigantyczne wrota do twierdzy. Szli na wprost, przez skalny korytarz wypełniony setkami filarów obrazujących zmagania z potworami. Zdążali prosto, do tronu, który i tak nigdy nie był zajmowany. Król wciąż obmyślał strategie i przyjmował gości. Ucieszył się niezmiernie na widok wojowników.
- Witajcie przyjaciele! Ledwie przed godziną wróciliście do Deldrimoru, a już o was głośno w całym mieście! Wszak ubiliście wielką Ruux, czyż nie??
- Witaj królu. Tak, jej łeb wisi już w karczmie - odrzekł Targmus
- Hehehehe... Przy waszym zaangażowaniu w tegoroczne łowy, to już niedługo karczma postoi, gdyż z niej muzeum zrobimy! Hm..., Ale widzę, że nie przychodzicie z dobrymi wieściami. Cóż was gnębi?
- Królu, wracając z wyprawy na Ruux, widzieliśmy kilkutysięczną armię Charrów. Nie zbliżyliby się nigdy na taką odległość. Z pewnością szykują najazd - odpowiedział spontanicznie Fuor
- Ale czemuż teraz? Są przecież zainteresowani Ascalonem. Od tylu tygodni grozi nam najazd z ich strony. Nie rozumiem, dlaczego akurat zimą chcą nas atakować. W dodatku ci przeklęci Summici, nie dają mi spać. Ehhh... Brechnar zbiera armię i strzeże Mroźnej Bramy, ale boję się wojny - lud będzie wzburzony!
- Należy wyczekiwać. Niech król wyśle szpiega. Obóz Charrów znajduje się o kilometr od góry Małego Zęba.
- Tak też zrobię. Bywajcie przyjaciele. Łoża zasłane, witajcie w domu.
Skłonili się sobie, i wojownicy udali się do ciepłej, przesyconej zapachem fajkowego ziela, srebrnej komnaty. Wiedzieli, że muszą czekać odpowiedzi od szpiega i wtedy dopiero myśleć, co robić. Spojrzeli przez okno na góry i ułożyli się do snu.
Nazajutrz, wczesnym rankiem, posłaniec królewski zbudził wojów głośnym okrzykiem: ąSzpieg! Szpieg powrócił do Deldrimoru! Wieści przynosi!ą Słysząc to, Targmus wraz z Fuorem zerwali się z posłań i popędzili w koszulach w stronę komnaty królewskiej. Szpieg miał już zdawać raport królowi, gdy do pomieszczenia wtargnęli spragnieni wiedzy wojownicy.
- Cóż wiesz? Mów szybko! Co się dzieje za Małym Zębem? - Wykrzyknął zdenerwowany Fuor
- Mężni wojowie, Charrowie zbierają kilkunastotysięczną armię! Atak jest na dniach! Potrzebujemy szybkiego wsparcia! - Odpowiedział przestraszony szpieg.
-Na mój topór, skąd my ich wytrzaśniemy? Spod ziemi? - spytał Fuor.
- A chociażby i spod ziemi! - Krzyknął Targmus.
- A, kogo ty młodzieńcze spod ziemi weźmiesz? Niziołków, żeby kamieniami rzucali? A może dżdżownice wykopiesz, co? - wzburzył się król.
-Wielmożny panie, słyszał król o czymś takim, jak podziemna świątynia Dywany, bogini mnichów?
- Na młot Muradina! Nie wiesz, co mówisz! Żadne państwo nie ma takiej sumy by opłacić tych elfickich zdzierców. Mnisi tylko czekają na okazję, by zagarnąć platyny!
- Ja mam...
- CO?! 10 000 srebrników? Ledwie na jednego starczy... - przerwał król
- ...mam tam mojego przyjaciela, członka mej gildii - elfa Mkuda Ajli. Odwiedzę go i zbiorę mnichów.
- Sami mnisi jednak nie wystarczą. Potrzebujemy więcej ludzi.
- Więc zbiorę wszystkich ludzi z gildii i ich pobratymców! Fuorze! Ruszamy do |wiątyni Dywany, a następnie do Ascalonu!
- To szaleństwo! Beznadzieja! Kompletna głupota i bezmyślność! Teraz pełno tam trupów, smoków i innego ścierwa, nie przebijemy się choćbyśmy byli niewidzialni! No na co czekasz?! Szykuj konie! Jedziemy! - wykrzyknął Fuor i podniecony wstał z krzesła.
- Dobrze, na dworze będą stać Surma i Ofno, najlepsze wierzchowce podarowane przez elfów,tfu!!!
- Dzięki za wszystko królu. Żegnaj.
Skłonili się sobie i wojownicy poszli do zbrojowni. Odziali się w swe zbroje, schowali broń i zaprzęgli konie...


ROZDZIAŁ II - Góra -

Wyjechali z Deldrimoru i udali się na zachód, w kierunku wejścia do podziemi. Targmus wybrał najkrótszą, która okazała się najdłuższą dla nielubiącego konnej jazdy Fuora. Podróż przebiegała spokojnie do momentu, gdy zbliżyli się do wejścia. Było ono bowiem strzeżone przez nieumarłych. Mieli oni jednak słaby wzrok i nie dostrzegli wojowników. Ci zaś okrążyli ich i zaczęli walkę. Kości sypały się po całej ziemi, lecz nieumarłych przybywało. Była to Ziemia Przeklęta, siedlisko trupów, i walka traciła sens. Nagle konie uciekły spłoszone i nagle wielkie kościane skrzydła przesłoniły księżyc. Był to kościany smok - strażnik wejścia. Poszybował nisko nad lądem i złapał w paszczę oba wierzchowce. Targmus i Fuor lubili ubijać smoki, ale latających nie było jak trafić. Uciekli pod głaz i obmyślali drogę ucieczki. Smok uderzał w kamień. W końcu odleciał i miał zadać ostateczny cios, gdy z elfickim okrzykiem na ustach, z podziemi wybiegł mnich i uderzył niesamowicie jaskrawym promieniem w smoka, który runął na ziemię, a kości zamieniły się w pył. Stał wyprostowany, dumny ale też przestraszony. Wojownicy wybiegli spod głazu.
- Mkud! Jak dobrze, że jesteś! W samą porę! - krzyknął uradowany Targmus.
- Witaj bracie, cóż cię sprowadza w niebezpieczne ostępy naszej świątynii?
- Chodźmy do niej, opowiem ci wszystko w drodze.
Weszli w przejście i gdy skończyła się Ziemia Przeklęta, ukazały się wrota. Mkud otwarł je magicznym słowem i ich oczom ukazało się miejsce, które było z pewnością najpiękniejszą świątynią w Tyrii. Była ogromna, oświetlona tysiącami lamp, a na środku dziedzińca stał posąg Dywany. I tak szli, ciesząć swe oczy i serca rzeźbiarskim kunsztem elfów i przyrody, które wspólnymi siłami wzniosły to miejsce, zwane |wiątynią Dywany. Za to Fuor z pogardą patrzał na każdego z elfów, mając w rękach kurczowo ściśnięty młot.
- Więc mówicie przyjaciele, że Charrowie chcą napaść góry? Niechaj sczezną, nie uda im się to, póki nasz zakon istnieje! Musimy jednak zebrać więcej ludzi. - rzekł z powagą przeor główny.
- Dołączę do moich przyjaciół ojcze, i wyruszymy zebrać całą naszą gildię i innych chętnych - powiedział Mkud.
- Tak zrób, niech Dwayna was błogosławi i strzeże was. Bywajcie.
- Żegnaj przeorze.
Mkud poszedł na całonocną modlitwę, a Targmus wraz z Fuorem i przeorem omawiali w tym czasie strategię walki z najeźdzcą. Następnego ranka trzej wędrowcy spotkali się przy wyjściu na zewnątrz z nowymi wierzchowcami. Cała gildia Targmusa była rozrzucona po każdym kącie Tyrii, więc roboty było co niemiara. Zdecydowali się w końcu na podróż do lasów Ekhamug, gdzie zaczną szukać elfki Leyayl Naofer, władającej biegle magią żywiołów.
Elfka ta zamieszkała w owych lasach samotna po stracie rodziców zabitych łapami Charrów. Szkoliła się u najwybitniejszych elementalistek i teraz jest jedną z nich. Pobyt w Ekhamug pozwala jej być wyciszoną, spokojną i skupioną. Ubrana jest w niebieskie szaty z białymi kantami; posiada białą różdżkę wykonaną przez elfów na Krycie, z najlepszej jakości drewna. Jest osobą spokojną i lubianą przez ogół, a do swego leśnego domostwa powróciła po wyjeździe Targmusa z Ascalonu. Przez to nie wie, co się dzieje na granicach i jakie zagrożenie czyha na ludzi.
Trzej przyjaciele jechali galopem na południe, w stronę lasów Ekhamug, nie mieli pojęcia gdzie szukać Leyayl, mimo wszystko jednak wiedzieli że elfowie są kluczem do zwycięstwa z Charrami. Tego zdania nie podzielał jedynie Fuor, nie zachwycony towarzystwem elfiego mnicha. I, jak natura krasnoludzka nakazuje, zaczął on dogryzać od pierwszych chwil jazdy.
- Targmusie, naprawdę myślisz że elfy wygrają za nas tę wojnę? Mało to prawdopodobne, aby tak wątłe istoty mogły powstrzymać Charrów - zaczął Fuor.
- Nie zaczynaj krasnoludzie kłótni, wiadomo przecież, że wy nie przepadacie za nami, i stąd zrodziło się owe twe zdanie. - odpowiedział spontanicznie Mkud.
- Hah! Kim wy jesteście co? Wielkie jak sosny a słabe jak wróble. Strzałą kości nie zniszczysz elfie, siła leży w nas - biegle władających młotami.
- Na co komu młot, skoro ledwie mu czubek głowy nad trawę wystaje?!
- Wy nawet siły byście nie mieli, co by się zamachnąć, heheheą
- O tak, macie potęgę, ale po co wam ona skoro nie sięgniecie wyżej wroga niż do pasa!
Wtem Fuor złapał za topór i przymierzył w Mkuda mówiąc:
- Stań więc do walki, a kto zwycięży tego rasa silniejsza!
- Cicho głupcy! Pocóż się kłócić jak wojna na dniach?! - uspokoił wrogów Targmus


ROZDZIAŁ III - Góra -

Uciszyli się i dalsza droga przebiegała spokojnie. Przemierzali dzikie ostępy obrzeż Ascalonu, skąpane w soczystej zieleni. Wszędzie trawa, drzew było mało, a jeżeli już jakieś stało, było masywne i wiekowe. W dali widniały grube szczyty granic Shiverpeaks. Podróżni mijali wiele zwierząt leśnych wracających z pobliskich wodopojów; widzieli wysokie jelenie, sarny, łagodne pantery i pumy, oraz groźne, choć pokojowo nastawione niedźwiedzie. Pędzili galopem, chcieli jak najszybciej dotrzeć do elfki, gdyż nie mieli pojęcia, kiedy nastąpi atak na Deldrimor. W końcu, u stóp wyżyny, zsiedli z wierzchowców, przywiązali ich do pnia jednego z masywniejszych drzew, i weszli w las. Był on silnie zagęszczony i konie miałyby wielkie trudności z przejściem przezeń. Szli prosto przed siebie, w stronę, gdzie najsilniej świeci słońce - oznaka otwartej polany, gdzie mieszkała niczego nie świadoma Leyayl. Mijali wielkie krzewy, paprocie, jagodziny, i przede wszystkim wszelkiej maści drzewa. Pora zimowa panująca w górach, była porą letnią w Ascalonie, las był więc całkowicie opustoszały, gdyż zwierzęta spędzały czas nad wodopojami. Mimo wszystko Mkud czuł, że nie są sami między drzewami.
- Uważajcie na siebie, może być tu niebezpiecznie, słyszę jakieś trzaski, a przed chwilą zdało mi się usłyszeć szept. Męski szept. - ostrzegł Mkud
- Pfffą.elfy, nie dość, że słabe, to jeszcze opętane. Pfffą.słyszeć głosy w opustoszałym lesie, hehehe, dobre sobie, szkoda, że nie słyszysz śpiewu Balthazara, hohoho! - dogryzł Fuor.
Wtem krótki świst, i krasnolud leżał już pod drzewem, chcąc zakrzyczeć z niesamowitego bólu, jaki był spowodowany strzałą, która utkwiła mu niedaleko krtani. Krztusił się krwią, pluł, próbował gadać coś do siebie i klnąć na łuczników. Wszystko to zdarzyło się w przeciągu dwóch sekund. Mkud skoczył ku poszkodowanemu i zaczął oglądać strzałę, a Targmus zasłonił ich własnym ciałem i dobył miecza. Mnich rzekł szybko - ąTo elficka strzała, Krytański kunszt zdobieniowy. Napastnikiem był z pewnością elf, łowca wyćwiczony, gdyż trudno utrafić krasnoluda w zbroi z Kuźni Droknara. Uważaj na siebie Targmusie!ą, po czym zaczął powoli wyjmować strzałę, i wykonywać czary lecznicze. Luros natomiast tropił wzrokiem napastnika, mając miecz w gotowości. Zakrwawiony krasnolud leżał z wzrokiem wlepionym w pierwszego elfa, który mu pomaga, mimo wszelkich obelg i wyzwania na pojedynek. Czuł się już lepiej, choć dalej krztusił się krwią. Mkud zawinął strzałę w chustę, by później ją dokładnie zbadać. Targmus zdenerwowany faktem, iż nie może znaleźć napastnika, rusza się naprzód, i wtem drogę zastawia mu wysoki elf, odziany w brązowy płaszcz łowiecki ze złotymi kantami, takimi też spodniami, rękawicami i butami. Twarz przesłania mu zielona chusta, a spod kaptura błyszczą niebieskie oczy.
- Nieładnie jest tak łazić po Ekhamug. Czego tu szukasz człowieku - zapytał dziwnie znajomym Targmusowi głosem.
- Nie twoja sprawa łowco, widać ty też nie chciałeś nas upolować. Dlaczegóż zraniłeś mego przyjaciela? - spytał Luros
- Mimo mej wielkiej tolerancji dla krasnoludów, zrodzonej przez konieczność przechodzenia przez ich górskie królestwo w drodze na Kryte, zaatakowałem go po wypowiedzianych przez niego obelgach. Nie lubię słuchać wywodzeń na temat mej rasy, zwłaszcza jeśli padają one z owłosionej gęby krasnoluda.
- Jeżelibyś robił tak z każdym krasnoludem, wywołałbyś niemałą wojnę, zacny łowco.
- Co Krytanin robi w lasach Ascalonu? - Wtrącił Mkud, odwrócony do łowcy plecami.
- Witaj elfie. Wynoszę się stąd, sprawy natury osobistej, a ściśle - sercowej. Wracam do Ojczyzny, nie chcę zadawać się z ludźmi. Widzę, że krasnolud już zdrowieje. Bacz teraz na swe słowa, bo inny łowca może trafić w samą krtań. A teraz, co wy robicie w moim dawnym domu?
- Szukamy tu naszej elfiej przyjaciółki, nie wiesz gdzie możemy znaleźć drogę na polanę?
- Mmmmąnie wiedziałem, że mieszka tu elfka. Nigdy nie odwiedzam polan, ale droga jest prosta, skręćcie w prawo przy posągu Melandru, bogini łowców, stamtąd już prosta droga. Spieszno mi, bywajcie, zapewne spotkamy się jeszcze, gdy zapuścicie się w lasy Kryty.
- Żegnaj elfie.

Targmus Luros
GuildWars.comTeenArena Net